Vera odebrała telefon z domu opieki:
— Pani matka, Walentyna Jegorowna, zmarła. Pogrzeb jutro o dwunastej.
Odłożywszy słuchawkę na stół, Vera usiadła na kanapie. Łez nie było — wiadomość przyjęła obojętnie. Jej matka nie żyła, ale Vera nigdy nie nazywała jej „mamą”.
W rzeczywistości widziała ją tylko dwa razy w życiu: pierwszy raz, gdy zmarła babcia, a drugi, gdy sąsiedzi z wioski poinformowali ją, że matka trafiła do domu opieki, podając adres.
Vera w końcu pojechała do internatu i zobaczyła matkę. Prawie się nie odezwali — tylko spojrzeli na siebie i tyle. Zostawiła numer telefonu w administracji domu opieki.
— Jeśli coś się wydarzy z pani matką — powiedziała jej zastępczyni dyrektora, — powiem wprost: jeśli umrze, powiadomimy panią.
I tak się stało. Vera oczywiście pojechała na pogrzeb. Choć nie miały kontaktu, uważała, że należy to zrobić. Nikt wprost jej nie mówił, że nie utrzymuje relacji z matką.
Pewnie niektórzy potępiali ją za to, że pozwoliła matce mieszkać w domu opieki.
— Z jednej strony mają rację, jeśli potępiają — myślała Vera — bo matka to matka, bez względu na wszystko. Rodziców się nie wybiera. Może powinnam się nią opiekować, choć mnie nie wychowywała.
Ale nie zamknie się nikomu ust i nie warto wyciągać pochopnych wniosków, nie znając powodów moich decyzji.
Vera wiedziała jedno: matka jej nigdy nie kochała. Być może rany, które otrzymała w dzieciństwie, były tak głębokie, że nie potrafiła wybaczyć ani zaakceptować Walentyny.
Młoda Walentyna była lekkomyślną dziewczyną. Nie grzebała w relacjach z chłopakami, nie odmawiała spacerów ani spotkań.
Z Wiktorem, który przyjechał do wioski w delegację, spotykała się przez dwa tygodnie, a potem wyjechał, nawet nie podając adresu.
Kiedy Walentyna zorientowała się, że jest w ciąży, bała się powiedzieć matce. Gdy brzuch stał się już widoczny, matka dostrzegła go, a Walentyna musiała urodzić.
— Kto jest ojcem twojego dziecka? — drążyła matka, lecz Walentyna milczała. Matka uznała ją za nieodpowiedzialną, sama nie wiedzącą, czego chce.
Trzy dni po porodzie pozostawiła córkę, Verę, babci i dziadkowi i wyjechała do miasta.
— Nie potrzebuję jej — oznajmiła matce. — Chcecie, sami wychowujcie, nie chcecie — oddajcie do domu dziecka.
Od tego czasu nie pojawiała się w wiosce. Babcia i dziadek zdecydowali sami wychowywać wnuczkę. Naciskał dziadek Jegor:
— Wychowamy ją. Mam nadzieję, że doczekam, aż dorosną Verka — powiedział surowo do żony, wiedząc, że była złośliwa i trudna w obyciu.
Babcia Anna spojrzała na niego ostro, lecz dziadek był przyzwyczajony i nie przejmował się. Myślał sobie:
— Niech się wyżyje, a potem wszystko wróci na swoje miejsce. Ja ją znam.
Życie Very w wiosce nie było łatwe. Babcia ciągle narzekała, czasem potrafiła mówić okropne rzeczy. Gdy Vera miała trzynaście lat, babcia znów ją zganiła:
— Trzeba było cię od razu po urodzeniu pozbawić życia. Pewnie wyrosłabyś taka jak twoja nieodpowiedzialna matka. Po co zgodziłam się cię wychowywać?
To było dla Very bolesne; słyszała wiele przykrości od babci, ale tego było za wiele. Zapłakała.
Dziadek Jegor nie słyszał tych słów, ale Vera była pewna, że by ją obronił. W rzeczywistości traktował ją dużo lepiej niż babcia.
Vera odwzajemniała się, pomagając dziadkowi, nawet chodząc z nim pasć wiejskie stado. Choć bała się dużego byka, dziadek mówił:
— Verka, trzymaj się od niego z daleka. Jeśli go nie zdenerwujesz, nie zaatakuje.
Vera uczęszczała do wioskowej szkoły bez większych sukcesów — ani dobrze, ani źle, była w środku klasy.
Babcia i dziadek nie sprawdzali jej lekcji i nie interesowali się, czy je odrobiła. Było im wszystko jedno.
Nowe ubrania kupowano rzadko, tylko gdy naprawdę były potrzebne. Babcia Anna często cerowała sukienki i swetry Very. Gdy prosiła o coś nowego, babcia odpowiadała:
— Popodziwaj jeszcze w tym, nie jesteś żadną panną młodą…
Gdy Vera miała czternaście lat, zmarł dziadek Jegor. Wtedy płakała długo i gorzko. Wiedziała, że bez niego będzie jej ciężko. Dziadek ją kochał, bronił i nie pozwalał babci podnosić na nią ręki.
Teraz Vera została sama z złośliwą babcią Anną.
— Po co się w ogóle urodziłam? — myślała, płacząc. — Cokolwiek zrobię, wszystko źle. Nigdy nie zadowolę babci.
Po ukończeniu dziewięciu klas, zniechęcona biciem i krzykami babci, Vera natychmiast po śmierci dziadka zdecydowała się wyjechać do miasta. Gdy tylko otrzymała świadectwo, następnego dnia ruszyła w drogę.
— Jedź, jedź! — krzyczała babcia na całą ulicę. — Mam cię dość karmić, teraz sama zarabiaj!
Na szczęście spotkała dobrych ludzi. Już rano, wsiadając do pierwszego autobusu z małą torbą na ramieniu, Vera dotarła do zakładu i dowiedziała się, jak znaleźć pracę.
Po południu była już w akademiku, przed komendantką z dokumentem na mieszkanie.
— No, Vera, chodźmy — mówiła pełna kobieta. — Jestem Nina Iwanowna, komendantka akademika.
Stanęły przy drzwiach pokoju. Drzwi były otwarte.
— Ritka, przyprowadziłam ci współlokatorkę. Będziecie mieszkać razem — wskazała drugie łóżko przy ścianie. — Tutaj się rozpakuj, żyjcie w zgodzie, bo nie chcę słyszeć kłótni — i pokazała duży pięść.
Z Ritką Vera szybko się zaprzyjaźniła. Była energiczna i żywiołowa, pochodziła z sąsiedniego rejonu.

— Ver, gdzie mieszkają twoi rodzice? — zapytała Ritka.
— Jestem sierotą, nie mam rodziców — odpowiedziała Vera. Nie znała ani ojca, ani matki.
Verze łatwiej było mówić prawdę, w końcu była sierotą – nigdy nie widziała swojej matki i nic o niej nie wiedziała. Było jej wstyd przyznać, że nie zna miejsca pobytu mamy.
Nie miała ciepłych ubrań, pieniędzy też brakowało, a do wypłaty jeszcze daleko. Rytka jednak obiecała pomoc.
— W następny weekend pojadę na wieś, przyniosę ci ciepłe ubrania mojej siostry. Są używane, ale innych nie ma. Widzę, że w ogóle niczego nie masz. Przyjechałaś do miasta w jednej sukience i butach.
— Dziękuję, Rito, naprawdę dziękuję — powiedziała Vera, gdy Rytka przywiozła jej dwie ciepłe, wełniane swetry, grube spodnie i starą, jesienną kurtkę.
Wkrótce Vera otrzymała swoją pierwszą wypłatę. Radość ją rozpierała. Nauczyła się rozsądnie gospodarować pieniędzmi: nie marnotrawiła, kupowała tylko to, co niezbędne, a resztę odkładała, by wystarczyło do kolejnej pensji.
Nie piła, nie paliła, nie wydawała pieniędzy na zbędne rzeczy i jadła skromnie, dzięki czemu nawet coś odłożyła.
Pewnego dnia Vera i Rytka poszły do kina. Tam poznała Sergieja.
— Gdzie pracujesz? — zapytał, gdy po seansie spacerowali po mieście.
— W fabryce, w dziale transportu. A ty?
— Ja jestem kierowcą ciężarówki w kamieniołomie.
Tak się zaczęła ich znajomość. Spędzali razem czas, spacerowali, a wkrótce wzięli ślub. Verze również powiedziała, że jest sierotą, że jej rodzice nie żyją.
Jednak później często obwiniała siebie i bała się, że kiedyś Sergiej dowie się, że ją okłamała i ją zostawi.
Jednak Sergiej odszedł wcześniej. Mieli już dwuletnią córkę, kiedy mężczyzna zakochał się w innej kobiecie. Wieść szybko dotarła do Verry w akademiku.
— Sergiej, to prawda, że spotykasz się z kimś innym? Mówią, że cały czas jeździcie razem w kabinie.
— To prawda. Pracujemy razem — przyznał mąż. — W ogóle, zrozumiałem, że popełniłem błąd. Rozwiedźmy się.
Później dowiedziała się, że ożenił się z Nadiją, która była starsza od niego o siedem lat i miała syna z poprzedniego małżeństwa.
Vera cierpiała i płakała, ale w końcu pogodziła się z losem. Jeśli nie jest potrzebna, to nie jest. Córka Katia dorastała, a współpracownicy pomagali jej rzeczami, które zostawały po ich dzieciach.
Było trudno wychowywać córkę samotnie, ale dawała sobie radę.
Katia chodziła do przedszkola, potem do szkoły. Z fabryki Vera otrzymała małe mieszkanie – niewielkie, ale własne, nie w akademiku.
Wyjazd do babci Anny nie należał do przyjemnych. Vera zabrała ze sobą córkę i nawet kupiła drobne upominki.
Od dawna o tym myślała – odkąd ostatni raz była na wsi, nigdy tam nie wróciła. Babcia była już starsza. Na widok Verry machnęła rękami:
— Pojawiłaś się… A to kto? Twoja córka?
— Tak, Katia, moja córka, uczennica szóstej klasy.
Rozmowa z babcią była niemożliwa – milczała, nie interesowało ją, co słychać u wnuczki. Vera nic nie opowiadała, skoro babcia nie pytała.
Sąsiadka Tamara, nieco starsza od Verry, wpadła do domu – kiedyś razem chodziły do szkoły.
— Vera, jak ci się żyje?
— Normalnie, pracuję w fabryce. Nie jestem mężatką, rozwiodłam się, mąż odszedł do innej, nie chcę już wychodzić za mąż.
— Babka Anna wciąż jest złośliwa. Choruje, prawie z nikim się nie kontaktuje. Ja czasem wpadam… Zresztą, nawet nie cieszy się, że przyjechałaś.
Daj mi twój numer telefonu, na wszelki wypadek, jeśli coś się jej stanie, dam znać. Nikt przy niej nie był, córka też się nie pokazała.
Vera i Katia wróciły tego samego dnia. Dokładnie rok później Tamara zadzwoniła:
— Vera, twoja babka umarła. A najciekawsze, że tydzień przed śmiercią pojawiła się twoja matka, Valka, z jakimś mężczyzną, oboje pijani.
Nie widziałam jej trzeźwej przez ten czas. Pogrzeb jest jutro, zebraliśmy pieniądze w wiosce.
— Dzięki, że powiedziałaś, Tomo. Przyjadę jutro rano.
Kiedy Vera weszła na podwórko, pierwsze, co zobaczyła, to brudna, pijana kobieta – to była jej matka. Tamara od razu podeszła do Verry:
— To twoja mamusia — powiedziała. Matka również patrzyła na córkę.
Verze było wstyd za matkę. Ta w końcu ocknęła się i wrzasnęła na cały ogród:
— Aaa, moja córko, Verka! Słyszałam, że dobrze ci się układa w mieście. Zabierz nas ze sobą — machnęła na mężczyznę leżącego przy płocie.
— Nie mamy czym palić w piecu, brak drewna, tylko deski… — krzyczała dalej. Vera weszła do domu, gdzie leżała w trumnie babcia.
Po pogrzebie Vera nawet nie została na stypie, wsiadła do autobusu, pożegnała się z Tamarą. Niedługo później Tamara poinformowała ją:
— Vera, twoją matkę zabrano do domu spokojnej starości. Ten facet, z którym była, zmarł. Ona choruje i nie wychodzi z nałogu. Sąsiedzi się skarżyli, bali się pożaru. Oto adres, dokąd ją wysłano.
Tak Vera dowiedziała się o matce. Odwiedziła internat, ale spotkanie było bardzo nieprzyjemne – matka ją zwyzywała i wyrzuciła.
Niedługo potem Vera usłyszała, że Valentina zmarła. Na pogrzeb pojechała następnego dnia, nie czując do matki ani odrobiny żalu. Jak żyła jej matka – Vera nie wiedziała, tak samo jak matka nie wiedziała nic o niej.







