W powietrzu unosił się ciężki, mdły zapach obcych perfum, przypominający wonne, przejrzałe owoce, pozostawione na słońcu.
Polina zatrzymała się w progu, nie zrzucając płaszcza, i powoli spojrzała w dół.
Tam, gdzie zwykle stała jej półka na buty, z poukładanymi starannie paroma, teraz górowała ogromna, plastikowa walizka w jaskrawym, wręcz jadowicie różowym kolorze.
Kółka zostawiły na jasnym laminacie brudne smugi ciągnące się od przedpokoju w głąb mieszkania.
Wróciła z delegacji trzy godziny wcześniej niż planowała. Sesja do katalogu biżuterii wyczerpała ją do granic: dwa dni pracy z kapryśnymi modelkami i błyszczącymi diamentami wymagały absolutnej koncentracji.
Marzyła o ciszy, chłodnym prysznicu i możliwości po prostu wpatrywać się w jeden punkt, nie myśląc o niczym.
Ale ciszy nie było. Z łazienki dobiegł odgłos bieżącej wody i fałszywe nucenie jakiejś popularnej melodii.
Polina zrobiła krok do przodu, przestępując przez brudne smugi. Drzwi łazienki rozwarły się, uwalniając kłęby pary.
W progu pojawiła się Rada, siostra Antona. Miała na sobie jedwabny szlafrok — szlafrok Poliny, kupiony we Włoszech, noszony tylko przy wyjątkowych okazjach.
Teraz mokra tkanina przylegała do luźnej sylwetki szwagierki, a na głowie górowała konstrukcja z dwóch ręczników.
— O, już wróciłaś? — Rada nie okazała ani zakłopotania, ani zdziwienia. Przeszła obok, ocierając Polinę ramieniem, i pląsnęła w fotel w salonie, krzyżując nogi.
— Anton mówił, że dopiero wieczorem będziesz. A w lodówce pusto. Zamówiłam dostawę, zapłacisz, gdy kurier przyjdzie? Moja karta jest pusta.
Polina powoli zdjęła szalik. W okolicach splotu słonecznego rozpalił się zimny, kłujący ogień. Nie było to zwykłe zirytowanie.
To była świadomość. Puzzle, które ostatnie trzy lata leniwie ignorowała, nagle same wskoczyły na swoje miejsce.
— A co w moim mieszkaniu robi twoja siostra? — spytała męża, który w tym momencie wyszedł z kuchni, wycierając usta serwetką.
Anton wyglądał na odprężonego. Jego strój kelnera — czarne spodnie i biała koszula — leżał na oparciu krzesła, choć za godzinę zaczynała mu się zmiana.
— Polin, nie zaczynaj — skrzywił się, jakby poczuł nagły ból zęba. — Rada rozwiodła się z mężem. Nie ma gdzie mieszkać.
Sprzedają mieszkanie, dzielą pieniądze, a póki trwa proces, zostanie u nas. Nie wyrzucę przecież własnej siostry na ulicę.
— „U nas”? — powtórzyła cicho Polina. — Nie przypominam sobie, żebyśmy o tym rozmawiali. I nie przypominam sobie, żebym zgodziła się, żeby ktoś dotykał moje rzeczy.
Rada głośno prychnęła, oglądając swoje paznokcie.
— O, daj spokój z tą skąpością. Żal ci szlafroka? Teraz wszyscy jesteśmy, powiedzmy, jedną wielką rodziną pod jednym dachem.
Trzeba być bardziej wyrozumiałą, Polina. Może dlatego nie masz dzieci, bo jesteś taka zła. Bóg widzi wszystko.
Słowa spadły w ciszę jak kamienie do studni. Anton milczał, udając, że bardzo intensywnie szuka pilota do telewizora.
Nie powstrzymał siostry, nie przeprosił. Czekał, aż żona, jak zwykle, połknie urazę, nakrzyczy trochę, a potem pójdzie do kuchni przygotować kolację dla trojga.
Polina spojrzała na męża. Przystojny, wysportowany, z wieczną maską lekkiego zmęczenia, która przyciągała kobiety zostawiające mu hojne napiwki.
Mieszkał w jej mieszkaniu, jeździł jej samochodem i uważał, że jego obecność to już wystarczający wkład w ich małżeństwo.
— Zdejmij mój szlafrok — powiedziała Polina. Jej głos brzmiał spokojnie, niemal bez życia.
— Co? — Rada przestała kręcić nogą. — Na serio teraz? Jestem mokra.
— Zdejmij szlafrok i połóż go na podłodze. I ręczniki też.
— Toh, powiedz jej! — wrzasnęła szwagierka, zwracając się do brata. — Ona jest całkiem chora?
— Polina, przestań z histerią — Anton zrobił krok do przodu, a jego twarz przybrała znane wyrażenie lekceważącej reprymendy.
— Rozumiem, że jesteś zmęczona podróżą. Ale nie pozwolę, byś poniżała moją siostrę. Rada zostanie tutaj, ile trzeba.
W ciasnocie, ale bez urazy. Miejsca wystarczy. A szlafrok… kupisz sobie nowy, w końcu jesteś bogata.
Polina skinęła głową, jakby zgadzała się z jakimś własnym wewnętrznym wnioskiem. Gniew, który kiedyś kazałby jej krzyczeć i płakać, teraz przemienił się w lodowatą, kryształową jasność.
Widziała ich obu przezroczysto: bezczelnego, leniwego mężczyznę przyzwyczajonego do życia cudzym kosztem i jego bezkarnej, aroganckiej siostry.
Nie kłóciła się. Nie żądała. Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.

— Hej, dokąd idziesz? A zakupy? — krzyknęła Rada w jej stronę.
— Mam sesję — skłamała Polina i zatrzasnęła drzwi za sobą.
— Słuchaj, idź do domu. Rada pewnie tam nudzi się na śmierć. Zamów pizzę, pogódźcie się. Ona w porządku, po prostu ma wybuchowy charakter. Bądź mądrzejszy, Pol.
— Stałam się mądrzejsza, Anton. Dosłownie kilka godzin temu. A przy okazji… przynieś mi rachunek.
— Za co? Za wodę? Sam zapłacę, idź już.
— Nie, przynieś terminal. Chcę sprawdzić, czy karta działa.
Anton westchnął i wyciągnął z kieszeni fartucha przenośny terminal. To było złamanie protokołu, ale zależało mu, żeby Polina poszła szybciej.
— Daj swoją kartę.
— Nie, twoją. Tę, którą ci dałam. Zapłać za mój kawę.
Spojrzał na nią zdezorientowany, ale wyciągnął plastik. Przyłożył do ekranu.
„Odmowa. Niewystarczające środki.”
— Pewnie jakiś błąd… — mruknął, przyciskając kartę ponownie.
„Karta zablokowana.”
Anton zbledł. Spojrzał na Polinę, a w jego oczach pojawiło się pierwsze przebłyski zrozumienia nadciągającej katastrofy.
— Co ty zrobiłaś?
— Zamknęłam atrakcję niewidzianej hojności — Polina upiła łyk wody. — A tak przy okazji, samochód też nie odpali. Awaria techniczna.
— Zwariowałaś?! — głos mu się załamał, przyciągając spojrzenia sąsiadujących stolików.
— Rada musi jutro iść do lekarza! Muszę zrobić zakupy! Przywróć wszystko do poprzedniego stanu!
— Rada może pojechać autobusem. Albo taksówką, jeśli ma własne pieniądze. A ty…
Polina wstała, zostawiając na stole dużą banknot za wodę.
— A ty, kochany, dziś nie spędzisz nocy w domu. I jutro też nie. Rzeczy już spakuję.
— Nie ośmielisz się! — syknął, chwytając ją za łokieć. — Jesteśmy małżeństwem! Mieszkanie jest wspólne!
— Mylisz się. Mieszkanie jest moje. Kupione przed ślubem. Ty tam nie liczysz. Gość, który przesiedział za długo.
Odrzuciła jego rękę z obrzydzeniem.
— Nie dotykaj mnie. Albo wezwę ochronę i zrobię taki skandal, że stracisz pracę, nawet w tym przybytku.
Wyszła z restauracji, czując nienawistny wzrok Antona w plecach. Nie pobiegł za nią.
Stał z bezużytecznym plastikiem w ręku, uświadamiając sobie, że stracił nie tylko żonę, ale i sponsora swojego wygodnego życia. Nadal jednak miał nadzieję — że Rada pomoże mu nacisnąć na Polinę w domu. Głupiec.
Część 4. Parking centrum handlowo-rozrywkowego
Polina siedziała w samochodzie, obserwując przepływ ludzi. Musiała zabić czas. Nie chciała wracać do domu sama.
Czekała na telefon od szefa ochrony swojej pracowni, potężnego mężczyzny o imieniu Gleb, który czasem dorabiał, pilnując bezpieczeństwa podczas trudnych negocjacji. Tym razem negocjacje dotyczyły rodziny.
Telefon wibrował. Dzwonił Anton. Raz, drugi, piąty. Potem przyszły wiadomości:
„Jesteś skończoną suką.”
„Odblokuj kartę, nie mam czym zatankować samochodu.”
„Rada w szoku po twoim zachowaniu.”
„Jak jeszcze przyjdziesz, nikomu nie będziesz potrzebna ze swoim ego.”
Polina czytała je z chłodnym zainteresowaniem. Jak szybko spada lśnienie miłości, gdy zabiera się komuś źródło utrzymania. Strach przed brakiem pieniędzy przemienił „ukochanego męża” w krzykliwą targową awanturniczkę.
Potem zadzwonił Gleb.
— Polina Sergiewna, ja i dwaj faceci będziemy przy twoich drzwiach za dwadzieścia minut. Wchodzimy od razu, czy czekać na sygnał?
— Czekajcie przy drzwiach. Wejdziecie minutę po tym, jak ja wejdę. Drzwi zostawię otwarte.
— Rozumiem. Używamy siły?
— Tylko przy bezpośrednim zagrożeniu. Muszę tylko wyprowadzić śmieci. Duże. Żywe.
Polina odpaliła silnik. Ręce jej nie drżały. Wręcz przeciwnie — czuła dziwną lekkość. Przypomniała sobie, jak Anton kupił jej mikser na urodziny — za jej własne pieniądze — a dla siebie tego samego dnia konsolę do gier.
Jak rok temu Rada przyjechała i krytykowała remont wykonany rękami Poliny: „Szary kolor? To kolor biedy” — mawiała, pochłaniając kanapki z kawiorem.
Chciwość. Oni ją definiowali. Uważali jej powściągliwość za słabość, a hojność — za obowiązek.
Polina wjechała na podwórko. W jej oknach paliło się światło. Jasne, świąteczne. Pewnie uznali, że jej groźby to tylko histeria kobiety. Urządzili ucztę.
Część 5. Mieszkanie. Finał
W przedpokoju znów unosił się zapach jedzenia, zmieszany z alkoholem. Polina weszła cicho. Zamek zatrzasnął się, ale przez głośną muzykę nikt nie zauważył jej wejścia.
Anton i Rada siedzieli w kuchni. Na stole resztki zamówionego jedzenia, butelka whisky (z zapasów Poliny) i popielniczka pełna niedopałków — dokładnie tam, gdzie Polina nigdy nie pozwalała palić.
— Wróci, gdzie jej ucieknie — mówiła Rada, machając kieliszkiem. — Popadnie w szał i przyjdzie. Kobiety, one takie, w domu im spodnie potrzebne. A ty, Tohka, widny chłop. Ona trzydziestka wkrótce, komu będzie potrzebna?
— Masz rację — Anton odchylił się z zadowoleniem, zaciągając się papierosem. — Trzeba ją tylko ułożyć. Zbyt wiele woli wzięła. Mieszkanie jej, co z tego. Gdyby nie ja, usnęłaby tu z nudów.
Polina stała w framudze drzwi. Gniew znikł. Zostało obrzydzenie, jakby znalazła w łóżku gniazdo karaluchów.
— Impreza skończona — oznajmiła głośno, wyłączając muzykę.
Anton podskoczył, rozlewając whisky na koszulę. Rada zakrztusiła się.
— O, przyszłaś! — szybko się pozbierała. — A my tu o tobie gadamy. Co sobie pozwalasz? Blokujesz karty? Brata mojego zostawiasz bez grosza?
— Wstańcie i wynoście się — powiedziała Polina, cicho, lecz stanowczo. — Oboje. Natychmiast.
— Jesteś nieśmiertelna? — Anton wstał, twarz mu się czerwieniła. — Jak możesz tak mówić do mojej siostry? To mój dom!
— Nigdy nie był twoim domem. Ty tu tylko przychrzaniłeś, a raczej podgrzewałeś łóżko. I to słabo. Jak twoja siostra.
Rada podskoczyła, twarz wykrzywiła się złością.
— Słyszysz, fotografko nieudolna! Kogo nazwałaś przychrzaniaczem? Zaraz ci włosy powyrywam!
Ruszyła na Polinę, rozchylając palce z długim manicure. W jej oczach czytała się pewność ulicznej awanturniczki. Anton stał, uśmiechając się, spodziewając się, że siostra postawi „zarozumiałą żonę” do pionu.
Nie przewidzieli jednej rzeczy. Polina od dwóch lat robiła reportaże w klubach bokserskich i ćwiczyła samoobronę.
Gdy ręka Rady poleciała w jej twarz, Polina nie odskoczyła. Mocno chwyciła nadgarstek, wykręcając go w bok. Rada zawyła z bólu. Potem Polina uderzyła w twarz krótkim, precyzyjnym ciosem, w który włożyła całe swoje pogardzenie. Głowa Rady odleciała.
Nie dając jej dojść do siebie, Polina chwyciła włosy „z konstrukcji” z ręczników i szarpnęła w dół, zmuszając złośliwą kobietę do pochylenia się.
— Aj! Boli! Puść, suko! — wrzeszczała Rada.
— Dotknęłaś moich rzeczy. Założyłaś mój szlafrok. Jadłaś moje jedzenie i obrażałaś mnie w moim domu — Polina ciągnęła mocniej, kierując Rade do wyjścia. Kłębek włosów został w jej ręce.
Anton w szoku ocknął się:
— Co ty robisz?! Zabiję cię! — rzucił się na nią.
W tym momencie drzwi wejściowe, które Polina zostawiła otwarte, rozwarły się. Weszli trzej potężni mężczyźni w czarnych uniformach.
— Problemy, Polina Sergiewna? — zapytał spokojnie Gleb, zasłaniając korytarz.
Anton zamarł. Jego pięść opadła bezsilnie. Wszystka pycha i teatr jego odwagi prysły w sekundę. Zrozumiał, że przegrał — nie tylko kłótnię, ale całe życie.
— Wynieście ich — powiedziała Polina, puszczając Radę. Kobieta upadła na kolana, tusz rozmazany po twarzy. — I rzeczy. Walizkę do korytarza. Co zostanie, wyślę pocztą za pobraniem.
Ochroniarze działali profesjonalnie i bez słowa. Rada, która próbowała się szarpać, została wyniesiona jak worek ziemniaków.
Anton próbował coś mówić o prawach i policji, ale Gleb położył mu rękę na ramieniu i lekko ścisnął. Twarz Antona wykrzywiła się, i poszedł w milczeniu.
Po pięciu minutach w mieszkaniu zapanowała cisza.
Polina stała pośrodku rozgrzebanego chaosu kuchni. Na stole przewrócona butelka, na podłodze kłębek obcych włosów.
Podeszła do okna. Na dole, przy podjeździe, krzątały się dwie sylwetki. Rada coś krzyczała, wymachując rękami i kopiąc walizkę.
Anton stał z opuszczoną głową, próbując dzwonić — ale wiedziała, że telefon zablokowany, autoplacenie wyłączone wcześniej.
Nie sąd, nie policja, nie więzienie — kara przyszła w postaci rzeczywistości, w której nie mieli już miejsca w jej życiu.
Polina odwróciła się od okna, wzięła worek na śmieci i zebrała niedopałki, butelkę i brudne talerze. Kłębek włosów również wpadł do worka.
Czuła się absolutnie czysta. Jutro zmieni zamki. Pojutrze złoży pozew rozwodowy. A dzisiaj? W końcu weźmie kąpiel. W swojej własnej, czystej łazience.







