— Pani Margarito Pawłowno, proszę się tylko nie denerwować, ale mamy tu małe nieporozumienie — głos Aliny, administratorki restauracji „Weranda”, brzmiał tak, jakby próbowała udobruchać wściekłego rottweilera.
— Pani rezerwacja na dwudziesty… została teraz przepisana na Ellę Swiridową. Zmiana formatu. Zamiast przyjęcia z okazji ukończenia studiów będzie gender party.
Powoli odstawiłam na stolik cukierni „Śmietanka” filiżankę wystygłej kawy. Różowa, kapronowa wstążka, którą odruchowo owijałam wokół palca, boleśnie wpiła się w skórę.
Ella. Moja ukochana szwagierka. Kobieta–festiwal, kobieta–katastrofa, a przy okazji siostra mojego zmarłego męża, która przez czterdzieści lat życia nie nauczyła się odróżniać tego, co jej, od tego, co cudze.
— Jaka zmiana formatu, Alino? — zaczęłam mówić wolniej niż zwykle. To był niezawodny znak, że budzi się we mnie technolog z dwudziestoletnim stażem, przyzwyczajony do dyscypliny i ścisłego przestrzegania receptur.
— Wpłaciłam zaliczkę na bankiet z okazji ukończenia studiów przez moją córkę. Mam pokwitowanie.
— Ella też przyniosła… — Alina zawahała się. — Powiedziała, że wszystko ustaliłyście w gronie rodzinnym.
Że dla Aneczki ta uroczystość nie jest aż tak ważna, bo i tak wyjeżdża, a Elli zależy pilnie, bo „pali jej się” termin u fotografa i jakiegoś modnego prowadzącego.
Przepisała umowę na siebie. Powiedziała, że pani o wszystkim wie, a pieniądze… no, te, które pani wpłaciła, pójdą na poczet jej tortu.
Patrzyłam na kapronową wstążkę. Różowy kolor był w tym sezonie ulubionym kolorem Elli. Zafiksowała się na tym „gender party” — modnej bzdurze, gdzie przyszli rodzice przebijają balon, żeby poznać płeć dziecka.
To, że ojciec tego dziecka miał ledwie ponad dwadzieścia lat i zniknął zaraz po wiadomości o dwóch kreskach, w ogóle jej nie przeszkadzało.
Potrzebowała treści. Potrzebowała „Werandy” — najlepszej sali w Kostromie z widokiem na Wołgę. I oczywiście potrzebowała moich pieniędzy.
— Nie wiem o niczym, Alino — powiedziałam cicho. — Kompletnie o niczym.
(Nie wiedziałam o niczym. W piersi przewracało się coś ciężkiego, jak źle wyrobione, zwietrzałe ciasto.)
Ella zawsze uważała, że moje życie to niewyczerpane źródło, do którego ma dostęp z racji urodzenia. Kiedy żył Witia, mój mąż, próbował je godzić, łagodzić konflikty.
„Rita, przecież ona jest młodsza, głupiutka, ale za to wesoła”. Wesołość Elli zawsze kosztowała mnie bardzo drogo.
Raz musiała „pożyczyć” na wakacje, innym razem „przypadkiem” rozbiła mój samochód, bo „tak pięknie stał pod lipami”.
Ale zakończenie studiów Ani było granicą. Moja córka harowała pięć lat na medycynie, nie wychodząc z prosektorium, i to przyjęcie było jedyną rzeczą, na którą naprawdę czekała.
Wyszłam z cukierni. Kostroma w czerwcu pachniała kurzem i kwitnącą lipą. Szłam ulicą Sowiecką i czułam, jak pod obcasami chrzęści drobny piasek. Ella zadzwoniła sama, kiedy byłam już blisko domu.
— Ritula! — zaćwierkała do słuchawki z taką radością, jakbyśmy właśnie razem wygrały na loterii. — Słyszałaś już? Wyobrażasz sobie, jaki zbieg okoliczności!
W „Werandzie” zwolnił się termin akurat na dwudziestego. Wiedziałam, że się nie obrazisz. Aneczka jest przecież skromna, te restauracje tylko ją stresują.
Posiedzimy w domu, upiekę moją firmową szarlotkę… No wiesz! A ja potrzebuję sali do sprawy. To przecież start mojego bloga, rozumiesz? „Mama po czterdziestce: restart”.
Zatrzymałam się przy żeliwnym ogrodzeniu. Palce nadal obracały różową wstążkę.
— Przepisałaś moją rezerwację na siebie, Ella? — zapytałam, patrząc na tłustego gołębia pełznącego po chodniku.
— Och, nie zaczynaj — głos szwagierki natychmiast zrobił się ostry. — Co za różnica, czyje nazwisko jest w formularzu? Rodzina Swiridowów jest jedna.
Twoje pieniądze oddam… kiedyś. Z pierwszych kontraktów reklamowych. Ty przecież jesteś bogata, Margarito Pawłowno.
Główny technolog piekarni! Masz tych bułek pod dostatkiem, a ja mam szansę na nowe życie.
Słuchałam jej i myślałam o jej cienkiej górnej wardze. Kiedy się złościła, niemal znikała, zamieniając usta w wąską linię. Wiktor zawsze mówił, że to oznaka uporu. Ja widziałam w tym tylko chciwość.
— Nie wyraziłam zgody — powiedziałam.
— Za późno, kochana! — niemal zaśpiewała Ella. — Umowa przepisana, administratorka to moja dobra znajoma, wszystko już wprowadzone do systemu. Kwiaty zamówione, balony w drodze.
A tak przy okazji — różowy do ciebie nie pasuje, nie waż się przyjść w tym swoim starym kostiumie. Chociaż… możesz w ogóle nie przychodzić, jeśli zamierzasz psuć mi karmę swoją kwaśną miną. Pa!
Rozłączyła się. Stałam na środku ulicy, ściskając w dłoni kawałek kapronu. W środku było pusto i bardzo zimno.
Tak bywa, gdy w piekarni wyłączają piece w środku zmiany — wszystko zamiera, a ciężki, lepki zapach surowego ciasta zaczyna wypełniać przestrzeń.
Przypomniałam sobie, jak trzy lata temu wyciągałam tę samą „Werandę” z poważnego skandalu. Wtedy cała ich produkcja spleśniała — zawiódł dostawca mąki, a technolog popadł w ciąg alkoholowy.
Spędziłam trzy noce w ich zakładzie, oczyszczając zakwasy, ustawiając od nowa reżimy temperaturowe, dogadując się z moimi ludźmi w sprawie dostaw odpowiedniego ziarna.
Właściciel restauracji, Pasza, przysięgał wtedy, że jestem dla nich jak anioł stróż.
Okazało się, że aniołów stróżów szybko się zapomina, gdy pojawia się efektowna kobieta z różowymi balonami i kłamstwami o rodzinnych ustaleniach.
Spojrzałam na zegarek. Szósta wieczorem. Administratorka Alina była najwyraźniej tą „dobrą znajomą”, skoro posunęła się do czegoś takiego. Ale była tylko wykonawcą. Nie znała jednego ważnego szczegółu, który znałam ja.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę przystanku. Nie potrzebowałam iść do domu. Musiałam iść do laboratorium w zakładzie. Tam, w ciszy, wśród probówek i worków z próbkami kontrolnymi, zawsze myślałam najlepiej.
Ella chciała przyjęcia? Ella chciała „restartu”? Proszę bardzo. W piekarnictwie istnieje pojęcie „przekwaszonego zaczynu”. Z zewnątrz wygląda normalnie, nawet bulgocze.

Ale wystarczy wstawić go do pieca, by wszystko zamieniło się w lepką, gorzką masę, której nie da się zjeść.
Moja szwagierka potajemnie przepisała rezerwację mojej sali bankietowej, licząc na moją wieczną cierpliwość. Zapomniała, że cierpliwość technologa to nie słabość. To umiejętność czekania, aż proces fermentacji osiągnie właściwy moment.
Wyjęłam telefon i zaczęłam przeglądać listę kontaktów. Pawła, właściciela, nie chciałam jeszcze niepokoić. Jeszcze nie. Znalazłam numer „administracji” — nie prywatny Aliny, lecz ogólny, miejski.
Ale zanim nacisnęłam przycisk połączenia, zeszłam do hali produkcyjnej. Tam huczały ogromne miesiarki do ciasta. Mój zastępca, chłopak o imieniu Ilya, uniósł brwi ze zdziwieniem:
— Pani Margarita Pawłowna? Co pani tu robi o tej porze? Coś się stało?
— Stało się, Ilya — podeszłam do kadzi z zakwasem. — Receptura została naruszona. Trzeba natychmiast to naprawić, zanim partia trafi do pieca.
Poprawiłam fartuch. Ręce przestały drżeć. Teraz działały precyzyjnie, jak przystało w produkcji.
W domu było cicho. Ania siedziała w swoim pokoju, otoczona podręcznikami — przygotowywała się do ostatniego zaliczenia, choć wszystko już było przesądzone. Nie wiedziała o buncie ciotki Elli.
Zajrzałam do niej, poprawiłam koc na jej ramionach. Nawet się nie odwróciła, tylko mruknęła coś o receptorach i synapsach.
Usiadłam w fotelu w salonie i otworzyłam laptopa. Mój wzrok padł na rodzinne zdjęcie: Witia, ja, mała Ania i Ella. Ella na zdjęciu miała jaskrawoczerwoną sukienkę — zawsze starała się stać w centrum, trochę przed innymi.
Witia uśmiechał się swoim dobrym, lekko winnym uśmiechem. Zawsze przepraszał za siostrę. „Ritka, ona po prostu chce miłości”.
Miłości Ella chciała w ekwiwalencie finansowym i w formie uznania własnej wyjątkowości.
Przypomniałam sobie nasze ostatnie spotkanie na urodzinach teściowej. Ella mówiła wtedy najgłośniej, że „piekarnia to przeżytek” i że „porządni ludzie” jedzą tylko bezglutenowe chrupki z amarantusa, które kosztują jak skrzydło samolotu.
Jadła mój firmowy cebulowy placek i krzywiła się: „Oj, Rita, ile tu kalorii, ty w ogóle rozumiesz, że trujesz ludzi?”
Przy tym placek zniknął z jej talerza w pięć minut.
Otworzyłam maila. Wśród starych wiadomości znalazłam tę od Pawła, właściciela „Werandy”. Był tam załączony kontrakt współpracy.
Punkt 4.2: „W przypadku naruszenia standardów jakości dostaw lub ryzyka reputacyjnego, strona B ma prawo do audytu nadzwyczajnego”.
Ryzyko reputacyjne. To było dokładnie to.
Wiedziałam, że „Weranda” jest w trakcie odnawiania licencji alkoholowej i czeka na kontrolę sanepidu. Paweł bardzo się tym stresował. A Lina, jego administratorka, była sprawna, ale niezbyt bystra.
Dała się nabrać Elli i jej pewności siebie oraz — prawdopodobnie — drobnej łapówce. Ella umiała rzucać słowa o „reklamie w blogu z dziesięcioma tysiącami zasięgu”. Tyle że jej „zasięgi” to było może trzysta osób, połowa z nich boty.
Zaczęłam pisać do Pawła. (Nie, właściwie nie zaczęłam. To było zbyt oficjalne. Takie sprawy załatwia się inaczej.)
Wybrałam numer administracji „Werandy”. Odebrała nie Lina, lecz zmiana nocna — Lena.
— Dzień dobry, tu Margarita Pawłowna Swiridowa. Technolog z piekarni.
— Ojej, pani Margarita Pawłowna, dzień dobry! — Lena natychmiast zrobiła się uprzejma. — Coś nie tak z jutrzejszą dostawą ciabatty?
— Z dostawą wszystko w porządku. Natomiast z moją rezerwacją na dwudziestego — już nie. Ma pani pięć minut?
Spokojnie, bez emocji, wyjaśniłam sytuację. Że umowa nie może być zmieniona bez mojego podpisu. Że pani Ella Swiridowa nie ma prawa dysponować moimi pieniędzmi ani rezerwacją.
I że jeśli w ciągu godziny sprawa nie wróci do pierwotnego stanu, skieruję oficjalną skargę nie tylko do restauracji, ale też do sanepidu — z prośbą o kontrolę legalności imprez masowych i… powiedzmy, pochodzenia mąki w ich cukierni.
— Ale Alina powiedziała… — zaczęła Lena.
— Alina dopuściła się naruszenia obowiązków służbowych — ucięłam. — Jeśli nie chcecie jutro kontroli i badania zakwasu pod kątem flory bakteryjnej, radzę znaleźć administratorkę i naprawić błąd.
Odłożyłam słuchawkę. Serce biło mi równo. Czułam się jak przy kontrolowaniu ogromnej partii chleba — bez pośpiechu, bo inaczej wszystko się zepsuje.
Po piętnastu minutach telefon eksplodował. Ella.
— Co ty wyprawiasz, stara torbo?! — wrzeszczała. — Odwołali mi rezerwację! Zniszczyłaś mi życie! Mam wizytę u makijażystki! Gości!
— Ella — powiedziałam, patrząc na dłonie — ukradłaś mój dzień. Ukradłaś pieniądze na studniówkę mojej córki. Naprawdę myślałaś, że będę stała z boku i klaskała?
— Kogo obchodzi twoja studniówka?! — krzyczała. — Twoja Ania i tak będzie całe życie w białym fartuchu!
— Ty tworzysz tylko treści, Ella. I robisz to za mój koszt. To się skończy.
— Pójdę do sądu! Powiem wszystkim, że trujecie ludzi! — histeryzowała.
— Spróbuj — odpowiedziałam spokojnie. — Mam wszystkie rachunki i nagrania.
Rozłączyłam się. W pokoju zapadła cisza. Ania wyszła z pokoju.
— Mamo, z kim tak rozmawiałaś?
— Z dostawcami — skłamałam spokojnie. — Idź na herbatę.
Następnego dnia przyszłam do pracy wcześniej. W powietrzu pachniało spirytusem i ziarnem. Poprosiłam Ilyę o dokumenty audytu „Werandy”.
Paweł przyjechał przed południem. Przeprosił, tłumaczył się chaotycznie, przyniósł kwiaty, których nie cierpiałam.
— Alina została zwolniona? — zapytałam.
— Tak… natychmiast — odpowiedział blady.
Kiwnęłam głową. To wystarczyło.
W dniu bankietu wszystko było idealne. Ania w białej sukience śmiała się, tańczyła, była szczęśliwa. Patrzyłam na nią i wiedziałam, że to był jedyny sens tego wszystkiego.
Wieczorem zadzwoniła Ella. Krzyczała, że jej impreza się nie udała, że wszystko zniszczyłam.
— Sama wybrałaś swój scenariusz — powiedziałam spokojnie. — A kiedy pękł balon, to nie moja wina. To fizyka.
Rozłączyła się.
Wróciłam do stołu. Odłamałam kawałek chleba. Smak był prawdziwy, właściwy, stabilny.
Wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Wyszłam na zewnątrz. Nad Wołgą było ciemno. Wiatr porwał kawałek różowej wstążki i uniósł go w stronę rzeki.
Wsiadłam do taksówki. Pachniało starą skórą i „Oceanem”.
I pomyślałam tylko, że jutro trzeba będzie sprawdzić nową mąkę.
Życie nie czeka.







