Dzwonek do drzwi rozbrzmiał z taką bezkompromisową natarczywością, jakby w progu stali nie zwykli kurierzy, lecz komornicy albo ciocie i wujkowie z misją „dobrego uczynku” na miarę katastrofy.
Nikt mnie nie odwiedzał. Przynajmniej tak mi się wydawało. Oczekiwałam jedynie kuriera z pizzą, a kurierzy, jak wiadomo, rzadko używają młotka, by wcisnąć się do mieszkania. Są w tym względzie elegancko dyskretni.
A jednak na progu stał Stas. Mój były mąż. Człowiek, który potrafił być zarówno imprezą, orkiestrą, jak i żywym kataklizmem w jednym opakowaniu.
Za jego plecami, jak cień tragicznej postaci ze szekspirowskiego dramatu, majaczyła jego matka, Antonina Fiodorowna, z twarzą, na której utkwił wyraz wiecznej żałoby nad tym, co mogło być, a nie było.
— Iriśka! — rozłożył ręce Stas, jakby chciał objąć cały świat, a skończył na moim framudze drzwi. — My tu przejeżdżaliśmy, pomyślałem: wpadniemy, złożymy życzenia byłej żonce z okazji urodzin! W końcu nie jesteśmy obcy!
Antonina Fiodorowna już zaczęła swoją rutynową inspekcję mieszkania, przeskanowując wzrokiem każdy centymetr podłogi, każdą szparę w ścianie, każdą nową potencjalną osobę w moim życiu.
— Witaj, Iro — wysyczała — myślałyśmy, że siedzisz tu samotna jak kukułka.
Nie zdążyła skończyć, bo w salonie przy stole siedzieli moi koledzy z teatru: Bella Lwowna, nasza primadonna, dama o postawie cesarzowej, i Wiktor — szef działu montażu scenografii.
Wiktor był osobnym rozdziałem tej historii. Mężczyzna imponującej postury, z rękami przypominającymi łyżki koparki, a brodą, która mogłaby służyć za schronienie dla niewielkiego oddziału partyzantów.
Mój pies, ryzen-sznaucer Django, siedzący u jego nóg, podniósł głowę. Django był dżentelmenem trzeciego pokolenia, ale starą rodzinę Stasa traktował jak genetycznego wroga.
Wydobył z siebie dźwięk przypominający pracujący transformator — niski, ostrzegawczy pomruk.
— Fiu, Django — rzuciłam leniwie — to są nasi. W pewnym sensie.
Stas, nie czekając na zaproszenie, ruszył w stronę stołu, jakby świat był dla niego bufetem przygotowanym specjalnie.
— O, towarzystwo! — chwycił krzesło, odwrócił je oparciem do przodu i „osiodłał”. — Stasław, przedsiębiorca. Wizjoner.
Wiktor powoli przeżuł oliwkę, spojrzał na Stasa ciężkim, niemal żeliwnym wzrokiem i burknął:
— Wiktor. Po prostu pilnuję, żeby scenografie nie spadły na takich wizjonerów.
Antonina Fiodorowna tymczasem przeprowadzała inspekcję stołu.
— Iroczka, sałatki kupne? — zapytała ze smutkiem — Kobieta w wieku trzydziestu ośmiu lat powinna mieć czas na domowy majonez.
— Kobieta w wieku trzydziestu ośmiu lat powinna mieć czas na życie, Antonino Fiodorowno — uśmiechnęłam się, nalewając sobie soku — a majonez niech robią specjaliści.
Stas już nakładał sobie pieczeń, ignorując fakt, że talerzy było dokładnie na trzech gości.
— Słuchaj, Ir — przełknął kawałek mięsa, nie krzywiąc się, że przerywa Bellę Lwowną — mamy sprawę. My z mamą pomyśleliśmy… chcemy, tak powiedzieć, pomóc twojemu budżetowi.
Poczułam zimny dreszcz. Każda „pomoc” Stasa kończyła się kredytem, który spłacałam ja.
— I na czym polega akt waszej dobroci? — zapytałam, opierając się o oparcie krzesła.
— Mam projekt. Bomba! — oczy Stasa zabłysły tym fanatycznym blaskiem, który pojawia się u ludzi wchodzących w piramidę finansową.
— Elitarna karma dla legwanów! Rynek pusty! Potrzeba tylko… sto pięćdziesiąt tysięcy na miesiąc. Oddam z procentami!
W pokoju zapanowała cisza teatralna — nie biblioteczna, ale ta przed wejściem antagonistycznej postaci.
Przypomniałam sobie, jak pięć lat temu, gdy byliśmy jeszcze małżeństwem, poprosiłam go o pieniądze na zimowe buty.
Stas wówczas debatował nad moimi zdolnościami budżetowymi i kupił sobie nową konsolę, bo „mężczyźnie potrzebny relaks”. A teraz jadł moją pieczeń i prosił o moje pieniądze.
— Stas — mówiłam cicho, ale wyraźnie — pamiętasz, co powiedziałeś przy rozwodzie? Że jestem „balastem, który ciągnie twój genialny statek na dno”.
— Kto by tam pamiętał stare… — machnął ręką, nalewając wino. — To były emocje. Teraz biznes. Jesteśmy rodzina! Chcę, żebyś uczestniczyła w sukcesie.
Wiktor prychnął, odłożył widelec i spojrzał w sufit:
— Znałem kiedyś człowieka w wiosce. Chciał szczęście sąsiadowi przynieść na siłę. Wniósł mu wiadro nawozu pod drzwi. Mówi: „Dla ciebie, Petrowicz, od serca”.

A sąsiad otworzył drzwi, spojrzał, westchnął i w odpowiedzi przyniósł wiadro jabłek. „Ja ci gówno, a ty mi jabłka?” — „Kto czym bogaty, tym się dzieli”, odpowiedział Petrowicz.
Bella Lwowna dyskretnie zakryła usta serwetką, próbując powstrzymać uśmiech. Stas zrobił się czerwony, ale udawał, że nie rozumie.
— Do czego zmierzasz, wujku? — zapytał bezczelnie.
— Do tego, że prosisz, a zachowujesz się, jakbyś przyniósł — odpowiedział spokojnie Wiktor.
Antonina Fiodorowna podniosła ręce:
— Jak wam nie wstyd! Człowiek z otwartą duszą, z biznesplanem! Iro, wiesz, że Stas zawsze oddaje. Prawie zawsze.
Spojrzałam na nich. Na te twarze pewne, że wszystko im się należy z samego faktu istnienia. I wtedy we mnie przebudziła się aktorka. Albo reżyser. Albo po prostu zmęczona byciem grzeczną kobieta.
— Dobrze — powiedziałam — dam ci pieniądze.
Wiktor uniósł brwi ze zdziwienia. Stas niemal się udławił kawałkiem chleba.
— Serio? Iriśka, jesteś najlepsza! Wiedziałem!
— Ale — podniosłam palec — mam warunek. Pieniądze mam w gotówce, odłożone na… rekwizyt. Ale sprawa pilna… Tylko chcę gwarancji.
— Rozpiska? — Stas już pocierał ręce.
— Nie. Chcę toast. Publiczny. Staniesz i spojrzysz mi w oczy, powiesz, że byłam najlepszą żoną, że byłeś idiotą, zostawiając mnie, i że cały twój sukces zawdzięczasz temu, że umiesz poprosić kobietę o pomoc.
Stas skrzywił się. Ego napompowane jak sterowiec nie mieściło się w tym wymaganiu. Ale chciwość jest potężnym motywatorem. Sto pięćdziesiąt tysięcy było tak blisko.
— No… to… — zaczął niepewnie, patrząc na matkę. Antonina Fiodorowna skinęła głową: „Dawaj, synku, pieniądze nie śmierdzą”.
Stas wstał, poprawił modny marynarkę, nabrał powietrza i spojrzał… i zaczął:
— Iro… byłaś… normalną żoną. Może gdzieś byłem w błędzie. Dziękuję, że pomagasz.
— Nie wierzę! — ryknął Wiktor, a kryształ w serwantach zadrżał. — Gdzie dramat? Gdzie szczerość?
Stas zgniewał się na Wiktora, ale kontynuował głośniej:
— Byłem kretynem, że odszedłem! Jesteś inteligentna, piękna, zdolna! A ja… szukam siebie! Bez twojej pomocy jestem niczym!
— Tak! — klasnęłam w dłonie — można, gdy się chce.
Podeszłam do komody. Leżała tam gruba paczka banknotów związana gumką. To były pieniądze z teatru, rekwizyt do spektaklu „Wściekłe pieniądze”. Profesjonalna poligrafia, ale zamiast „Bilet Banku Rosji” widniało „Bilet Banku Żartów”.
Podniosłam paczkę i podałam Stasowi.
— Trzymaj. Dokładnie sto pięćdziesiąt. Na rozwój iguan.
Stas chwycił paczkę, nie licząc, od razu włożył ją do wewnętrznej kieszeni.
— Dzięki! Wyciągnęłaś mnie! — zmienił ton na biznesowy. — Czas to pieniądz, rozumiesz. Mam, mamo, idziemy.
Wyskoczyli. Antonina Fiodorowna nawet zręcznie, jak sądziła, schowała z stołu kilka cukierków do torebki.
— Do widzenia! — krzyknął Stas z przedpokoju.
Bella Lwowna spojrzała na mnie z przerażeniem:
— Iroczka, oszalałaś? To przecież twoja premia!
Uśmiechnęłam się, nalewając sobie wina.
— Spokój. Wiktor, jutro pomożesz mi spisać rekwizyt?
Wiktor, który już wszystko pojął, zadrżał od cichego śmiechu. Jego potężne ramiona poruszały się w rytmie niemal niewidocznej wesołości.
— Rekwizyt? — powtórzył, wycierając łzę. — Ten z trzeciej sceny, gdzie kupiec oddaje dług fałszywymi banknotami?
— Dokładnie — kiwnęłam głową. — Na każdym drobnym druczku napisane: „Nie jest środkiem płatniczym. Służy do iluzji”. Tak jak całe życie mojego byłego męża.
Za oknem zapadła cisza, a w mieszkaniu było ciepło, przytulnie i, co najważniejsze, czysto. Czysto od przeszłości, która w końcu została wystawiona za drzwi wraz z fałszywymi nadziejami.
Bo życie, jak teatr, nie znosi złej gry. A szacunek — to jedyna waluta, której nie da się podrobić, choćby bardzo się chciało.







