Nie jeden. Nawet nie dwa. Cała armia.
Każdego dnia po szkole Nick wpadał do domu jak burza — policzki miał zaróżowione od mrozu, oczy błyszczały ekscytacją, a oddech parował w powietrzu.
— Mogę już wyjść, mamo? Proszę? Muszę dokończyć Winstona!
— Kogo? — pytałam, choć dobrze znałam odpowiedź.
— Dzisiejszego bałwana — odpowiadał z taką oczywistością, jakby mówił o współpracowniku z biura.
Nasz przedni ogródek był jego warsztatem.
Rzucał plecak pod ścianę, szarpał się z butami, zakładał kurtkę krzywo, w pośpiechu. Czapka niemal zawsze zsuwała mu się na jedno oko.
— Jest dobrze — burknął, gdy próbowałam ją poprawić. — Bałwany nie przejmują się, jak wyglądam.
I znów znikał na dworze.
Zawsze ten sam róg trawnika — przy podjeździe, ale wyraźnie po naszej stronie. Nick to wiedział. Ja też. Tam formował niezdarne kule ze śniegu, dokładał patyki zamiast rąk, kamyki na oczy i guziki.
A na końcu obowiązkowo ten wysłużony, czerwony szalik, który według niego czynił bałwana „oficjalnym”.
Każdy miał imię. Każdy historię.
— To Jasper. Lubi filmy o kosmosie. A to Kapitan Mróz — on pilnuje reszty.
Cofał się wtedy krok, opierał dłonie na biodrach i kiwał głową z uznaniem.
— Tak. To dobry gość.
Uwielbiałam obserwować go przez kuchenne okno. Ośmiolatek, który rozmawia z bałwanami jak z zespołem pracowników.
Tego, czego nie lubiłam, były ślady opon.

Sąsiad, pan Streeter, mieszkał obok nas od lat. Koło sześćdziesiątki, siwe włosy, twarz jakby stale obrażona na świat. Typ człowieka, którego drażni nawet słońce.
Miał zwyczaj skracać sobie drogę, wjeżdżając na róg naszego trawnika, gdy parkował. Oszczędzał może dwie sekundy. Widziałam te ślady od dawna. Przez lata mówiłam sobie, żeby machnąć ręką.
Aż pewnego dnia Nick wrócił do domu cichszy niż zwykle.
Usiadł na wycieraczce i ściągał rękawiczki, z których wysypywały się grudki śniegu.
— Mamo… — powiedział cienkim głosem. — Znowu to zrobił.
— Co zrobił?
Pociągnął nosem.
— Pan Streeter wjechał na trawnik. Zgniótł Olivera. Głowa mu odpadła.
Łzy spłynęły mu po policzkach. Wytarł je rękawem.
— Patrzył na niego — wyszeptał. — I zrobił to specjalnie.
Przytuliłam go mocno. Jego kurtka była lodowata.
— Tak mi przykro, kochanie.
— Nawet się nie zatrzymał — powiedział w moje ramię.
Tamtego wieczoru długo stałam przy oknie, patrząc na rozjechaną kupę śniegu i patyków. Coś we mnie stwardniało.
Następnego dnia wyszłam do pana Streetera.
Poprosiłam spokojnie, żeby przestał wjeżdżać na nasz trawnik. Wytłumaczyłam, że mój syn codziennie buduje tam bałwany, że bardzo go to boli.
On tylko przewrócił oczami.
— To tylko śnieg. Dzieci płaczą, potem im przechodzi.
Drugi bałwan zginął. Potem trzeci. Czwarty.
Nick wracał coraz bardziej zamknięty w sobie. Czasem płakał, czasem tylko stał przy oknie z zaciśniętą szczęką.
— On robi coś złego — powtarzał. — To mój teren.
I miał rację.
Kiedyś spróbowałam jeszcze raz. Bez skutku. Pan Streeter nawet się uśmiechnął.
— Teraz robi to specjalnie — powiedziałam mężowi tamtej nocy. — Czuje, że może.
Kilka dni później Nick wrócił do domu inny niż zwykle. Oczy mu błyszczały, ale nie od łez.
— Nie musisz już z nim rozmawiać — oznajmił.
— Dlaczego?
Nachylił się konspiracyjnie.
— Mam plan.
Zrobiło mi się niedobrze. Ale w mojej głowie „plan” ośmiolatka oznaczał co najwyżej napis w śniegu.
Następnego dnia obserwowałam go przez okno, jak buduje nowego bałwana — ogromnego. Stał tuż przy czerwonym hydrancie, na granicy trawnika.
Wieczorem usłyszałam trzask. Metaliczny zgrzyt. Krzyk.
Pan Streeter wjechał w hydrant.
Woda trysnęła w górę jak fontanna, zalewając ulicę i jego samochód. A u podstawy hydrantu leżały resztki bałwana.
— Postawiłem go tam, gdzie samochody nie powinny jeździć — powiedział Nick spokojnie. — Wiedziałem, że tam wjedzie.
Policjant tylko spojrzał na ślady opon i pokiwał głową.
Od tamtego dnia pan Streeter nigdy więcej nie dotknął naszego trawnika.
Nick budował bałwany do końca zimy. Niektóre się przewracały, inne topniały.
Ale żaden już nigdy nie zginął pod kołami samochodu.
A ja, patrząc na ten róg trawnika, zawsze myślę o moim ośmioletnim synu — który nauczył mnie, że granice można zaznaczyć nawet śniegiem.







