— Wynoś się do swojego tatusia, kręcić ogonami u krów! Nie chcę tu widzieć waszego ducha za godzinę! — Denis z hukiem wyrzucił na klatkę schodową walizkę, z której samotnie wystawał róg dziecięcego flanelowego kocyka.
Valentina przytulając do siebie rocznego syna, mocniej zapięła płaszcz. Nie płakała. Po trzech latach życia z „perspektywicznym bankowcem” przywykła do jego nagłych wybuchów gniewu i niekończących się uwag.
Denis uważał siebie za pierwszego pokolenia stołecznego arystokratę, a ją — za irytujący błąd z prowincji, który po prostu znalazł się w „przyzwoitym towarzystwie”.
— Denis, pomyśl o naszym synu. Dokąd idziemy w nocy? — zapytała cicho, patrząc w jego oczy pełne pogardy.
— Tam, skąd przyszłaś. Do swojego gnójowego raju. Mam dość, że w mojej lodówce ciągle śmierdzi twoim domowym smalcem i twarogiem.
Zamieniłaś moje mieszkanie w wiejski sklep! Chcę mieć przy sobie kobietę z klasą, a nie dojarkę w szlafroku. Wynoś się!
Drzwi zatrzasnęły się z taką furią, że osypała się tynkowa farba. Denis wrócił do salonu, czując upojną wolność.
W końcu mógł zamówić normalne jedzenie z restauracji, zamiast żuć „naturalne produkty”, które jego teść przywoził w bagażniku starej furmanki.
Minął tydzień. Upajające poczucie wolności ustąpiło miejsca lekkiemu zdumieniu. Okazało się, że bez Valentiny dom natychmiast pokrywa się kurzem, a codzienne śniadania i obiady z produktów z gospodarstwa kosztują fortunę.
Gdy Denis wszedł do aplikacji bankowej, by zapłacić za dostawę sushi, zamarł. Na koncie pozostało zaledwie trzysta czterdzieści rubli.
„Dziwne — pomyślał. — Przecież wypłata była zaledwie pięć dni temu. Dokąd poszły pieniądze?”
Przeglądając historię transakcji, z przerażeniem odkrył, że miesięczna rata kredytu hipotecznego, zawsze wynosząca sto dwadzieścia tysięcy rubli, dziwnym trafem nie była pobierana z jego karty służbowej.
Przez trzy lata główne konto zasilane było przez pewnego Stepana Iljicza S. Kwoty były solidne, z nadwyżką. A jego pensja szła na „szpilki” — drogie garnitury, obiady w biznesowym centrum i utrzymanie auta.
W tym momencie ktoś natarczywie zadzwonił do drzwi. Na progu stał Stepán Iljicz. Ale to nie był zwykły dziadek w gumowych kaloszach i wytartej czapce.
Przed Denisem stał mężczyzna w porządnym płaszczu z wielbłądziej wełny, z ciężkim złotym pierścieniem na suchym, zrogowaciałym palcu.

— No i jak żyje się bez „gnójowego ogona”, arystokrato? — Stepán Iljicz wszedł do korytarza, nie ściągając butów.
— Stepán Iljicz, ja… właśnie chciałem zadzwonić… — jąkał się Denis, czując, jak twarz nabiera ziemistego koloru. — Z Valą mieliśmy nieporozumienie…
— Nieporozumienie? — odciął teść. — To ja pozwoliłem mojej córce wyjść za takiego próżniaka. Myślałeś przez cały czas, że jesteś wielkim bankierem?
Wiesz, dlaczego w ogóle trzymają cię w tym banku na twoim stanowisku? Bo mój agroholding tam ma swoje rachunki.
Gdy tylko Valentina do mnie zadzwoniła, przeniosłem je gdzie indziej. Myślę, że jutro rano zaproponują ci napisanie wypowiedzenia na własną prośbę.
Denis osunął się na ławkę w przedpokoju. W głowie dudniło mu pusto.
— Co do mieszkania — kontynuował Stepán Iljicz, wyjmując z teczki umowę — kredyt hipoteczny został spłacony w całości.
Przeze mnie. Mieszkanie jest teraz na Valentinę i wnuka. Ciebie tu nie ma nawet w przybudówkach. Pakuj swoje krawaty, synku. Przyszedłem nie po córkę, a po klucze.
— Ale nie mam dokąd pójść! — wydyszał Denis. — I mam długi… Kredyt na samochód wziąłem, myślałem, że pomożecie…
Stepán Iljicz uśmiechnął się szyderczo, a w tym geście było tyle pogardy, że Denis zapragnął zapaść się pod ziemię.
— Pomogę ci. Nie jestem złym człowiekiem. Na odległej farmie w obwodzie riazańskim akurat potrzebny jest traktorzysta.
Mieszkanie zapewnię — przytulny wagonik, wygody na podwórku. Wynagrodzenie wystarczające, by spłacać kredyt, jeśli nie będziesz się szarżować.
Będziesz rzucać ten sam nawóz, którym wciąż wytykałeś moją córkę. Może za kilka lat staniesz się człowiekiem.
Denis złapał się za głowę. Wyobrażał sobie, jak będzie błagać Valentinę, jak ona, dobra dusza, mu wybaczy, i znów będą żyć z pieniędzy jej „biednego” ojca.
— Gdzie ona? — wycedził. — Dajcie mi z nią porozmawiać. Padnę na kolana!
Teść spojrzał na niego dziwnie, niemal z litością.
— Za późno, Denisku. Nie ma jej w wiosce. Jest teraz na lotnisku, leci do Szwajcarii, wnuka zabiera na planowe badania.
A wiesz, kto ją odprowadza? Twój były szef, kierownik oddziału. Od dawna na nią zerkał, ale dotąd zachowywał przyzwoitość, dopóki ty miałeś ją za żonę.
Denis zastygnął. Ten sam kierownik, przed którym codziennie się podlizuje?
— A oto twój najważniejszy prezent na pożegnanie — Stepán Iljicz położył na stole małą kartkę. — To zaświadczenie z laboratorium genetycznego.
Valentina postanowiła je zrobić pół roku temu, gdy po raz kolejny zacząłeś krzyczeć, że syn w ogóle nie jest do ciebie podobny.
Denis drżącymi palcami wziął kartkę. W rubryce „prawdopodobieństwo ojcostwa” stało: zero procent.
— Wiedziała? — wymamrotał tylko.
— Ona nie — odpowiedział stanowczo Stepán Iljicz. — Była pewna, że to twój syn. Ja wiedziałem. I płaciłem za mieszkanie tylko po to, by miała dach nad głową, dopóki nie rozczaruje się tobą całkowicie.
Czekałem, aż sam ją wyrzucisz.
Gdyby odeszła sama, przez długi czas męczyłaby się poczuciem winy. Teraz jest wolna. I od ciebie, i od prawdy. Syn jest moim wnukiem z krwi, a kto jest jego prawdziwym ojcem — nie powinieneś wiedzieć.
Stepán Iljicz podszedł do drzwi i szeroko je otworzył, wpuszczając zimne powietrze z klatki.
— Idź, „biała kość”. Na dole stoi samochód, zawiezie cię na dworzec. Kupiłem ci bilet do Riazania. Na półce bocznej, przy toalecie. Przyzwyczaj się do zapachów życia, arystokrato.
Denis wyszedł na pusty korytarz, ściskając w ręku bezużyteczne zaświadczenie. W mieszkaniu, które uważał za swoją twierdzę, zabrzmiało ciężkie przekręcenie klucza. Nikt więcej na niego nie czekał.
W kieszeni wibrował telefon — przyszło powiadomienie z działu kadr o pilnym zebraniu. Denis wiedział: to koniec.
Stał na zimnym wietrze i nagle jasno zrozumiał, że jedyny zapach, który będzie go teraz prześladował, to nie woń nawozu, lecz gorzki aromat utraconego życia, które sam wymienił na tani przepych i fałszywy blask.







