Sorin przez kilka długich sekund patrzył na mnie w milczeniu.
— Elena…
W tym samym momencie Camelia wysiadła z samochodu.
— Sorin, chodź już. Nie widzisz, że jej przeszkadzasz?
Odwróciłam się w jej stronę.
Ten sam głos.
Nie musiałam rozpoznawać perfum ani nawet patrzeć na jej twarz. Jej głos zapamiętałam doskonale przez ostatnie sześć miesięcy.
Sorin zrobił krok w moją stronę.
— Pytałem, czyje jest dziecko.
— Słyszałam.
— Więc odpowiedz.
Wzięłam głęboki oddech.
— Twoje.
Zamrugał, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Co powiedziałaś?
— To ty jesteś ojcem, Sorin.
Przez chwilę nie reagował. Spojrzał na Camelię, potem ponownie na mnie.
— Od kiedy o tym wiesz?
— Od trzech tygodni po naszym rozwodzie.
Jego wzrok zatrzymał się na moim brzuchu.
— Jesteś w siódmym miesiącu…
— Tak.
— I przez cały ten czas nic mi nie powiedziałaś?
To pytanie zabolało mnie bardziej, niż się spodziewałam.
— Chciałam ci powiedzieć.
— To dlaczego tego nie zrobiłaś?
Spojrzałam na Camelię.
— Próbowałam.
Sorin zmarszczył brwi.
— Kiedy?
— Kilka dni po tym, jak lekarz potwierdził ciążę. Przyszłam do twojego mieszkania.
Pokręcił głową.
— Elena, ty nigdy tam nie byłaś.
— Byłam.
— Nie widziałem cię.
— Bo drzwi otworzyła mi Camelia.
Sorin powoli odwrócił głowę w jej stronę.
— Otworzyłaś jej?
Camelia skrzyżowała ręce.
— Skąd mam wiedzieć? Minęło pół roku. Nie pamiętam każdej osoby, która pojawiła się pod drzwiami.
— Ja pamiętam — powiedziałam cicho.
Camelia spojrzała na mnie chłodno.
— Oczywiście, że pamiętasz.
— Powiedziałaś mi wtedy, że Sorin chce zacząć nowe życie. Bez przeszłości i bez problemów. Powiedziałaś, że nie mam już czego szukać w jego życiu.
Sorin patrzył na nią coraz bardziej podejrzliwie.
— To prawda?
— Może przyszła. Nie pamiętam.
— Przed chwilą mówiłaś, że nic nie wiesz.
Camelia westchnęła.
— Dobrze. Może rzeczywiście przyszła. Ale byłaś jego byłą żoną. Dopiero zaczynaliśmy wspólne życie. Nie zamierzałam zapraszać cię na kawę.
— Nie chciałam kawy. Chciałam porozmawiać z Sorinem. Powiedziałam ci, że jestem w ciąży.
— Nie powiedziałaś tego.
— Powiedziałam.
Sorin spojrzał na mnie.
— Jesteś pewna?
Poczułam ukłucie bólu, ale odpowiedziałam spokojnie:
— Tak. Jestem pewna.
— Co się stało później?
— Zamknęła mi drzwi przed nosem.
Zapadła cisza.
— Dlaczego wtedy do mnie nie zadzwoniłaś? — zapytał.
Nie potrafiłam znaleźć dobrej odpowiedzi.
— Bo byłam zraniona. Właśnie się rozwiedliśmy. Zebrałam w sobie odwagę, żeby przyjść i powiedzieć ci, że będziesz ojcem. A potem usłyszałam, że nie chcesz już żadnych problemów związanych z przeszłością.
Położyłam dłoń na brzuchu.
— Uwierzylam, że mówiła w twoim imieniu.
Camelia natychmiast zaprzeczyła.
— To nieprawda! Nie wiedziałam nawet, czy naprawdę jesteś w ciąży, ani czy dziecko jest Sorina. Mogłaś przecież próbować odzyskać go po rozwodzie.
— Przed chwilą twierdziłaś, że nic ci nie powiedziałam.
— Dosyć — przerwał Sorin.
Camelia podniosła głos.
— Nie, właśnie nie! Nagle pojawia się jego była żona w ciąży i wszyscy oczekują, że to ja będę winna!
— Nie miałaś prawa decydować za mnie — odpowiedział Sorin.
— Chciałam cię chronić!
— Przed czym?
Camelia zamilkła.
Sorin patrzył na nią przez chwilę, po czym zapytał:
— Dlaczego powiedziałaś mi wtedy, że jakaś obca kobieta pomyliła mieszkania?
Jej twarz wyraźnie się zmieniła.
— Nie pamiętam dokładnie, co mówiłam.
— Ja pamiętam.
Nastała ciężka cisza.
Camelia chwyciła swoją torebkę.
— Skoro już zdecydowałeś, komu wierzysz, nie mam tu czego szukać.
— Próbuję tylko zrozumieć, co się wydarzyło.
— Nie. Już wybrałeś.
— Najpierw powiedziałaś, że nic nie wiesz. Potem, że może przyszła. A wtedy powiedziałaś mi, że pod drzwiami była przypadkowa kobieta.
Camelia spuściła wzrok.
— Nie chciałam, żebyś znowu wrócił do niej.
Dopiero po chwili zrozumiała, co właśnie przyznała.
Sorin spojrzał na nią.
— Czyli wiedziałaś, że to Elena?
Nie odpowiedziała.
— Wiedziałaś, po co przyszła?
Camelia milczała.
Sorin odsunął się od samochodu.
— Muszę porozmawiać z Eleną.
— A ja?
— Nie wiem, Camelia.
Wsiadła do auta i zatrzasnęła drzwi.
Nie czułam satysfakcji.
To nie było zwycięstwo.
Schyliłam się, żeby podnieść drewno leżące przy drodze, ale Sorin natychmiast ruszył w moją stronę.
— Zostaw. Ja to zaniosę.
— Poradzę sobie.
— Jesteś w siódmym miesiącu ciąży.
Spojrzałam mu w oczy.
— I wczoraj też byłam.
Zatrzymał się z wyciągniętą ręką.
Wtedy otworzyła się brama domu po drugiej stronie ulicy.
Wyszedł Ilie.
Spojrzał najpierw na mnie, potem na Sorina, a na końcu na samochód Camelii.
Wyglądał tak, jakby od razu zrozumiał, że wydarzyło się coś ważnego.

Nie pytał o żadne wyjaśnienia.
Po prostu podszedł do mnie, zebrał porozrzucane drewno i wziął je na ręce.
— Przecież rano mówiłam ci, żebyś to zostawił.
— Wiem.
— A mimo to się za to zabrałeś?
— Nie posłuchałem.
— Widzę.
Sorin przyglądał mu się uważnie.
— Kto to jest?
— Ilie. Mój sąsiad.
Ilie skinął mu krótko głową.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Potem bez słowa wszedł na moje podwórko i zaniósł drewno pod dach.
Sorin odprowadził go wzrokiem.
— Często ci pomaga?
— Tak.
— Od kiedy?
Spojrzałam na niego.
— Dlaczego cię to interesuje?
— Bo dla mnie to ważne.
Westchnęłam.
— Od czasu, kiedy zaczęło mi być coraz trudniej robić samej wszystko to, co wcześniej nie sprawiało mi problemu.
Sorin spuścił wzrok.
Przez chwilę milczał, a potem zapytał:
— Mogę przyjechać jutro?
— Po co?
— Chciałbym z tobą porozmawiać.
— Jeśli chodzi o dziecko, możesz.
Podniósł głowę.
— Tylko o dziecko?
— Sorin, rozwiedliśmy się, zanim dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Łączy nas dziecko i zawsze będziemy jego rodzicami. Ale to nie zmienia powodów, dla których nasze małżeństwo się skończyło.
— Nie chcę teraz wszystkiego naprawiać.
— Ja też nie.
— Po prostu nie chcę już niczego przegapić.
Patrzyłam na niego przez chwilę.
— W takim razie nie próbuj nadrobić siedmiu miesięcy w ciągu jednego tygodnia.
Następnego dnia przyjechał sam.
Camelia nie pojawiła się razem z nim.
Sorin zapytał, czy mógłby towarzyszyć mi podczas kolejnej wizyty u lekarza.
Zgodziłam się.
Robiłam to dla naszego dziecka.
Nie po to, żeby odbudować nasz związek.
Nie pytałam, co stało się między nim a Camelią. Kilka tygodni później sam powiedział mi, że się rozstali.
Nie rozstali się jednak tego dnia, kiedy spotkaliśmy się na podwórku. Próbowali jeszcze być razem. Problem polegał na tym, że kłamstwo nie zniknęło.
Camelia wciąż uważała, że podjęła decyzję, którą uznała za właściwą dla ich związku. Sorin nie potrafił zaakceptować tego, że zdecydowała za niego, czy powinien wiedzieć, że zostanie ojcem.
Ze mną zbliżał się powoli.
Znacznie wolniej, niż sam chciał.
Towarzyszył mi podczas badań. Zainteresował się przygotowaniami do narodzin dziecka. Kupił łóżeczko, a pewnej soboty przyjechał samochodem pełnym rzeczy dla niemowlęcia.
Ubranka.
Pieluszki.
Butelki.
A nawet wózek, którego cena sprawiła, że spojrzałam na niego dwa razy.
— Sorin, naprawdę nie potrzebujemy połowy tych rzeczy.
— Chcę wam pomóc.
— W takim razie najpierw zapytaj, czego potrzebujemy.
Stanął przy otwartym bagażniku.
— Chcę odzyskać czas, który straciłem.
— Tych miesięcy nie da się kupić.
— Wiem.
— Więc nie próbuj zastępować ich rzeczami.
Pewnego popołudnia Sorin pojawił się na moim podwórku. Właśnie wtedy Ilie naprawiał fragment starego ogrodzenia.
Sorin podszedł do mnie z dwiema torbami.
— Przywiozłem ci…
Nagle zamilkł, kiedy zobaczył Iliego.
Sąsiad przywitał się spokojnie i wrócił do pracy.
Sorin spojrzał na naprawione ogrodzenie, potem na równo ułożone drewno.
— Dużo tu robi.
— Pomaga mi.
— Mogłaś poprosić mnie.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Kiedy, Sorin?
Nie odpowiedział.
— To ty przyszedłeś do mnie — powiedziałam ciszej. — A później przestałam próbować. Przyznaję, że mogłam zrobić więcej. Ale wtedy byłam przekonana, że nie chcesz nawet o mnie słyszeć.
— Nie o to mi chodziło.
— To o co?
Sorin spojrzał w stronę Iliego.
— Sam nie wiem.
Od razu zrozumiałam.
— Mam nadzieję, że nie jesteś zazdrosny.
— Może trochę.
— Nie masz prawa rozliczać mnie z tego, kto mi pomaga.
— Wiem.
Tym razem nie próbował się tłumaczyć.
Postawił torby na ziemi.
— Powiedz tylko, czy mogę coś zrobić.
Spojrzałam na stos drewna, który wciąż czekał na przeniesienie pod dach.
— Możesz.
Wskazałam mu ręką stertę.
Sorin zdjął zegarek, schował go do kieszeni i zaczął przenosić drewno.
Ilie spojrzał na niego tylko raz.
Nie powiedział ani słowa.
Nie musiał.
Kilka tygodni później siedzieliśmy wieczorem na ganku.
Dziecko zaczęło się poruszać, więc położyłam jego dłoń na swoim brzuchu.
Sorin poczuł delikatne kopnięcie i zamarł.
— To on?
— Tak.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
Po chwili zobaczyłam łzy w jego oczach.
— Straciłem tak wiele.
— Tak.
Nie powiedziałam mu, że to nieważne.
Bo było ważne.
— Pozwolisz mi być jego ojcem?
— Jeśli będziesz przy nim także wtedy, kiedy będzie trudno. Nie tylko wtedy, kiedy trzeba kupić wózek albo łóżeczko.
— Będę.
— Nie obiecuj mi.
Spojrzał na mnie bezradnie.
— Więc co mam zrobić?
— Pokaż mi.
W tym momencie otworzyła się brama.
Ilie wszedł na podwórko z naręczem drewna.
— Gdzie to położyć?
Wskazałam szopę.
Sorin natychmiast wstał.
— Daj mi.
Ilie przez chwilę patrzył na niego, a potem podał mu drewno.
Sorin wziął je i zaniósł pod dach.
Patrzyłam na niego w milczeniu.
Jeszcze kilka miesięcy wcześniej oddałabym wszystko, żeby zobaczyć go znowu w moim życiu.
Teraz wiedziałam już, że mogę zrobić dla niego miejsce w życiu naszego dziecka, nie otwierając ponownie drzwi do naszego małżeństwa.
I chyba on również zaczynał to rozumieć.
Nie wiedziałam, co wydarzy się między mną a Ilie.
Nie wiedziałam też, jakim ojcem Sorin będzie za pięć czy dziesięć lat.
Ale po raz pierwszy nie czułam, że muszę znać wszystkie odpowiedzi od razu.
Sorin wrócił po kolejną porcję drewna.
Odruchowo chciałam wstać.
Ilie pokręcił głową.
— Zostań. Teraz jest kto, żeby je nosić.
Tym razem posłuchałam.
I zostałam na ganku.







