— Naprawdę myślisz, że uwierzę w „pilne zebranie” w sobotni wieczór, Wadiem? — Lena stała w framudze drzwi, skrzyżowała ręce na piersi i obserwowała, jak mąż nerwowo wciska do skórzanej teczki ładowarkę do telefonu i zapasową koszulę.
— Lenusia, no nie zaczynaj, dobra? — Wadiem nawet się nie obejrzał, dalej grzebiąc w szufladzie komody. — Mamy palący kontrakt z Chińczykami.
Wiesz, strefy czasowe i tak dalej. Jeśli teraz nie ustalimy dostaw, firma straci miliony. Chcesz, żebyśmy zostali bez premii przed Nowym Rokiem?
— Chińczycy, tak? — Lena uśmiechnęła się półgębkiem, ale w jej głosie brzmiała nie tyle ironia, co zmęczenie.
— A czemu do rozmów z Chińczykami koniecznie potrzebny jest nowy perfum, który wylałeś na siebie pół flakonika pięć minut temu? Czy oni przez Zoom czują zapach?
Wadiem zawahał się na chwilę, jego ramiona napięły się, ale od razu nałożył na twarz maskę urażonej cnoty i zwrócił się do żony.
— To elementarna higiena, Leno. I szacunek dla partnerów. Spotykamy się w restauracji, w zamkniętej sali. Muszę wyglądać i pachnieć odpowiednio.
— W restauracji… — powtórzyła cicho. — Jasne. A ja myślałam, że mówisz o spotkaniu w biurze.
— Najpierw zaczynamy w biurze, potem jedziemy na kolację. Koniec pytań! — zirytowany zatrzasnął zamek teczki.
— Robię to dla nas. Dla rodziny. A tak przy okazji, zamówiłem kuriera, przywiezie ci coś. Mała rzecz, ale miła. Żebyś się nie gniewała.
Lena uniosła brwi zaskoczona. Wadiem nie robił prezentów bez powodu od lat pięciu. Zazwyczaj wszystko ograniczało się do obowiązkowych tulipanów na Dzień Kobiet i bonu do drogerii na urodziny.
— Co zamówiłeś?
— Niespodzianka — mruknął, sprawdzając powiadomienia w telefonie.
— Zestaw do kąpieli, twój ulubiony żel albo coś w tym rodzaju. Zrelaksujesz się wieczorem, podczas gdy ja pracuję. No, uciekam.
Pocałował ją w policzek — szybko, sucho, jakby się oparzył — i wybiegł do klatki schodowej.
Lena została w korytarzu, słuchając, jak oddalają się jego kroki po schodach. Wiedziała. Kobieca intuicja — przerażająca rzecz, działa niezawodnie, nawet gdy błagasz, żeby się myliła.
„Chińczycy”, „spotkanie”, nowy perfum i nerwowe spojrzenia. Układanka układała się zbyt łatwo. Ale nie miała siły na kłótnię.
Poszła do kuchni, nalała sobie ostygłej kawy i usiadła przy oknie. Na dole, przy wejściu do budynku, przemknęła sylwetka Wadiema. Nie podszedł do samochodu.
Wsiadł do nadjeżdżającej taksówki „Komfort Plus”. Lena smutno się uśmiechnęła. Na swoim aucie do Chińczyków się nie jeździ? Czy po prostu nie chce „pokazać” samochodu pod czyimś domem?
Dwie godziny później zadzwonił dzwonek do drzwi.
— Dostawa! — zagrzmiał młody głos zza drzwi.
Lena otworzyła. Na progu stał zapłakany kurier w żółtej kurtce z wielkim plecakiem na plecach.
— Mieszkanie czterdzieści osiem? Wadiem Nikolicz zamawiał?
— Tak, to mój mąż.
— Proszę bardzo. Były dwa pakiety, ale w aplikacji jakiś błąd, adresy się pomieszały, ale po nazwisku się zorientowałem. Ma być w opakowaniu prezentowym?
Chłopak podał jej ciężką, solidną torbę z luksusowego papieru z złotym tłoczeniem. Lena zdziwiła się. Dla „żelu pod prysznic” opakowanie wyglądało zbyt ekskluzywnie.
— E… chyba tak. Mówił, że to niespodzianka.
— Miłego wieczoru! — kurier już zbiegał po schodach.
Lena zamknęła drzwi i przeszła do salonu. Torba przyjemnie obciążała rękę. Dziwne. Wadiem nigdy nie inwestował w opakowania, zwykle wszystko było w foliowych torbach z supermarketu.
Może źle o nim myśli? Może faktycznie chciał jej sprawić przyjemność, czując wyrzuty sumienia za ciągłą pracę?
Usiadła na kanapie i ostrożnie rozwiązała jedwabną wstążkę. W środku nie było żelu pod prysznic. Ani zestawu do kąpieli.
Było tam aksamitne pudełko w głębokim, granatowym kolorze.
Serce Leny zamarło. Czy to możliwe? Pierścionek? Kolczyki? Na piętnastą rocznicę, o której zapomniał miesiąc temu?
Drżącymi palcami otworzyła wieczko.
W środku, na białej jedwabnej poduszce, lśnił naszyjnik. To nie była biżuteria sztuczna. Lena, choć nie była ekspertem, od razu zrozumiała: białe złoto i diamenty.
Delikatna, misterna robota. W centrum kompozycji błyszczał duży szafir w kształcie kropli. Rzecz warta fortunę. Zdecydowanie więcej niż trzy miesięczne pensje Wadiema, o których nieustannie jęczał.
— Boże… — wydusiła.
Pod pudełkiem bielął się brzeg kartki. Lena pociągnęła ją. Mała kartka z grubego kartonu. Na niej znajomym, szerokim pismem Wadiema napisano:
„Mojej ukochanej, namiętnej Rybce. Niech ten kamień przypomina kolor twoich oczu, kiedy na mnie patrzysz. Czekam wieczorem. Twój W.”
Lena przeczytała tekst trzy razy.
„Rybce”.
Nie Leny. Nie żony. Nie „Lenusi”, jak ją nazywał, gdy czegoś potrzebował.
„Rybce”.
Lena miała oczy brązowe. Zwykłe, ciemnobrązowe oczy. Szafir nie mógł przypominać ich koloru.
Świat wokół zadrżał. Dźwięki ulicy za oknem zniknęły, został tylko szum w uszach. Nie omyliła się. To nie paranoja.
Wadiem kupił naszyjnik. Drogocenny, luksusowy naszyjnik. Dla kochanki. A żonie, z którą przeżył piętnaście lat, która prała jego koszule i oszczędzała na rajstopach, żeby opłacić korepetycje syna, zamówił „żel pod prysznic”.
I ten idiotyczny kurier pomylił paczki.
Lena wyobraziła sobie, co dzieje się w innym końcu miasta. Jakieś „Rybka” — zapewne młoda, z niebieskimi oczami i długimi nogami — odbiera paczkę z żelem pod prysznic za trzysta rubli.
Śmiech wyrwał się sam. Najpierw cichy, jak szloch, potem głośniejszy, histeryczny. Lena śmiała się, ściskając w ręce naszyjnik wart dwieście tysięcy rubli (a może więcej), a łzy spływały po jej policzkach.
— Żel pod prysznic… — jęknęła przez śmiech. — Obowiązkowy zestaw „Dzika jagoda”, prawda, Wadiem? Żebym się zamoczyła i nie zadawała pytań?
Nagle zamilkła. Wstała i podeszła do lustra. Przyłożyła naszyjnik do szyi. Szafir lśnił chłodno i drwiąco. Pasował jej. Cholernie pasował.
W tym momencie telefon na stole zadzwonił. SMS od mamy: „Lenusiu, cześć. Lekarz powiedział, że turnus w sanatorium podrożał. Pewnie w tym roku się nie uda, emerytury nie starczy. Nic, na działce się przewietrzę”.
Lena spojrzała na ekran, potem na naszyjnik. W niej coś kliknęło. Litość do siebie, która uderzyła pierwszą falą, nagle wyparowała, ustępując miejsca lodowatej, wyrachowanej wściekłości.
Przypomniała sobie, jak Wadiem krzyczał w zeszłym tygodniu, że nie mają pieniędzy na nowe zimowe buty dla niej. Jak wymagał raportu za każdą złotówkę wydaną w sklepie spożywczym. „Musimy oszczędzać, Lenusia, czasy trudne”.
Trudne czasy, tak? Szafiry dla Rybki?
Lena wytarła łzy. Ostrożnie odłożyła naszyjnik z powrotem do pudełka. Potem wzięła telefon i wybrała numer swojej szkolnej przyjaciółki, która pracowała jako rzeczoznawca w dużym lombardzie.
— Tanio, cześć. Dziś pracujesz?
— Cześć, Len. Tak, do ósmej. Co się stało? Twój głos brzmi dziwnie.
— Tanio, muszę pilnie wycenić i oddać jedną rzecz. Bardzo drogą. Z metkami, z paragonem — pewnie jest w pudełku pod podszewką, Wadiem zawsze tak chowa.
— Wadiem? Sprzedajesz jego prezent? Len, u was wszystko w porządku?

— U nas wszystko po prostu wspaniale, Tanio. Lepiej być nie może. Będę u ciebie za pół godziny. Przygotuj gotówkę.
Wadim wpadł do mieszkania prawie o północy. Wyglądał, jakby przejechał po nim walec. Krawat miał przekrzywiony, w koszuli brakowało guzika, włosy sterczały na wszystkie strony. W rękach ściskał paczkę z tanim żelem pod prysznic, przeznaczoną dla Leny.
W mieszkaniu panowała cisza. Światło paliło się tylko w salonie.
Lena siedziała w fotelu, czytając książkę. Miała na sobie ulubiony domowy szlafrok, włosy starannie ułożone, a na ustach delikatny uśmiech.
Wadim zatrzymał się w przedpokoju, ciężko oddychając. W głowie przetaczały mu się wydarzenia wieczoru jak scena z horroru: przyjazd do Veroniki („Rybki”), oczekiwanie na ekscytującą noc, uroczyste wręczenie paczki, jej krzyk zachwytu, który natychmiast przemienił się w wściekłość, gdy wyjęła z niej zestaw „Czysta Linia” o zapachu pokrzywy.
— Ty się z mnie naśmiewasz?! — wrzeszczała Veronika, rzucając w niego flakonem. — Obiecałeś biżuterię! Miał być wyjątkowy wieczór! A przynosisz mydło z osiedlowego sklepu?! Wynoś się do swojej żony, skąpcu!
Próbował tłumaczyć, dzwonił do kuriera, ale nikt nie odbierał. Zrozumiał, że paczki się pomieszały. I wtedy ogarnął go prawdziwy horror: jeśli żel jest u Veroniki, to naszyjnik… u Leny.
I jeszcze ta kartka. O Boże, kartka!
W drodze do domu ćwiczył wymówki. Powie, że to żart? Że dla koleżanki i sprawdzał tylko jakość? Nie, bez sensu. Powie, że kupił jej, a kartka… jak wytłumaczyć kartkę? „Rybka” — to zdrobnienie Leny? Nigdy tak jej nie nazywał.
Wszedł do pokoju, gotowy na skandal, krzyki, tłuczenie naczyń.
— L-Lena? — głos zdradził jego strach.
Lena podniosła wzrok znad książki. Jej spojrzenie było jasne i promienne.
— O, wróciłeś? Jak negocjacje z Chińczykami? Udało się?
Wadim przełknął ślinę. Dlaczego ona nie krzyczy? Może nie otworzyła paczki?
— Tak… trudno. Bardzo trudno. Len, posłuchaj… przyjechał kurier…
— Przyjechał! — Lena rozpromieniła się i odłożyła książkę. Podeszła do męża. — Wadiku, kochanie, nie wiem, co powiedzieć.
Wadim napiął się, chowając głowę w ramiona.
— Ja… chciałam zrobić niespodziankę — kontynuowała, głaszcząc go po klapie marynarki. — Ale taką! Przerosłeś samego siebie.
— Podobało ci się? — zapytał ostrożnie, czując, jak zimny pot spływa po plecach.
— Podobało? Wadim, to wspaniałe! Otworzyłam pudełko i po prostu osłupiałam. Szafir! Mój ulubiony kamień. Pamiętasz, jak o tym marzyłam?
Wadim poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Ona myśli, że to dla niej. Ona znalazła naszyjnik. A kartka? Nie widziała jej? Czy uznała, że „Rybka” to ona?
— No… tak, oczywiście — próbował się uśmiechnąć, ale wyszła grymas bólu. — Chciałem ci sprawić przyjemność. Zasłużyłaś na to. Wszystko dla ciebie, kochanie.
Myślał gorączkowo. Dobra, niech będzie Veronika. Naszyjnik szkoda, dwieście pięćdziesiąt tysięcy poszło w błoto, ale małżeństwo uratowane. Lena szczęśliwa. Skandalu nie będzie. Udało się. Uff.
— A gdzie on? — spytał, spoglądając na jej szyję. — Czemu nie założyłaś?
— O, założyłam — skinęła Lena. — Idealnie pasuje. Stworzony dla mnie. Ale potem pomyślałam…
Podeszła do stołu i wzięła kopertę.
— Wiesz, Wadiku, zawsze mówiliśmy, że rodzina jest najważniejsza. Że powinniśmy wspierać siebie nawzajem i naszych bliskich.
— No tak… — on nie rozumiał, dokąd zmierza.
— Wiesz, mama ma problemy z płucami. Potrzebowała pilnie dobrego sanatorium. A u nas ciągle brakowało pieniędzy — samochód, kredyty, „trudne czasy”. I kiedy zobaczyłam ten prezent… zrozumiałam, jak bardzo nas kochasz. Nie będziesz przecież obrażony?
Wadim poczuł, że ziemia usuwa się spod nóg.
— Co… zrobiłaś?
— Sprzedałam go — powiedziała lekko i radośnie. — Taneczce z lombardu. Oczywiście z rabatem, ale wystarczyło na wyjazd mamy do Kislovodska — w luksusie, na pełen kurs! — i spłatę twojego kredytu za poprzedni telefon, i jeszcze nam coś zostało.
— Ty… sprzedałaś… naszyjnik? — wyszeptał Wadim, oczy ciemniały mu ze zdumienia.
— Nie gniewaj się! — Lena cmoknęła go w bladą policzek. — Pomyślałam: po co mi ta błyskotka, jeśli mamie źle? Sam uczyłeś mnie rozsądku. To był najlepszy twój czyn, Wadim. Poświęciłeś swoją „skarbonkę” dla zdrowia mojej mamy. Jestem z ciebie dumna!
Wadim osunął się po ścianie na puf. Nie mógł nic powiedzieć. Jeśli teraz krzyknie, że to dla kochanki — koniec. Jeśli milczy — idiotycznie zmarnował ćwierć miliona, by wysłać teściową na kurort.
— A tak w ogóle — Lena nagle zmieniła wyraz twarzy. Uśmiech znikł, spojrzenie stało się stalowe. — Co masz w paczce?
Wadim automatycznie przytulił paczkę z żelem.
— To… to…
— To ten żel „Dzika jagoda”, który miał być dla mnie? — Lena podeszła bliżej, a od niej bił chłód. — A kartka „Dla ukochanej Rybki” była w pudełku z naszyjnikiem.
Wadim zamarł. Wiedziała. Wiedziała wszystko od początku.
— Len, wytłumaczę… to żart, zabawa w role…
— Zamknij się — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Zabawa się skończyła, Wadim.
Podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je szeroko.
— Spakowałam twoje rzeczy. Walizki stoją na klatce. Zabierasz swój żel dla „Rybki” i więcej tu nie wracasz — jeśli w ogóle cię jeszcze wpuszczą z tym „wspaniałym” prezentem.
— Lena, nie możesz! To moje mieszkanie!
— Twoje? — zaśmiała się. — Zapomniałeś, że przepisałam je na syna, gdy uciekałeś przed fiskusem trzy lata temu? Jestem opiekunem. Formalnie więc tu jesteś nikim. A teraz — wypad.
— Ale… pieniądze… naszyjnik… — bełkotał, cofając się w korytarzu.
— Pieniędzy nie ma — odcięła Lena. — Mama leci jutro rano. Bilety bezzwrotne. Traktuj to jako rekompensatę za piętnaście lat mojego cierpliwego znoszenia.
Wypchnęła go za próg. Wadim potknął się o własne walizki ustawione przy windzie.
— I tak, Wadim — powiedziała na koniec, trzymając się klamki. — Rybka z ciebie kiepska. Jesteś raczej… karaś. Mały i kościsty.
Drzwi zatrzasnęły się z głośnym, ostatecznym trzaskiem.
Wadim został na zimnej klatce. W jednej ręce trzymał teczkę z „chińskiego kontraktu”, w drugiej paczkę żelu za trzy stówki. A gdzieś w lombardzie leżała jego przyszłość, zamieniona w wyjazd dla znienawidzonej teściowej.
Z mieszkania dochodziła muzyka. Lena włączyła coś radosnego i głośnego. Wyglądało na to, że w końcu zamierzała wziąć kąpiel. Z pianą. Sama. Bez niego.
Wadim kopnął walizkę, jęknął z bólu palca i nacisnął przycisk windy. Wieczór rzeczywiście przestał być nużący.







