Moja teściowa była przyzwyczajona do wpadania bez pytania. Tym razem jej nawyk ją zawiódł.

Historie rodzinne

Zrozumiałam, że nasze małżeństwo pękło już na dobre, kiedy nie znalazłam na desce do prasowania mojego nowego generatora pary.

Tego za dwadzieścia tysięcy, kupionego z kwartalnej premii. Wcześniej bez śladu zniknęły włoska kapsułkowa ekspres do kawy, drogi toster i mój ulubiony mikser planetarny.

— Gienek, gdzie jest żelazko? — zapytałam męża, przeszukując puste wieszaki w garderobie.

— Jakie żelazko? — Gienek nawet nie oderwał wzroku od telefonu, okazując całkowitą obojętność wobec moich „domowych problemów”.

— Nic nie brałem, szefie! Życia na wolności nie widziałem! — z radosną chrypką wrzasnął z żerdzi Jasza.

Papugę żako dostałam od kolegów na jubileusz. Kochałam tę szarą bestię za to, że potrafiła poprawić humor nawet w najgorszy dzień. Gienek nienawidził ptaka, bo Jasza miał fenomenalną pamięć do intonacji i wyjątkowo złośliwy charakter.

— Jeszcze kiedyś wyrzucę tę pierzastą paskudę przez okno — syknął mąż.

— To ty gdzieś schowałaś to żelazko. Albo zepsułaś i zapomniałaś. U ciebie wszystko wiecznie się pali i psuje.

— Klinika płacze! Sanitariuszy! — natychmiast odezwał się Jasza, naśladując syrenę karetki.

W milczeniu otworzyłam dolną szufladę szafy, gdzie Gienek trzymał narzędzia. Leżało tam samotne, puste pudełko po moim ekspresie do kawy, który zniknął miesiąc temu. Wtedy mąż przekonywał mnie, że „sama go spaliłam”, a on wyrzucił go na śmietnik.

— Wiesz, mogłam się pogodzić z tym, że sprzęt „znikał”. Ale żelazko kupiliśmy trzy dni temu. Nawet nie zdążyło ostygnąć.

— Ira, przestań robić sceny o kawał plastiku. Masz paranoję.

W tym momencie w drzwiach przekręcił się zamek. Gienek miał uroczy zwyczaj rozdawania kluczy swojej matce.

Maria Pawłowna weszła do mieszkania jak właścicielka pakietu kontrolnego.

— Irenko, kupiłam wam ręczniki — rzuciła na puf dwa sztywne, jaskrawe szmaty.

— Bo ty zawsze nie masz czym się wycierać. Gienku, kochanie, zrób mamie kawę!

— Darmocha przyszła! Otwierać bramy! — zapiszczał Jasza.

— Nie mamy ekspresu, Mario Pawłowna. Cudownie wyparował — oparłam się o futrynę.

— Okradli was! Do gołej ziemi! — powtórzył papug, idealnie kopiując jej skarżący ton.

Gienek ruszył w stronę klatki, ale zastąpiłam mu drogę.

— Kupiłam sobie świetne urządzenia — oznajmiła niewzruszona teściowa. — Ekspres robi cappuccino jak z kawiarni. A żelazko też mam nowe, parowe, mocne. Trzeba dbać o siebie na emeryturze, skoro synowa nie potrafi.

Wyjęłam telefon.

— Ciekawe. Mój sprzęt znika, a u pani się pojawia.

Gienek nagle stanął przede mną.

— Jak ty się odzywasz do matki?!

— To mój dom. Co chcę, to robię — warknął. — Jesteśmy rodziną!

— Rodzina, która kradnie rzeczy z mieszkania?

— Nie kradnie! Pożycza! — krzyknął.

— Jasne… „pożycza” bez pytania.

Maria Pawłowna natychmiast poczuła wsparcie.

— Zawsze uważałam cię za materialistkę — dodała. — Żałujesz sprzętów dla rodziny.

Wtedy coś we mnie pękło.

Podeszłam do wieszaka i zdjęłam jej norkową futrzaną kurtkę — kupioną przez Gienka z naszych wspólnych oszczędności.

Zawinęłam ją w torbę.

— Skoro wszystko jest wspólne, to zabieram. Równowaga musi być.

— Co ty robisz?! — syknęła.

— Rekompensuję straty.

Gienek rzucił się, żeby wyrwać mi torbę. Wtedy wyjęłam gaz pieprzowy.

— Ani kroku.

Zamarł.

— Zwariowałaś — wyszeptał.

— Nie. Po prostu przestałam się zgadzać.

— Oddamy wszystko jutro! — zmieniła ton teściowa.

— Nie jutro. Teraz.

I wyszli.

Zostałam sama.

W dwie godziny spakowałam jego rzeczy w czarne worki. Garnitury, buty, sprzęt, wszystko.

Kiedy wrócili z moimi rzeczami, czekały już na nich worki na klatce schodowej.

— Rozwód — powiedziałam spokojnie.

— Nie masz prawa!

— Mam.

I drzwi się zamknęły.

A ja po raz pierwszy od dawna poczułam, że w tym mieszkaniu znów oddycha się lekko.

Visited 1 089 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł