— Dla dobra przyzwoitości, proszę nie hańb nas obojga! — wykrzyknęła Ira, zatrzymując się w progu i widząc swojego męża w ramionach innej kobiety.

Historie rodzinne

— Chociażby dla przyzwoitości nie kompromituj nas obojga! — wyrwało się Iry, kiedy stanęła w drzwiach, widząc męża w objęciach innej kobiety.

— Przynajmniej mogłeś założyć porządne majtki! — wyrwało się Iry, kiedy wpatrywała się w absurdalne majtki męża.

— Poczekaj, wszystko ci wyjaśnię! — Sasza próbował poprawić zsuwające się boki rodzinnych majtek, czując, jak gorąco rozlewa się po szyi.

— Wyjaśnisz, jak zawsze? — odwróciła się gwałtownie w stronę dziewczyny, która, skulona, zakładała koronkowy top na osy talii, unikając kontaktu wzrokowego.

— Nie spiesz się, kochanie, — rzuciła Irina Siergiejewna, bawiąc się zapalniczką w rękach. — Pociąg elektryczny jeszcze długo nie przyjedzie. Ale opony w samochodzie Szuriki teraz… dziurawe.

— Co ty zrobiłaś?! — Aleksandr Pietrowicz pobladł, jakby zobaczył ducha. — Zwariowałaś?!

— A ty? — jej śmiech zabrzmiał jak lodowata stal. — Na moim miejscu zastrzeliłbyś kochanka? Albo urządziłbyś scenę, zastając nas w łóżku? Wyobraź sobie: ja tutaj z młodym Apollo…

— Z jakim jeszcze?! — przełknął, wyobrażając sobie nieprzyzwoite szczegóły.

— No, jakieś osiemnaście lat, — skinęła na drżącą dziewczynę. — Ile masz, kochana? Siedemnaście? Dwadzieścia?

— Dość! — Sasza stanął między nimi jak tarcza. — Ona jest pełnoletnia!

— Nie ciebie pytam, kochanie. — Ira podeszła do okna, gdzie za szybą majaczyły kontury ich daczy. — Ubieraj się, kotku. A ja… chyba przygotuję niespodziankę do herbaty.

Dziewczyna, pobladła, rzucała spojrzenia między małżonkami. Irina Siergiejewna spokojnie zeszła do kuchni, gdzie czuć było gaz i stare urazy.

Ten dom budowali dosłownie na krwi — latami oszczędzali, spierali się o układ, marzyli o emeryturze przy kominku.

Teraz chciała podpalić każdą belkę, wspominając, jak Sasza przyprowadzał tutaj swoje dziewczynki w mini spódniczkach.

— Aleksandrze! — jej głos rozbrzmiał echem po schodach. — Gazowa butla syczy, jak wąż! A ty chcesz, żeby nas wysadziło razem z twoimi historiami?

W ciszy dał się słyszeć dźwięk — krople z kranu spadały do zlewu, licząc sekundy do wybuchu.

Aleksandr mruknął «zaraz» — zwykłe «idę» ugrzęzło mu w gardle. Szurając bosymi piętami po skrzypiących schodach, poprawiał zsuwające się dresy, jakby próbował zdjąć winę wraz z materiałem.

Dziewczyna na górze, siedząca na brzegu łóżka z wypłowiałym kocem, automatycznie szarpała róg poduszki. Czekała na krzyki, trzask drzwi, a nawet myślała o bójce — jak w tych serialach, gdzie żony rwą sukienki rywalkom.

Ale cisza tłumiła ją bardziej niż skandal.

— Nie zgubiłyście się tam, aniołku? — dobiegł z dołu głos Iriny, zagłuszając syczenie czajnika. — Sasza znalazł klucz gazowy — teraz będziemy pić herbatę z niespodzianką!

Dziewczyna założyła naciągnięty sweter, robiąc ramiona jeszcze węższymi, zebrała włosy w koński ogon — i nagle zamieniła się w uczennicę, która uciekła z lekcji.

Jej kolana, ostre jak cyrkiel, drżały pod stołem z wykruszonym blatem.

— Siadaj, kochanie, — Irina zaprosiła gestem do stołu, gdzie już parowały filiżanki. — Pewnie jesteś zmęczona, bawiąc się z moim reliktem?

Z facetami po czterdziestce — to nie jak z chłopakami: to albo winda nie działa, to bateria pada…

— Skąd ty o chłopakach wiesz?! — warknął Sasza, trzasnął drzwiczkami bufetu, że szklanki zadzwoniły. — A w ogóle, u mnie wszystko w porządku!

Dziewczyna wpatrywała się w kochanka, jakby widziała go po raz pierwszy — jego wymówki brzmiały absurdalniej niż anegdota o «przyjacielu na godzinę».

— Och, ile was tu było? — Ira stuknęła łyżką w jego spodnie, splamione farbą. — Widziłaś, kotku? Te wytarte kolana — jak haczyki w notesie podróżnika. A ja głupia myślałam, że on na ryby jeździ!

Sasza gwałtownie odwrócił się w stronę bufetu, gorączkowo przeglądając filiżanki ze złoceniami.

Z hukiem wyciągnął cukiernicę w kształcie serca — tę samą, którą dał żonie po pierwszej randce, kiedy jeszcze przysięgał, że «serce zabierze na zawsze».

— Jak mamy nazwać naszą gościnę? — Irina wyrwała rarytas z jego rąk, gładząc pęknięcie na pokrywce. — Osiemnaście lat? Dwadzieścia? Pracujesz jako modelka? A może… — jej palce nagle zacisnęły się na krawędzi stołu, — nianią dla dorosłych?

W ciszy zagotował się czajnik, a za oknem sroka zakrakała trzy razy — jakby liczyła czas na odpowiedź.

— Lusia… — imię wyrwało się z ust dziewczyny, jak lepkie cukierek, który utknął w zębach. Polizała pęknięcia na ustach, pozostawione stresem i mroźnym powietrzem za oknem.

— Och, jakie delikatne imię! — Irina kliknęła zapalniczką, zapalając papierosa ze złoceniami. — Kontynuuj, kochanie. Podoba mi się, jak drży twój głos — jak struna przed zerwaniem.

— Dwadzieścia siedem… — dziewczyna rzuciła spojrzenie na Aleksandra, ale ten wpatrywał się w bufet, grzebiąc w słoikach z dżemem z 2015 roku. Górna półka skrzypnęła, jakby naśmiewając się z jego bezowocnych poszukiwań.

— Dorosła kobieta! — Irina zmrużyła oczy, oglądając Lusię jak wadliwy towar. — Małe grzechy zostały?

— Córka… trzy lata… — palce Lusi wbijały się w jej własne nadgarstki, zostawiając czerwone półksiężyce na skórze.

— Uroczo! — Irina głośno klaśnięła dłonią po stole, gdzie pęknięta cukiernica drgnęła. — A gdzie teraz twoja malutka? Z babcią?

A może rysuje zamki w piaskownicy, podczas gdy mama… — celowo zamilkła, ciesząc się, jak Lusia kurczy się.

Milczenie przerywał tykający zegar ścienny z odłamanym wskazówkami. Aleksandr, spocony i zdezorientowany, w końcu wyciągnął z bufetu cukiernicę w kształcie bociana — prezent na narodziny syna, który już zjadł całą galaretkę.

— Pij herbatkę, kochanie, — Irina nalała herbatę, aż wrzątek rozlał się na obrusie z żółtymi plamami od musztardy. — Nie bój się — nie gryzę. Tylko… drapię.

— Dlaczego to robicie? — szepnęła Lusia, przełykając gulę w gardle. — Przecież mnie pani pogardza…

— Za co? — kobieta uniosła brew, bawiąc się obrączką na palcu. — Jesteś tylko workiem na śmieci, do którego wyrzucił to, czego już nie potrzebuję.

— Kochamy się! — wyszeptała Lusia, trzymając się tej frazy jak koła ratunkowego.

— Miłość, — rozciągnęła Irina, jakby próbując zepsutego owocu. — Sasza, słyszysz? Ty nasz Romeo z piwnym brzuszkiem! — Jej śmiech zabrzmiał jak dźwięk tłuczonego szkła.

Aleksandr, nerwowo bawiąc się guzikiem koszuli, próbował wtrącić:

— Ira, dość…

— Ciiii! — położyła palec na jego ustach, zostawiając ślad od pomadki. — My tu z dziewczynami rozmawiamy.

Lusia zauważyła, jak jej kozaki, rzucone przy drzwiach w pośpiechu, teraz stały grzecznie, jak trumny na paradzie.

— Opowiedz o mężu, — Irina łamała ciastko z chirurgiczną precyzją. — On… chciał czegoś specjalnego?

— Chciał… żeby koleżanka się dołączyła… — Lusia szepnęła do filiżanki, w której herbata drżała jak jej ręce.

— Trójkąt! — Irina gwizdnęła, jakby wzywając taksówkę. — A wy?

— Odmówiłam… — głos Lusi opadł pod stół, gdzie pająk tkał sieć między nogami.

— Drań! — Irina rzuciła łyżkę do zlewu z hukiem. — Sasza, wyobrażasz sobie? Ten dupek chciał zrobić cyrk!

Aleksandr, łapiąc wzrok Lusi, zamarł — w jej oczach czytał nieme pytanie: «Ty nie jesteś taki?».

— Czego od nas chcesz? — Irina wbiła paznokcie w paszport męża, zostawiając zadrapania na zdjęciu. — Marzysz o zostaniu panią Petrową numer dwa?

Lusia sięgnęła po torbę, w której leżał test z dwoma kreskami. Irina zauważyła to ruch i uśmiechnęła się, jak kot przy norze myszy:

— O, kochanie! Już nosisz niespodziankę?

Sasza, słysząc to, pobladł tak, że piegi na jego nosie stały się podobne do rozsypanych goździków.

— Ja… czekam na dziecko… — Lusia wydusiła z siebie, patrząc na pęknięcie w suficie, przypominające błyskawicę.

Ciszę przerwał huk — Aleksandr, przewracając krzesło, złapał się za serce. Irina zaśmiała się, ale jej śmiech brzmiał jak przedśmiertny chryp.

— Gratuluję, tatusiu! — biła brawo, jak na przedstawieniu. — Teraz będziemy mieć wspólnego wnuka… albo brata?

Lusia rzuciła się do wyjścia, potykając o rozlany herbata. Jej kozaki, takie grzeczne przy drzwiach, nagle wydały się jej kajdanami.

— Szur… Serduszko cię chwyciło? — Irina przyłożyła papierosa do ust, zapalając od płomienia zapalniczki w kształcie pistoletu. — Wezwać klauna z torbą sanitarną?

Lusia rzuciła się do Aleksandra, przewracając krzesło. Jej palce wbijały się w jego ramię, zostawiając półksiężyce na pogniecionym szlafroku:

— Waleriany! Gdzie u was…

— Uspokój nogę, skarbie, — Irina wyciągnęła z kieszeni blister, rzucając go na stół. — On dramatyzuje jak aktor drugiego sortu. Nie wiedziałam, że twój Romeo to mistrz pantomimy?

Korwalol zadźwięczał, wyślizgując się z drżących palców dziewczyny. Aleksandr, blady jak ściana daczy, nerwowo połknął tabletkę, przewracając oczami, aż stały się widoczne naczynia krwionośne.

— Przereklamowane, — Irina pstryknęła językiem, przyglądając się paznokciowi z odpryskanym lakierem. — Ciężarna trzęsie się, ja pół dnia na nerwach — a ty robisz miny, jak w operze mydlanej. Wydłub cukierka, klaunie.

Saszka rzucił pustą blistrą do zlewu, gdzie utknęła, przylepiona do tłustego osadu. — Zawsze… — zaczął, ale Irina przerwała mu, wstając tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało na podłodze:

— Zawsze co? Zimna? Sukinsyna? — Przesunęła palcem po pęknięciu na szklance, zostawiając krwawy ślad od cięcia. — A ty, kochany, stałeś się jak skwaśniały kompot. Śmierdzisz słabością.

Lusia cofnęła się w stronę wyjścia, trafiając w wieszak z paltem-duchem, które zostało po ich synu. Jej kurtka, pachnąca tanim perfumem, skrzypiała, jakby płakała.

— Odchodzisz? — Irina złapała jej wzrok przez kawałek lustra w przedpokoju. — A mogłybyśmy zrobić seans spirytystyczny. Wezwać wszystkie twoje poprzedniczki…

Drzwi zatrzasnęły się, niosąc ze sobą woń taniego żelu pod prysznic. Aleksander wpatrywał się w parapet, gdzie mucha biła się o szybę — tak samo, jak on o ścianę własnej głupoty.

— Podoba ci się wynik? — Irina wyjęła z kredensu butelkę koniaku z zakurzoną etykietą „Na srebrną rocznicę”. — Twoja laleczka teraz biega z myślą, że trafiła na psychopatę.

Milczał, obserwując, jak nalewa napój do filiżanki z napisem „Najlepszemu tacie”. Lód zadzwonił, jakby się śmiał.

— Ty… — głos Saszki zdradziecko zadrżał, — z kimś…

— Z tym, który nie myli miłości z hobby, — Irina rozmasowała ramiona, odsłaniając siniak w kształcie ust na obojczyku. — On jest pianistą. Gra na żebrach jak na klawiszach.

Saszka skoczył, przewracając słoik z ogórkami. Zalewa poczołgała się po obrusie, rysując żółtą rzekę między nimi.

— Kiedy?! — zachrypiał, chwytając ją za nadgarstek. — Przecież…

— My? — Wyciągnęła rękę, zostawiając na nim ślady paznokci. — Ty śpisz w biurze od trzech lat. Ja uczę się żyć bez „my”.

Ciszę przeciął dźwięk klaksonu ciężarówki pod oknem. Aleksander nagle zauważył, że tapeta z kwiatkami nad kuchenką wyblakła — dokładnie tak, jak jego przysięgi.

— Masz rację, — opadł na krzesło, gniotąc paczkę papierosów. — Zepsułem się…

— Nie zepsułeś się, — Irina dmuchnęła dymem w jego twarz, — zgniłeś. Jak ta działka. — Skinęła głową na pleśń w rogu, która zagnieździła się głębiej niż ich małżeństwo.

W kieszeni zabrzęczał telefon. Irina spojrzała na ekran i uśmiechnęła się, jakby wygrała na loterii.

— Halo, kochanie? — jej głos stał się aksamitny. — Tak, on już zrozumiał. Nie, nie płacze. Niedługo wrócę.

Saszka zamknął twarz dłońmi, nagle uświadamiając sobie, że lustro w przedpokoju nie rozbiło się dziś — pęknięcie sięgało jeszcze zeszłego lata, kiedy po raz pierwszy nie pojawił się na ich rocznicy.

— Szczęśliwa — tak. Zakochana — nie, — Irina przejechała palcem po szkle, gdzie deszcz rysował sieć pęknięć, jakby powtarzając wzór ich małżeństwa.

Na zewnątrz świat rozpuścił się w akwarelowym mętliku, jakby sama natura zatarła granice między przeszłością a teraźniejszością.

— I… teraz się zakochałaś? — Saszka przełknął gulę utkwioną w gardle. Jego palce nieświadomie zacisnęły się na brzegu stołu, na którym plama po kawie przypominała olimpijskie pierścienie — ślady tysięcy poranków w ciszy.

— Tak, — jej głos zabrzmiał jak kliknięcie zamka. — Po raz pierwszy od 23 lat zrozumiałam, co to znaczy oddychać pełną piersią.

Nie lituj się nade mną, jak nad lalką z odciętą nogą. — Odwróciła się, a on zobaczył w jej oczach odblaski cudzego śmiechu.

— Ty… z kimś… — wykrztusił, jakby wyciągał drzazgę.

— Nie „z kimś”. Z człowiekiem, — Irina dotknęła srebrnej zawieszki na szyi — nowej, nie jego prezentu. — On uczy mnie słuchać ciszy. Ty zawsze wypełniałeś ją telewizorem.

Saszka wstał tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się z głuchym hukiem, jakby postrzelenie. Jego ręka, z czerwonymi półksiężycami od jej zębów, drżała jak igła złamanego kompasu.

— A ty… nawet nie… — zadławił się, patrząc na wazon w rogu — ten sam, który dał na srebrną rocznicę. Pęknięcie u szyjki teraz wyglądało jak blizna.

— Prosić o przeprosiny? Za co? — zaśmiała się, a dźwięk ten przypominał brzęk stłuczonej porcelany. — Ty przez 12 lat przyprowadzałeś tutaj swoje laleczki, a ja… ja po prostu przestałam być meblem.

Chwycił parapet, gdzie krople deszczu zlewały się w strumyki, jak łzy na policzku Lusi.

Obraz ciężarnej dziewczyny, idącej po błotnistej drodze, nagle zapłonął w pamięci — jej kurtka, przemoczniona do cna, łączyła się z zmierzchem w jedną plamę rozpaczy.

— Dogonisz ją, — Irina rzuciła mu klucze, które wpadły w kałużę herbaty. — Twoja „pieszczoszka” jeszcze nie zdążyła utonąć w tym bagnie.

— Opony… ty przecież… — zamruczał, przypominając sobie jej groźby z gwoździem przy kole.

— Kłamałam, — kliknęła zapalniczką, rozświetlając siniak na nadgarstku w kształcie cudzego dotyku. — Jak ty — o „wiecznej miłości”.

Gdy drzwi się zatrzasnęły, Irina wyjęła z kredensu butelkę „Becherovki” — prezent od tego, kto nauczył ją doceniać gorzki smak wolności.

Na zewnątrz latarnia mrugnęła, jakby puszczając oko do starego domu, w którym przez 20 lat przechowywano kłamstwa i dziecięce rysunki.

Lusia szła po rozmokłej drodze, potykając się o bryły błota. W uszach dzwoniło: „Pożałujesz, śmieciu!” — głos byłego męża zlewał się z chrapliwym śmiechem Saszki.

Przycisnęła dłoń do brzucha, gdzie tliło się nowe życie — obca, już skazana na cudzą dramę. Gdzieś w oddali zawył pociąg — dźwięk przypominający krzyk noworodka.

Visited 15 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł