– Moja teściowa nie mogła znaleźć ani jednego dodatkowego kęsa dla swoich wnuków.

Historie rodzinne

Moja teściowa nie potrafiła znaleźć dla swoich wnuków nawet kawałka jedzenia. Ja nie potrafiłam poświęcić jej ani jednego miesiąca więcej”.

— Spodziewałam się syna. Tylko jego. A ty przyprowadziłaś ze sobą całą tę gromadę — powiedziała Raisa Timofiejewna już w przedpokoju, nawet nie próbując ściszyć głosu. — Nie mam ani kęsa dla was wszystkich.

Wiera stała nieruchomo w progu. Miała na sobie rozpiętą kurtkę puchową, a w dłoniach trzymała niewielkie białe pudełko przewiązane cienką wstążką. Z kuchni dochodził intensywny zapach smażonego mięsa, a z salonu — śmiech kobiety, której Wiera nigdy wcześniej tutaj nie widziała.

Przez chwilę milczała.

Nie chciała robić awantury. Nie przy dzieciach.

— Nie przyszłam tutaj jeść — odpowiedziała spokojnie. — Potrzebuję dwustu osiemdziesięciu tysięcy rubli. Termin minął dwudziestego grudnia.

Za jej plecami chłopcy zaczęli zdejmować czapki. Młodszy zainteresował się wstążką na pudełku i próbował ją rozwiązać. Starszy natomiast nagle znieruchomiał. Miał już wystarczająco dużo lat, by zrozumieć, że pomiędzy dorosłymi dzieje się coś niedobrego.

Raisa spojrzała na synową z niedowierzaniem.

— Znowu pieniądze? — prychnęła. — Myślisz, że mam je gdzieś pochowane?

— Nie myślę. Wiem, że je masz.

W przedpokoju zapadła cisza.

Wiera znała tę kobietę od ponad dziesięciu lat. Przez większość tego czasu próbowała być dobrą synową. Pomagała przy zakupach, przyjeżdżała z dziećmi, pamiętała o urodzinach i świętach. Kiedy teściowa chorowała, Wiera przez kilka tygodni przygotowywała jej obiady i sprzątała mieszkanie.

Ale od pewnego czasu wszystko zaczęło się zmieniać.

Po śmierci męża Raisa otrzymała dużą sumę pieniędzy. Sprzedała również niewielkie mieszkanie odziedziczone po siostrze. Wszyscy wiedzieli, że ma oszczędności. Wiera nie chciała jednak niczego dla siebie.

Te pieniądze były potrzebne dzieciom.

Kilka miesięcy wcześniej Wiera podpisała umowę na mieszkanie, w którym chłopcy mieli wreszcie mieć własny pokój. Miała już większość potrzebnej kwoty, ale brakowało jej pieniędzy na ostatnią ratę. Termin zapłaty minął. Każdy kolejny dzień oznaczał ryzyko utraty mieszkania.

Raisa o wszystkim wiedziała.

Wiedziała też, że Wiera sama wychowuje dzieci.

— Dwustu osiemdziesięciu tysięcy? — zaśmiała się gorzko. — Może jeszcze samochód ci kupić?

— Nie proszę cię o prezent.

— A o co?

— O pożyczkę. Oddam ci pieniądze.

Raisa skrzyżowała ręce na piersi.

— Słyszałam już takie obietnice.

Wtedy młodszy chłopiec cicho zapytał:

— Mamo, możemy już iść do domu?

Wiera spojrzała na niego i poczuła, jak ściska ją w gardle.

Na stole w salonie stały talerze pełne jedzenia. Było mięso, sałatki, ciasto i owoce. Dzieci patrzyły na wszystko z zaciekawieniem, bo wcześniej Wiera powiedziała im, że babcia przygotowała dla nich małą niespodziankę.

Raisa jednak nawet nie spojrzała na wnuków.

— Zresztą — powiedziała chłodno — nie zamierzam karmić całej waszej trójki. Przyszliście bez zapowiedzi.

Wiera powoli odłożyła pudełko na szafkę.

— Przyszłam, bo nie miałam już dokąd pójść.

— To nie mój problem.

Te słowa zabolały ją bardziej niż wszystkie wcześniejsze.

Przez chwilę patrzyła na teściową, a potem wyjęła telefon.

— Dobrze. W takim razie wszystko jest jasne.

— Co ty znowu wymyślasz?

— Nic. Po prostu przestałam prosić.

Raisa zmarszczyła brwi.

Wiera zabrała pudełko, poprawiła chłopcom kurtki i skierowała się do drzwi.

— Od dzisiaj nie będę już przychodzić po pomoc — powiedziała cicho. — Ale pamiętaj, Raiso Timofiejewno, że pomoc działa w obie strony. I kiedyś może się okazać, że to ty będziesz potrzebowała kogoś, kto otworzy przed tobą drzwi.

Raisa chciała coś odpowiedzieć, ale Wiera już wychodziła.

Dopiero na klatce schodowej młodszy syn zapytał:

— Mamo, dlaczego babcia była na nas zła?

Wiera przykucnęła, przytuliła obu chłopców i uśmiechnęła się przez łzy.

— Nie była zła na was. Po prostu czasami dorośli zapominają, co jest naprawdę ważne.

Tego wieczoru Wiera podjęła decyzję, której wcześniej bała się podjąć.

Nie zamierzała już błagać teściowej o pomoc.

Znalazła inne rozwiązanie.

I choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziała, kilka tygodni później to właśnie Raisa miała zapukać do jej drzwi.

Nie zaczynajcie tego przy dzieciach – syknęła teściowa, odsuwając się od drzwi i robiąc im miejsce. – Skoro już przyjechaliście, to wchodźcie.

Wiera poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Już po tonie głosu Raisy Timofiejewny wiedziała, że wieczór nie będzie spokojny. Znała tę kobietę wystarczająco długo, aby rozpoznać momenty, w których pozornie zwykłe spotkanie rodzinne zaczynało zamieniać się w pełną napięcia rozmowę.

Weszli do środka. W salonie, przy pięknie nakrytym stole, siedziały już dwie kobiety. Jedną z nich była Nelli Borisowna, wieloletnia przyjaciółka teściowej. Obok niej siedziała jej córka, Alina.

Wiera znała Alinę właściwie tylko ze zdjęć. Raisa Timofiejewna bardzo często wyciągała stary album podczas rodzinnych rozmów. Szczególnie wtedy, gdy temat schodził na małżeństwo, wychowanie dzieci albo „właściwe życie”.

– Popatrz tylko na Alinę – mówiła wtedy z zachwytem. – Zawsze zadbana, spokojna, ambitna. Taka dziewczyna wie, czego chce.

Na fotografiach Alina rzeczywiście wyglądała jak osoba, której życie jest dokładnie zaplanowane. Szczupła sylwetka, jedwabne bluzki, idealnie ułożone włosy i spokojny uśmiech. Była instruktorką pilatesu i często podróżowała. Trzy razy w roku potrafiła wyjechać na wakacje, czasem sama, czasem z przyjaciółkami. Nie miała męża, dzieci ani obowiązków, które Raisa uważała za najważniejsze.

Wiera nieraz zastanawiała się, dlaczego teściowa tak często stawia Alinę za przykład.

Przecież każda kobieta miała własne życie.

Wiera pracowała, wychowywała dzieci i zajmowała się domem. Nie miała idealnie ułożonych włosów każdego ranka ani czasu na regularne wyjazdy. Jej życie było zwyczajne, czasami męczące, ale było jej życiem. Mimo to przy Raisie Timofiejewnej często miała wrażenie, że musi się z niego tłumaczyć.

– Artiomka! – zawołała nagle Nelli Borisowna, gdy tylko zobaczyła jej męża. Złożyła dłonie i szeroko się uśmiechnęła. – No proszę! Wyrosłeś na prawdziwego mężczyznę!

Artiom zaśmiał się krótko. Zdjął kurtkę, powiesił ją na wieszaku i podszedł do stołu.

Usiadł na wolnym krześle obok swojej matki. Wyprostował plecy i poprawił rękawy koszuli.

Wiera obserwowała go przez chwilę.

Zauważyła coś, czego wcześniej nie chciała dostrzegać.

Artiomowi najwyraźniej podobały się takie słowa.

Lubił, kiedy matka patrzyła na niego z dumą. Lubił, kiedy jej przyjaciółki mówiły, jak bardzo się zmienił i jak „dobrze wygląda”. W takich chwilach zachowywał się inaczej. Stawał się pewniejszy siebie, bardziej rozmowny, jakby na kilka minut wracał do roli syna, którego matka wciąż podziwia.

Wiera spuściła wzrok.

Nie chciała zaczynać kolejnej rodzinnej sprzeczki.

W tym samym czasie jej teść, Nikołaj Fiodorowicz, wstał z kanapy. Podszedł do dzieci, które stały nieco z boku, i z uśmiechem potargał im włosy.

– No, moje małe łobuzy, jak minęła podróż? – zapytał.

Dzieci zaczęły opowiadać mu jedno przez drugie.

Nikołaj słuchał z uśmiechem, a potem spojrzał na stół.

– Raisa, musimy przynieść więcej sztućców. Brakuje talerzy – powiedział spokojnie.

Teściowa spojrzała na nakrycie i westchnęła.

– Oczywiście. Tyle osób naraz i wszystko trzeba było przygotować w ostatniej chwili.

Wiera nic nie odpowiedziała.

Usiadła obok dzieci i zaczęła poprawiać serwetki.

Jednak w głowie wciąż miała jedno pytanie: dlaczego za każdym razem, gdy pojawiała się Alina, atmosfera w domu zmieniała się w ten sposób?

Miała dziwne przeczucie, że tym razem za idealnie przygotowanym stołem wydarzy się coś więcej niż zwykła rodzinna kolacja.

Visited 1 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł