– Oleg, ty serio mówisz, czy to jakaś nieudana noworoczna żart? – Tatiana zamarła z ręcznikiem w dłoniach, patrząc na męża, który starannie smarował masłem chleb, unikając spojrzenia w jej oczy.
– Taniuś, co za żart? Mama dzwoniła, płakała. W jej mieszkaniu sąsiad robi remont – młot udarowy od rana do nocy, pył, hałas. Ma już wiek i ciśnienie. Co miała zrobić?
Nie mogłem odmówić własnej matce – Oleg w końcu podniósł oczy, w których widać było tę winną prośbę, którą Tatiana znała od lat, za każdym razem, gdy teściowa wtrącała się w ich plany.
– Przyjedzie drugiego stycznia i zostanie do końca miesiąca. Może trochę dłużej, dopóki sąsiedzi nie skończą najgłośniejszych prac.
Tatiana powoli usiadła na krześle. Ręcznik opadł na kolana. W środku wszystko się urwało. Styczeń. Jej wymarzony, wyczekany styczeń.
Pracowała jako główna księgowa w dużej firmie budowlanej. Grudzień nie był dla niej miesiącem świątecznej gorączki i wybierania prezentów, lecz piekłem złożonym z inwentaryzacji, raportów, bilansów i nerwowych załamań szefostwa.
Przez ostatnie trzy tygodnie przychodziła do domu tylko na noc, marząc o jednym – jak drugiego stycznia wyłączy telefon, zasunie zasłony, sięgnie po stos książek, które zbierała pół roku, i będzie rozkoszować się ciszą.
Absolutną, dźwięczną ciszą.
– Oleg – głos Tatiany był zdradziecko cichy – umawialiśmy się. Obiecałeś mi spokojny miesiąc. Pracowałam jak wariatka cały rok.
Chcę po prostu leżeć, oglądać filmy, jeść sałatki i milczeć. Milczeć, rozumiesz? A Walentyna Pietrowna to nie cisza. To głośnik na nóżkach.
– Po co tak o mamie? – skrzywił się mąż, wkładając kanapkę do ust. – Chce pomóc. Będzie gotować, sprzątać. Tobie łatwiej. Leż, czytaj, a ona niech sobie rządzi. Wy dwie kobiety się dogadacie.
Tatiana nerwowo zaśmiała się. „Dogadacie się”. Przypomniała sobie poprzednią wizytę Walentyny Pietrownej. To było pół roku temu, tylko na tydzień.
W tym tygodniu teściowa zdążyła przestawić meble w salonie („tak zgodnie z feng shui”), wyrzucić jej ulubione dżinsy („przecież są podarte, wstyd”), a każdego wieczoru urządzała polityczne wykłady przy kolacji, wymagając pełnej uwagi i zgody.
Walentyna Pietrowna była kobietą korpulentną, głośną i pełną energii, jak walec drogowy.
Nie cierpiała zamkniętych drzwi i milczenia. Gdy Tatiana szła do sypialni, teściowa szła za nią z pytaniem: „Co, obraziłaś się?”.
Gdy Tatiana czytała, siadała obok i zaczynała opowiadać treść ostatniego programu o zdrowiu.
– Ona nie będzie tylko pomagać, Oleg. Ona będzie nas wychowywać. Mnie. Ciebie. Kota. Wstawać o szóstej rano i hałasować garnkami, bo „kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje”.
Komentować każdy mój ruch. „Taniuś, znowu pijesz kawę? To szkodzi naczyniom”. „Taniuś, czemu nie nosisz kapci? Zmarzniesz”. Nie wytrzymam tego teraz. Nie mam siły. Zwariuję.
– I co proponujesz? – Oleg irytował się coraz bardziej, głos stawał się surowszy. – Powiedzieć matce: „Przepraszam, cierp tam od bólu głowy pod młotem, bo Tatiana chce książkę poczytać”? To egoizm, Taniu.
Czysty egoizm. Mamy trzypokojowe mieszkanie, miejsca starczy dla wszystkich. Możesz w ogóle nie wychodzić z pokoju, jeśli chcesz. Ale mama przyjedzie. Bilet już kupiony, potwierdziłem.
Tatiana spojrzała na męża długo i badająco. Po siedmiu latach małżeństwa przyzwyczaiła się do jego ugodowości. Oleg był dobrym człowiekiem, ale zupełnie nie potrafił stawiać granic wobec matki.
Dla niego słowo „mama” było prawem, a wszelkie niedogodności Tani – „babskimi kaprysami”, które można przeczekać.
Ale teraz nie tylko złamał ich umowę. Ukradł jej czas na regenerację. Zdeprecjonował jej zmęczenie.
– To już postanowione? – upewniła się. – Nie zadzwonisz, nie zaproponujesz wynajęcia mieszkania w spokojnej dzielnicy, nie opłacisz sanatorium? Przyprowadzisz ją tutaj, do naszej przestrzeni, na cały miesiąc?
– Sanatorium drogie, a wynajęcie mieszkania – obrazi się. Powie, że brzydzimy się własną matką. Tak, postanowione. Przyjedzie drugiego rano.
Proszę cię, Taniu, bądź człowiekiem. Przywitaj ją normalnie, uśmiechnij się. Nie rób tej miny męczennicy.
– Dobrze – kiwnęła Tatiana. W jej głowie nagle zrobiło się jasno i pusto, jak w mroźny poranek. – Dobrze, Oleg. Słyszałam cię.
Wstała i wyszła z kuchni w milczeniu.
– Dokąd idziesz? Herbaty nie będziesz pić? – krzyknął mąż za nią, najwyraźniej zadowolony, że kłótnia ucichła tak szybko.
– Nie, zmęczona jestem. Idę spać.
Kolejne dwa dni do Nowego Roku upłynęły w dziwnym spokoju. Tatiana nie robiła scen, nie przyczepiała się do męża, zachowywała się wyraźnie spokojnie.
Przygotowywała tradycyjne sałatki, piekła mięso, stroiła choinkę. Oleg, widząc to, rozluźnił się. Uznał, że żona pogodziła się, „przebolała” i podjęła mądrą, kobiecą decyzję o cierpliwości.
Stał się nawet nadzwyczaj czuły, próbując zrekompensować winę: kupił jej drogie perfumy, sam odkurzył mieszkanie.
Tatiana przyjmowała to z lekkim półuśmiechem. Ale gdy Oleg oglądał telewizję, ona przeglądała ogłoszenia na stronie wynajmu mieszkań. Plan dojrzewał błyskawicznie, jeszcze w kuchni.
W sylwestrową noc stuknęli się szampanem przy wybiciu północy.
– Za nas! – zawołał Oleg. – I za to, żebyśmy w nowym roku byli dla siebie bardziej wyrozumiali i dobrzy.
– Za spokój – cicho dodała Tatiana, robiąc łyk.
Pierwszego stycznia spędziła leniwie, doglądając sałatek i oglądając stare komedie. A drugiego stycznia, o siódmej rano, zadzwonił budzik Olega. Musiał jechać na dworzec, by przywitać Walentynę Pietrowną.
– Taniuś, wstajesz? – szepnął, zakładając dżinsy. – Trzeba coś ciepłego do śniadania zrobić. Mama będzie głodna z pociągu. Zrób swoje słynne serniczki, okej? Lubi je, choć krytykuje twaróg.
– Tak, oczywiście – Tatiana otworzyła oczy. – Jedź, Oleg. Zrobię wszystko.
Gdy drzwi za mężem się zamknęły, Tatiana podskoczyła z łóżka. Ale nie do kuchni. Wyjęła z szafy duży walizkę.
Rzeczy były spakowane wcześniej i starannie schowane na pawlaczu i w dalekich szufladach. Teraz pozostawało tylko je zebrać.
Ubrania, kosmetyki, laptop, stos książek, ulubiony koc, ładowarki. Działała szybko, sprawnie, jak żołnierz podczas mobilizacji. Żadnych zbędnych ruchów. Po czterdziestu minutach walizka była zapięta, torba spakowana.
Ubrała się, zamówiła taksówkę. Miała przyjechać za pięć minut.
Tatiana weszła do kuchni. Na stole, gdzie Oleg spodziewał się góry rumianych serniczków, położyła notatkę i pęk kluczy.
Przez sekundę pomyślała i położyła obok kartę bankową, której używali na wspólne wydatki na jedzenie. „Niech sobie w niczym nie odmawiają” – pomyślała z satysfakcją.
W przedpokoju narzuciła kurtkę puchową, obejrzała mieszkanie. Litości nie było. Było poczucie niewiarygodnego ulgi, zmieszane z ekscytacją. Nie uciekała – wybierała siebie.
Taksówka zabrała ją do innej części miasta, cichej, mieszkalnej, gdzie w nowym budynku na dwunastym piętrze czekało przytulne, jasne jednopokojowe mieszkanie z panoramicznymi oknami.
Wynajęła je na miesiąc. Drogo, tak. Trzeba było sięgnąć do „skrytki”, którą odkładała na nowy płaszcz. Ale nerwy były warte więcej niż jakakolwiek futrzana inwestycja.
Ledwo rozpakowała rzeczy i nalała sobie kieliszek wina (o dziesiątej rano, tak, bo urlop!), gdy telefon eksplodował dzwonkiem. Na ekranie pojawiło się zdjęcie męża.
– Taniu?! Gdzie jesteś?! Przyszliśmy, a nikogo w domu! I twojej walizki nie ma! Co się dzieje? Obrabowali was? Czy poszłaś do sklepu z walizką?
Głos Olega przerywał na falset. W tle słychać było donośny bas Walentyny Pietrownej: „Co to znaczy, że nie ma?! Gdzie się podziała? Ciśnienie mi skacze, a synowa zniknęła!”.
– Cześć, Oleg – odpowiedziała spokojnie Tatiana, wychodząc na balkon i patrząc na zaśnieżony park. – Nie obrabowano mnie. Przeprowadziłam się.
– Co… przeprowadziłaś się? Gdzie? Po co?
– Pamiętasz, mówiłam, że w styczniu chcę ciszy i spokoju? Zrozumiałam, że w tym samym mieszkaniu z twoją matką to niemożliwe. Dlatego postanowiłam zwolnić wam przestrzeń. Teraz nikomu nic nie przeszkadza.
Mama może mieszkać spokojnie, ty możesz cieszyć się z nią kontaktami, a ja odpoczywam. Wszyscy wygrywają.
– Taniu, oszalałaś?! – krzyknął Oleg. – To demarche! Przedszkole! Mama tu stoi, trzyma się za serce! Jak jej to wytłumaczę? „Żona uciekła, bo ty przyjechałaś”?
– Wytłumacz jak chcesz. Powiedz, że wysłano mnie w pilną podróż służbową. Albo że wygrałam wyjazd do sanatorium. Albo powiedz prawdę. Szczerze, wszystko mi jedno.
Kartę na zakupy zostawiłam na stole. Serniczków nie ma, przepraszam, nie zdążyłam. W lodówce są jajka, mama zrobi omlet, umie lepiej ode mnie.
– Taniu, wracaj natychmiast! To wstyd! Co ludzie powiedzą? Święta, czas rodzinny, a my osobno!
– Oleg, nie wrócę. Mieszkanie opłacone do końca stycznia. Przyjadę pierwszego lutego, gdy mama wyjedzie. Nie dzwoń z pretensjami. Dzwoń tylko w razie pożaru albo zalania. To wszystko, całuję. Miłego pobytu z mamą.
Ona wcisnęła „odrzucenie” i wyłączyła dźwięk. Potem pomyślała i całkiem wyłączyła telefon.
Pierwsze trzy dni były rajem. Tatiana spała do południa. Czytała, leżąc w wannie z pianą. Zamawiała jedzenie – sushi, pizzę, wok, wszystko, co Walentyna Pietrowna nazywała „ohydztwem i trucizną”.
Oglądała seriale do trzeciej w nocy. Nikt nie marudził. Nikt nie zmieniał kanału. Nikt nie pytał: „Co na kolację?”. Cisza była gęsta i słodka jak miód.
Czwartego dnia włączyła telefon. Posypał się grad wiadomości. Trzydzieści nieodebranych od Olega, pięć od mamy, dwa od przyjaciółki Iry.
Oddzwoniła do mamy.
– Córeczko, co tam się stało? Oleg dzwonił, narzekał, mówi, że ich zostawiłaś, uciekłaś z domu, poszłaś szaleć! Walentyna wszystkim rodzinie opowiedziała, że wpadłaś w sekciarstwo albo narkotyki.
Tatiana się roześmiała.
– Mamo, uspokój się. Nie poszłam w tango. Po prostu wynajęłam mieszkanie. Walentyna Pietrowna przyjechała na miesiąc. Znasz ją przecież. Zdechłabym tam. Postanowiłam zrobić sobie urlop.
– Och, Taniu… – westchnęła mama. – No proszę. Charakter masz po ojcu. A Oleg?
– A Oleg niech pobędzie przykładnym synem. Tak bardzo chciał przyjąć mamę, to niech ją teraz przyjmuje.
Potem zadzwoniła do Olega.
– No, całe szczęście! Żyjesz! – wydyszał do słuchawki. Jego głos był wyczerpany. – Tania, przestań wygłupiać się. Wróć. Błagam cię.
– Co się stało, kochanie? Przecież tak dobrze się dogadywaliście.
– Dobrze?! – Oleg przeszedł na złowieszczy szept. Najwyraźniej chował się w łazience albo na balkonie. – To jest piekło, Tania. Piekło!
Ona wstaje o piątej trzydzieści! O piątej trzydzieści! I zaczyna ćwiczyć przy radiu. Tupa, hałasuje. Potem gotuje.
Wczoraj postanowiła usmażyć szprota. Smród był taki, że myślałem, iż sąsiedzi wezwą straż pożarną. Całe ubrania przesiąkły rybą!
– No wiesz, szprotki są zdrowe, fosfor – zauważyła złośliwie Tatiana.
– Nie kpij! Poprała wszystkie moje koszule i wyprasowała je… z kantami na rękawach! Na dżinsowych koszulach, Tania! Wyglądam jak klaun!
Ona cały czas mówi, mówi, mówi. O sąsiadach, chorobach, o tym, że Pugaczowa już nie ta, o cenach kaszy gryczanej. Nie mogę obejrzeć hokeja – za głośno. Nie mogę posiedzieć w toalecie z telefonem – puka i pyta, czy mi nie słabo.
– Biedactwo – w głosie Tatiany nie było ani grama współczucia. – Ale przecież sam mówiłeś: „To mama, trzeba wytrzymać, chce pomóc”. No to pomaga. Gotuje, prasuje.
– Tania, ona mnie dręczy przez ciebie! Co godzinę! „Jaka twoja żona okropna, uciekła, porzuciła dom, niechlujna, zajrzałam pod kanapę – kurz!”.
Próbuję cię bronić, ona się obraża, zaczyna płakać, łapać za serce, pić krople. Ja już pół butelki kropli wypiłem razem z nią! Tania, ja nie daję rady. Chcę do pracy. Po raz pierwszy w życiu chcę, żeby święta się skończyły i żebym poszedł do biura!
– No wytrzymaj, Olegu. Przecież jest starsza. Samotna. Potrzebuje uwagi.
– Tania, jeśli wrócisz, przysięgam, sam będę gotował. Sprzątał. Zajmował się nią. Tylko bądź obok! Potrzebuję piorunochronu!
– Aha, rozumiem. Nie mnie potrzebujesz, tylko bufora. Tarczy, w którą będą lecieć te wszystkie strzały. Nie, kochany. Pasuję. Jestem w domku. Idę teraz na spacer do parku, potem do kawiarni, kupię croissanta…
– Nienawidzę cię – jęknął Oleg bez złości, rozpaczliwie.
– A ja cię kocham. Trzymaj się. Jeszcze tylko trzy tygodnie.
Minął kolejny tydzień. Tatiana rozkoszowała się wolnością. Poszła na wystawę, do spa, przeczytała całego Remarque’a. Czuła, jak prostują się sprężyny w środku, jak znika chroniczne zmęczenie.
Pewnego wieczoru, wracając z kina, postanowiła zajrzeć do domu. Musiała zabrać zimowe buty, które w pośpiechu zostawiła, a zrobiło się zimno. Nie zapowiedziała wizyty.
Otwierając drzwi swoim kluczem, od razu poczuła: atmosfera w mieszkaniu była rozgrzana do granic. Nie pachniało już rybą, lecz walerianą i przypaloną kaszą.
W przedpokoju stały cudze kozaki, zajmując pół wycieraczki. Na wieszaku wisiał płaszcz Walentyny Pietrownej w rozmiarze „pokrowiec na czołg”, przygniatając kurtkę Olega.
W salonie telewizor ryczał tak głośno, że drżały szyby. Leżało jakieś talk-show, gdzie wszyscy na siebie wrzeszczeli.
Tatiana weszła do pokoju. Walentyna Pietrowna siedziała w fotelu Olega, z nogami na pufie (ulubionej, aksamitnej pufie Tatiany!), i łuskała pestki prosto do kryształowej cukiernicy.
Oleg siedział na kanapie, zgarbiony, wpatrzony w jeden punkt. Wyglądał na wychudzonego i szarego. Pod oczami miał cienie.
Na widok Tatiany podskoczył, jakby zobaczył ducha albo anioła zbawienia.
– Tania! Przyszłaś!
Walentyna Pietrowna powoli odwróciła głowę.
– O, zjawiła się, nawet się nie zakurzyła. Kukułka. Porzuciła męża, porzuciła dom. Gdzie się włóczyłaś? Wstyd!
Tatiana spokojnie się uśmiechnęła, nie zdejmując czapki.
– Dobry wieczór, Walentyno Pietrowno. I zdrowia życzę. Nie włóczyłam się, tylko żyłam w ciszy. Przyszłam po buty.
– Po buty! – teściowa rozłożyła ręce. – A mąż tu głodny, nieuprasowany! Ja, stara kobieta, muszę za twoim chłopem latać! Podłogi myć! A u ciebie, między innymi, za szafą pajęczyna! Odsunęłam – prawie zemdlałam!
– Po co pani przesuwała szafę? – zdziwiła się szczerze Tatiana. – Przecież jest ciężka.
– Porządek robiłam! Skoro gospodyni bezużyteczna!
Oleg podszedł do żony i chwycił ją za rękę. Jego palce były zimne.
– Tania, zabierz mnie – szepnął. – Zabierz mnie ze sobą. Do tamtego mieszkania. Zapłacę. Zrobię wszystko. Tylko mnie stąd wywieź.
– A mama? – zapytała szeptem Tatiana.
– Mama… mama zostanie tutaj. Niech żyje. Niech przesuwa szafy. Kupię jej jedzenie. Tylko jedźmy.
– Hej, co wy tam szepczecie? – ryknęła teściowa. – Sekrety przed matką? Oleg, przynieś mi herbaty, wyschło mi w gardle. I ciastek przynieś, tych, co wczoraj kupiliśmy.
Oleg drgnął, jakby poraził go prąd.
– Mamo, weź sobie sama! – krzyknął nagle. Głos mu się załamał. – Kuchnia jest dwa kroki stąd! Nogi nie są mi z drewna, dzisiaj już dziesięć razy nosiłem ci herbatę!
W pokoju zapadła cisza. Nawet telewizor jakby ucichł. Walentyna Pietrowna otworzyła usta, łapiąc powietrze.
– Ty… ty jak do matki mówisz? To ona cię nauczyła? Ta żmija?
– Nikt mnie nie uczył! – Oleg potargał włosy. – Po prostu jestem zmęczony! Mamo, kocham cię, ale jesteś nie do zniesienia!
Krytykujesz wszystko! Przestawiłaś moje narzędzia na balkonie, nie mogę znaleźć śrubokręta! Wyrzuciłaś mój ulubiony sweter! Oglądasz ten telewizyjny bełkot całą dobę! Ja chcę ciszy!

– Ach, ciszy mu się zachciało… – Walentyna Pietrowna zaczęła teatralnie osuwać się na bok. – Serce… Ojej, serce… Walidol…
Oleg odruchowo rzucił się w stronę apteczki, ale Tatiana złapała go za rękę.
– Stać – powiedziała cicho. – Walentyno Pietrowno, proszę nie przesadzać. Ciśnieniomierz jest na stole, widzę wynik. Sto dwadzieścia na osiemdziesiąt. Jak do lotu w kosmos.
Teściowa natychmiast się wyprostowała, jej oczy zwęziły się.
– Ty, dziewucho, nie mądrkuj. To ty rozwalasz rodzinę.
– Ja ją ratuję – odparła Tatiana. – Gdybym została, z Olegiem bylibyśmy już po rozwodzie. Albo udusiłabym panią poduszką. Żartuję.
Przeszła do przedpokoju, znalazła swoje buty i wsunęła je do torby.
„Oleg” – powiedziała do męża, który stał oszołomiony na środku pokoju. „Nie mogę cię zabrać. To twoja matka. Zaprosiłeś ją. Jesteś odpowiedzialny.
To twoja lekcja. Naucz się jej. A może następnym razem skonsultujesz się ze mną, zanim podejmiesz takie decyzje”.
„Tania…”
„Bądź cierpliwy, Oleg. Zostały dwa tygodnie. Wierzę w ciebie”.
Wyszła, zostawiając ich, żeby sobie wszystko poukładali. Zjeżdżając windą, Tatiana poczuła lekkie ukłucie winy – współczuła mężowi.
Ale rozumiała: gdyby teraz się poddała i go uratowała, nie zrozumiałby. Pomyślałby, że może zrzucić winę na żonę i być dobrym dla wszystkich. Niech będzie zły. Niech będzie dorosły.
Tatiana spędziła pozostałe dwa tygodnie produktywnie. Ułożyła plan na rok, zapisała się na angielski i spotkała się z przyjaciółmi. Oleg dzwonił rzadziej.
Jego głos stał się smutny, ale zrezygnowany. Przestał narzekać i zdawał krótkie raporty: „Byliśmy w klinice”, „Mama pokłóciła się ze sprzedawczynią”, „Oglądaliśmy »Pole cudów«”.
Tatjana zrozumiała: przechodził czyściec.
31 stycznia Tatjana oddała klucze do wynajętego mieszkania i wracała do domu.
Kiedy weszła, w mieszkaniu panowała zaskakująca cisza. Brudne i sterylne. Ani śladu kurzu. W powietrzu unosił się zapach wybielacza.
Oleg siedział w kuchni, popijając herbatę. Sam.
„Cześć” – powiedziała Tatjana, odstawiając walizkę.
Oleg uniósł głowę. Wyglądał jak człowiek, który właśnie wrócił z wojny. Dojrzały, surowy, trochę poobijany przez życie.
„Cześć. Witamy z powrotem”.
„Wyjechała?”
„Wyjechała. Wsadziłem ją dziś rano do pociągu”.
„Jak było pożegnanie?”
„Dobrze”. Powiedziała, że jestem niewdzięcznym synem, a ty żmiją. I że jej stopa nigdy więcej tu nie postoi, dopóki żyjesz.
„Och, to brzmi jak obietnica długiego i szczęśliwego życia” – uśmiechnęła się Tatiana.
Oleg się nie uśmiechnął. Podszedł do niej i mocno ją przytulił, wtulając nos w jej włosy, wdychając ich zapach – świeży, mroźny, zapach wolności.
„Wybacz mi, Taniu”.
„Za co?”
„Za to, że cię nie słuchałam. Za to, że myślałam, że twoje granice to tylko kaprysy. Te trzy tygodnie… Wiele przemyślałam. Rozumiem, dlaczego tak reagujesz. Życie z nią jest jak pole minowe.
Ciągle czekasz, aż coś wybuchnie. Kocham moją matkę, ale lepiej kochać ją z daleka. Przez telefon. Raz w tygodniu”.
Tatiana pogłaskała go po plecach.
„Cieszę się, że to zrozumiałeś. Naprawdę”.
„Nigdy więcej, słyszysz, nigdy więcej nie zaproszę jej do siebie bez twojej zgody. Ani nikogo innego. Nasz dom to nasza twierdza. Jeśli chcesz spokoju w styczniu, dostaniesz spokój. Nawet jeśli będę musiał zakleić dzwonek taśmą.”
„Wierzę ci na słowo.”
Oleg odsunął się i spojrzał jej w oczy.
„Słuchaj, było miło tam z tyłu, w tym mieszkaniu?”
„Wspaniale. Panoramiczne okna, jacuzzi.”
„Następnym razem, jeśli… no cóż, jeśli znowu pojawią się jacyś krewni… zabierz mnie natychmiast ze sobą, dobrze? Będę spała na dywanie i będę cicho. Tylko nie zostawiaj mnie samej.”
Tatiana się roześmiała.
„Zgoda. Ale zróbmy to bez rodziny.”
Weszła do salonu. Pfufik wciąż tam był. Szafa wróciła na swoje miejsce (Oleg najwyraźniej miał problem z jej odsunięciem). Misa ze słodyczami była pusta i umyta.
Życie wracało do normy. Dopiero teraz pojawiły się nowe, żelbetowe brzegi, które Oleg zdawał się doceniać.
Tego wieczoru siedzieli na kanapie, pijąc wino i nic nie mówiąc. Po prostu nic nie mówiąc. Telewizor był wyłączony. Telefony schowane. I ta cisza była najlepszym darem minionego miesiąca. Ciszą, w której dwoje ludzi rozumiało się bez słów.
Nagle zadzwonił telefon Olega. Wiadomość.
Spojrzał na ekran, a jego twarz drgnęła.
„Co się stało?” zapytała leniwie Tatiana.
„Mama pisze: »Dotarłem bezpiecznie. Sąsiedzi znowu wiercą. Myślę, że może powinnam wpaść do ciebie na daczę tego lata? Wyjdź na świeże powietrze, pozbądź się chwastów z grządek w ogrodzie«.
Wymienili spojrzenia.
„Odpisz” – powiedziała Tatiana. „Natychmiast”. Oleg skinął głową, szybko przesuwając palcami po ekranie.
„Co napisałeś?”
„Mamo, tego lata robimy generalny remont w naszej daczy. Nie możemy tam mieszkać. A tak w ogóle, planujemy wycieczkę. W góry, gdzie nie ma zasięgu. Kocham cię”.
„Dobrze” – Tatiana stuknęła kieliszkiem o jego. „Rośniesz na naszych oczach”.
Oleg odłożył telefon ekranem do dołu.
„Uczę się od najlepszych” – uśmiechnął się. „Więc obejrzyjmy film? A może po prostu siedźmy cicho?”
„Zostańmy cicho” – odpowiedziała Tatiana. „Mamy przed sobą cały rok na rozmowę. A teraz czas na ciszę”.







