— Ty nic nie rozumiesz, Lena. To przecież mama! — Oleg stał pośrodku kuchni, ręce w bok, jakby właśnie dźwigał na barkach sklepienie całego świata.
— Jej skacze ciśnienie, kiedy widzi spróchniałe deski na werandzie. Lekarz mówił jasno: stres. A my mamy obowiązek zrobić ten remont. Już jej obiecałem.
Patrzyłam na niego w milczeniu. Na tego „Atlasa rodzinnego szczęścia” w rozciągniętych dresach, z plamą po kawie na koszulce.
Tyle że ten Atlas planował podtrzymywać ów „sklepiony świat” pieniędzmi z mojej rocznej premii i oszczędności odkładanych na nowe zęby.
— Poczekaj — powiedziałam w końcu, bardzo powoli odkładając filiżankę z herbatą. Tak ostrożnie, żeby porcelana nie zadzwoniła i nie zdradziła mojej narastającej furii.
— Ty obiecałeś swojej matce generalny remont jej działki. Z łaźnią. Z bali. Z piecem. Za moje pieniądze?
— No przecież mamy wspólny budżet! — wybuchnął Oleg, cofając się o krok, jakby spodziewał się, że rzucę w niego tą filiżanką. — Ja też się dokładam! Będę nadzorował ekipę!
— Oleg — przerwałam spokojnie — w zeszłym miesiącu „nadzorowałeś” wymianę żarówki i siedzieliśmy dwa dni bez prądu. A pieniądze na koncie to mój bonus za projekt i oszczędności na implanty.
Chcesz, żebym chodziła bez zębów, byle twoja mama mogła się parzyć w cedrowej balii?
Nadąsał się, próbując nadać twarzy wyraz skrzywdzonej cnoty.
— Materia to marność, Leno. Najważniejszy jest komfort duchowy bliskich. Mama mówiła, że łaźnia oczyści karmę całej rodziny.
— Twoja mama nie oczyszcza karmy, ona ją zanieczyszcza swoimi żądaniami — ucięłam. — I pieniędzy nie dam.
— Za późno — mruknął, odwracając wzrok. — Zamówiłem już bale. Dałem zaliczkę z karty kredytowej. Powiedziałem, że jutro spłacisz resztę i uregulujesz wszystko.
Wyglądał jak kot, który zrzucił wazon, ale jest absolutnie przekonany, że i tak dostanie śmietanę, bo „przecież to tylko wazon”. Nerwowo wzruszył ramionami, jakby strząsał niewidzialną pchłę.
W sobotę pojechaliśmy na działkę do Tamary Iwanowny. „Rodzinna narada” — jak to ujęła. Była też jej córka, Swieta.
Trzydzieści pięć lat, ani jednego dnia przepracowanego i mistrzostwo świata w cierpieniu z powodu braku pieniędzy, których nigdy nie próbowała zarobić.
Teściowa powitała nas w pozie pani dziedziczki, obchodzącej swoje włości.
— Lenoczko, dziecko! — zaśpiewała, całując powietrze jakieś dziesięć centymetrów od mojego policzka. — Jak dobrze, że przyjechałaś.
Wiesz, pomyślałam, że zwykły zrąb to takie… pospolite. Może lepiej okrągłe bale i fiński piec? Widziałam w magazynie — teraz to trend.
— Pani Tamaro — uśmiechnęłam się tym uśmiechem, którym zwykle straszy się windykatorów — fiński piec kosztuje tyle, co skrzydło od samolotu. A nasz budżet to trzy grosze i entuzjazm Olega.
— Oj, nie udawaj biednej! — machnęła ręką, poprawiając kapelusz. — Jesteś przecież kierowniczką działu. Dla ukochanej teściowej można się postarać. Pieniądze to energia — jak je blokujesz, Wszechświat się obraża.
— Wszechświat zwykle obraża się, gdy emeryturę wydaje się na loterie, a remont wymusza na synowej — odparłam lodowatym tonem.
Teściowa zakrztusiła się powietrzem, teatralnie chwyciła za serce, ale widząc, że nie biegnę po krople, natychmiast się wyprostowała. Jej twarz wykrzywiła się tak, jakby ugryzła cytrynę, sądząc, że to beza.
— Mamo, nie denerwuj się — wtrąciła Swieta, żując jabłko z mojego siatki. — Lena po prostu się targuje.
A skoro i tak bierzecie ekipę, niech mi przy okazji ocieplą balkon. Rodzinnie. Materiał przecież zostanie.
— Oczywiście — skinęłam głową. — Z trocin i starej papy zrobimy ci na balkonie wspaniały szałas.
Swieta zakrztusiła się, poczerwieniała i rzuciła bratu wściekłe spojrzenie. Wyglądała jak nadmuchana ropucha, której zamiast muchy podsunięto plastikowy guzik.
Wieczorem zaczęło się prawdziwe przedstawienie. Stół na werandzie, nalewka, grill. Po kilku kieliszkach Tamara Iwanowna przeszła do frontalnego ataku.
— Patrzę na ciebie, Leno — zaczęła słodkim głosem — i myślę, jakie masz szczęście z moim synem. Inny by pił albo bił, a ten — gospodarny, o matkę dba.
A ty taka skąpa. Słyszałam, że chciałaś zmieniać samochód. Po co? Kobieta za kierownicą to niebezpieczeństwo. Lepiej inwestować w nieruchomości. W rodowe gniazdo.
— W waszym gnieździe, pani Tamaro, kukułki podrzucają jaja, a karmić je mam ja — odpowiedziałam spokojnie, krojąc mięso. — A poza tym Oleg obiecał, że remont będzie za jego pieniądze.
— U małżonków wszystko jest wspólne! — zapiszczała Swieta. — Jaka ty materialistka! Przecież jesteśmy rodziną!

— Rodzina to wsparcie, a nie dojenie — odparłam. — Oleg, powiedziałeś mamie, że zgadzam się zapłacić sto pięćdziesiąt tysięcy za piec?
Oleg wciągnął głowę w ramiona.
— No… myślałem, że się dogadamy…
— Już zamówiłam! — oznajmiła triumfalnie teściowa. — Jutro przywiozą. Płatność przy odbiorze. Przygotuj kartę, Lenoczko.
To było za dużo. Oni nie pytali. Oni decydowali. Moje pieniądze zostały już w myślach podzielone, rozpisane i wydane. Poczułam, jak coś we mnie pęka — ale nie ze złości. Zniknęła litość. Został chłodny rachunek.
— Jutro? — upewniłam się.
— Na dziesiątą — kiwnęła głową.
— Dobrze. Smacznego. Idę spać.
Rano obudził mnie ryk silnika. Pod bramą stała ciężarówka. Rozładowywali cegły i drogie bloczki. Tamara Iwanowna biegała w szlafroku, dowodząc jak pułkownik.
— Ostrożnie! To włoska ceramika!
— Lena! — krzyczała. — Przelew!
— Sto osiemdziesiąt tysięcy — syknął Oleg. — Z dostawą.
— Sto osiemdziesiąt? — zdziwiłam się teatralnie. — Mówiłeś o stu pięćdziesięciu.
— Kurs… mama chciała jeszcze kuty wiatrowskaz…
— Kuty wiatrowskaz. Żeby wiedzieć, skąd wiatr wieje w pustej głowie.
— Dość! Płać!
Wyszłam na ganek i głośno powiedziałam:
— Oleg. Nie mam pieniędzy.
Zapadła cisza.
— Jak to nie masz?! — wysapał.
— Miałam. Ale wczoraj spełniłam obietnicę daną samej sobie.
— Jaką?!
— Zapłaciłam za leczenie stomatologiczne. W całości. I kupiłam wyjazd do sanatorium. Morze. Dwa tygodnie. Taksówka już jedzie.
— Wydałaś pieniądze na zęby?! — wrzasnął.
— Tak. I to była najlepsza inwestycja w moim życiu.
Wsiadłam do taksówki.
— Klucze zostawiłam na komodzie. Składam pozew o rozwód. Mieszkanie było moje przed ślubem. Samochód też. Kredyt za waszą łaźnię — twój.
Kiedy odjeżdżałam, widziałam w lusterku Olega biegającego między wrzeszczącą matką, zawodzącą siostrą i wściekłymi robotnikami.
A ja? Jechałam ku morzu. Ku nowym zębom. I ku życiu bez pasożytów.
Telefon zadźwięczał: „Płatność zaakceptowana”.
Nigdy jeszcze rozstanie z pieniędzmi nie smakowało tak słodko.







