„Sama zwiń te sto pięćdziesiąt gołąbków dla swoich krewnych!” – powiedziałam, wyłączyłam kuchenkę i zostawiłam teściową samą z gośćmi.

Historie rodzinne

– Sama zwiń te sto pięćdziesiąt gołąbków dla swojej rodziny! – powiedziałam spokojnie, wyłączając kuchenkę. – Ja już skończyłam.

Nie czekałam na odpowiedź. Zdjęłam fartuch, odłożyłam go na krzesło i wyszłam z kuchni, zostawiając teściową samą z gośćmi.

Jeszcze chwilę wcześniej próbowałam sobie wmówić, że tym razem wszystko będzie wyglądało inaczej. Że może w końcu ktoś zauważy, ile pracy wkładam w każde rodzinne spotkanie. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na kuchnię, żeby zrozumieć, że znowu dałam się wciągnąć w ten sam schemat.

Wszystko zaczęło się rano.

– Żenia, czy nasza lodówka zamieniła się w magazyn żywności, czy może coś przegapiłam? – zapytała Ksenia, stojąc przed otwartą lodówką.

Przyglądała się dwóm dolnym półkom, które były niemal całkowicie zajęte przez paczki mielonego mięsa, główki białej kapusty i siatki z warzywami.

– Nie, niczego nie przegapiłaś – odpowiedziałam, podchodząc do niej. – Twoja mama wczoraj zrobiła zakupy.

– Na jakąś imprezę?

– Na rodzinną kolację. Dzisiaj ma przyjechać cała rodzina.

Ksenia zamknęła lodówkę i spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

Była sobota, wpół do dziewiątej rano. Za oknem wisiały ciężkie, szare chmury. W nocy padał deszcz, dlatego trawnik błyszczał od wody, a na drewnianych schodkach prowadzących na taras leżały mokre, żółte liście.

Jesień przyszła nagle.

W przedpokoju Jewgienij właśnie wiązał sznurówki.

– Dokąd idziesz? – zapytałam.

– Do sklepu – odpowiedział bez podnoszenia głowy. – Mama prosiła, żebym kupił jeszcze kilka rzeczy.

– Jakich?

Westchnął i wyjął z kieszeni telefon.

– Śmietanę, koperek, więcej mięsa i jakieś napoje.

Spojrzałam na niego.

– Więcej mięsa? Żenia, w lodówce jest go tyle, że możemy wykarmić pół osiedla.

Uśmiechnął się niepewnie.

– Wiesz, jaka jest mama. Woli mieć za dużo niż za mało.

To zdanie słyszałam już setki razy.

„Wiesz, jaka jest mama”.

Zawsze oznaczało to samo: mam się dostosować.

Teściowa od dawna uwielbiała urządzać rodzinne spotkania w naszym domu. Problem polegał na tym, że za każdym razem organizowała je tak, jakby to był jej dom, a ja byłam osobą zatrudnioną do przygotowania wszystkiego.

Tym razem zaprosiła ponad trzydzieści osób.

Trzydzieści osób.

A głównym daniem miały być gołąbki.

Nie kilka półmisków. Nie pięćdziesiąt sztuk.

Sto pięćdziesiąt.

Kiedy dzień wcześniej powiedziała mi o tej liczbie, przez chwilę myślałam, że żartuje.

– Przecież nas jest tylko kilkadziesiąt osób – zauważyłam.

– Lepiej, żeby zostało – odpowiedziała. – Poza tym nie wszyscy jedzą po jednym.

Nie odpowiedziałam.

Wiedziałam już, jak to się skończy.

Od rana siedziałam w kuchni. Obierałam cebulę, gotowałam ryż, przygotowywałam farsz i parzyłam kolejne główki kapusty. Moje ręce pachniały mięsem i czosnkiem. Plecy bolały mnie od ciągłego pochylania się nad stołem.

A teściowa?

Siedziała w salonie z pierwszymi gośćmi i rozmawiała o rodzinie.

Co jakiś czas zaglądała do kuchni.

– Żenia, tylko nie przesusz gołąbków.

Albo:

– Pamiętaj, żeby sosu było dużo.

A potem:

– Przygotowałaś już te na później?

Za każdym razem miałam ochotę odłożyć nóż i powiedzieć jej, żeby sama dokończyła.

Ale milczałam.

Do momentu, kiedy usłyszałam kolejne polecenie.

– Żenia, trzeba zrobić jeszcze przynajmniej pięćdziesiąt. Przyjechali kuzyni i dzieci też będą jadły.

Wtedy coś we mnie pękło.

Spojrzałam na stół pełen przygotowanych liści kapusty i farszu. Na kuchenkę, na której gotował się sos. Na stos naczyń czekających na umycie.

I nagle zrozumiałam, że jeśli teraz znowu się zgodzę, nic się nigdy nie zmieni.

Wyłączyłam kuchenkę.

Zdjęłam fartuch.

– Sama zwiń te sto pięćdziesiąt gołąbków dla swojej rodziny – powiedziałam. – Ja już zrobiłam wystarczająco dużo.

W kuchni zapadła cisza.

Teściowa spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczyła we mnie kogoś więcej niż pomoc domową.

A ja po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę.

Nie wiedziałam jeszcze, że tego dnia przy rodzinnym stole padną słowa, po których nasze relacje już nigdy nie będą takie same.

A, mama przywiozła wczoraj trochę zakupów.

Ksenia zamknęła lodówkę i dopiero wtedy dokładniej rozejrzała się po kuchni. Dopiero teraz zauważyła, że „trochę zakupów” w wykonaniu teściowej oznaczało coś zupełnie innego niż zwykłą torbę produktów.

Na kuchennym stole stały cztery duże paczki ryżu, siatka marchwi, kilka kilogramów cebuli, ziemniaki, mąka, olej i różnego rodzaju konserwy. Obok nich znajdował się ogromny garnek, tak wielki, że Ksenia przez chwilę zastanawiała się, czy na pewno należał do ich mieszkania. Była niemal pewna, że jeszcze poprzedniego dnia go tutaj nie było.

Spojrzała na męża.

– Po co tego wszystkiego tyle?

Jewgienij właśnie zakładał kurtkę. Przez moment wyglądał tak, jakby pytanie w ogóle go nie dotyczyło.

– Mama chciała dzisiaj zebrać rodzinę.

Ksenia zmarszczyła brwi.

– Jaką rodzinę?

Jewgienij poprawił kołnierz kurtki i odpowiedział spokojnie:

– No wiesz… jej krewnych.

– Jakich krewnych?

– Lidia Siergiejewna jest w mieście.

Ksenia spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Kto?

– Kuzynka mamy. Przyjechała z Tiumeni. Podobno nie widziały się od jakichś dziesięciu lat.

Ksenia przez kilka sekund milczała. Próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszała to imię. Teściowa opowiadała jej czasami o rodzinie, ale zazwyczaj były to historie sprzed kilkudziesięciu lat, pełne nazwisk, których Ksenia nie potrafiła później połączyć z konkretnymi osobami.

– I co to ma wspólnego z naszą lodówką? – zapytała w końcu.

Jewgienij wzruszył ramionami.

– Nic szczególnego. Mama po prostu chce zrobić obiad.

– Obiad?

Ksenia wskazała ręką na stół.

– Z tego można nakarmić pół osiedla.

Jewgienij uśmiechnął się lekko.

– Przesadzasz.

– Naprawdę? Cztery paczki ryżu, ogromny garnek, góra warzyw i jeszcze tyle innych rzeczy? To nie wygląda jak zwykły rodzinny obiad.

Mąż spojrzał na zegarek.

– Ksenia, mama powiedziała, że wszystko przygotuje. Nie musisz się martwić.

To zdanie wcale jej nie uspokoiło.

Dobrze znała swoją teściową. Kiedy Ludmiła Siergiejewna mówiła: „Nie musisz się martwić”, zwykle oznaczało to, że za kilka godzin ktoś będzie musiał coś ugotować, posprzątać albo obsłużyć gości. A najczęściej tym kimś była właśnie Ksenia.

– A o której oni przyjdą? – zapytała.

Jewgienij zawahał się.

– Chyba około szóstej.

– „Chyba”?

– Mama tak powiedziała.

Ksenia westchnęła.

– Czyli nawet nie wiesz, ilu będzie gości?

– Nie.

– Dziesięciu?

– Może.

– Piętnastu?

– Nie sądzę.

– Dwadzieścia?

Jewgienij zaśmiał się.

– Ksenia, spokojnie. To tylko rodzina.

Właśnie wtedy Ksenia poczuła, że coś jest nie tak.

Nie chodziło o sam obiad. Nie przeszkadzało jej gotowanie ani przyjmowanie gości. Problem polegał na tym, że wszystko zostało zorganizowane bez jej wiedzy, a teraz najwyraźniej oczekiwano, że po prostu dostosuje się do planu.

Podeszła ponownie do stołu i przyjrzała się zakupom.

– A mięso?

Jewgienij spojrzał na nią.

– Jakie mięso?

– Jeśli twoja mama naprawdę zaprosiła całą rodzinę, to chyba będzie potrzebowała mięsa.

– Może jeszcze przywiezie.

Ksenia pokręciła głową.

– Oczywiście.

Jewgienij już otwierał drzwi.

– Muszę lecieć. Wrócę przed obiadem.

– Jewgienij.

Odwrócił się.

– Tak?

– A jeśli będzie trzeba czegoś dokupić?

– To zadzwoń do mamy.

Drzwi zamknęły się za nim.

Ksenia została sama w kuchni.

Spojrzała na ogromny garnek, potem na cztery paczki ryżu i stertę warzyw. Nagle poczuła niepokój, którego nie potrafiła wyjaśnić.

Dziesięć lat niewidzenia.

Kuzynka z Tiumeni.

Rodzinny obiad.

I zakupy, jakby szykowano ucztę dla kilkudziesięciu osób.

Nie wiedziała jeszcze, że spotkanie, które miało być zwykłym rodzinnym obiadem, za kilka godzin zmieni atmosferę w ich domu na dobre.

Visited 1 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł