Marina i jej małe dziecko zostały na ulicy — ale to, co wydarzyło się później, zszokowało wszystkich…
Marina ostrożnie układała dziecięce ubrania w szafie. Prostowała każdą bluzkę palcami, jakby w każdym zagięciu przechowywała część swojego życia. Dziecko spało spokojnie w wózku, a kobieta starała się poruszać tak, by nawet nie zakłócić jego snu.
Minęły trzy lata, odkąd razem z Władimirem mieszkali w tym mieszkaniu — w tym samym domu, który po ślubie stał się ich rodzinnym gniazdkiem. Helenę Michajłownę, jego teściową, zawsze cieszyło, że młoda kobieta dbała o dom i wszystko utrzymywała w porządku. Tak właśnie ustalili — mieli tu miejsce do życia, a ona pomagała w utrzymaniu domu.
Wszystko zmieniło się nagle, gdy dwa miesiące temu teść, Piotr Nikołajewicz, zmarł nagle we śnie. Śmierć była zaskoczeniem dla wszystkich, ale jeszcze bardziej zaskakujący był jego testament.
— Nie rozumiem, dlaczego zostawił mieszkanie tobie — powiedziała szczerze Helena Michajłowna Władimirowi przy śniadaniu. — Chociaż, prawdę mówiąc, to sprawiedliwe. Mieszkałeś tu i się o wszystko troszczyłeś.
Władimir kiwnął cicho głową i przypomniał sobie kartkę, którą znalazł w szufladzie ojca — oficjalny testament.
— Najważniejsze, że mamy teraz swoje miejsce — powiedział, uśmiechając się do Mariny.
Marina tylko cicho się uśmiechnęła — w jej oczach lśniła iskierka nadziei.
Jednak spokój nie trwał długo. Następnego dnia zadzwonił dzwonek. Marina podeszła do drzwi. Na progu stała kobieta około pięćdziesiątki, o surowej twarzy i przenikliwym spojrzeniu.
— Kim pani jest? — zapytała ostrożnie Marina.
— Svetłana Pietrowna, siostra zmarłego. Chcę zobaczyć siostrzenicę — odpowiedziała kobieta i bez zaproszenia weszła do mieszkania.
Władimir wyszedł z pokoju i zaskoczony powiedział:
— Ciociu Swieto! Jak miło panią zobaczyć!
— Przyszłam w sprawach rodzinnych — odparła chłodno kobieta. — Mam nadzieję, że wszystko załatwimy spokojnie.
Helena Michajłowna wyszła z kuchni i otrzepała ręce ręcznikiem.
— Svetłano, proszę, wejdź, napijesz się herbaty?
— Dlaczego nie — powiedziała kobieta i usiadła przy stole. — A przy okazji porozmawiajmy o testamencie.
Władimir wyraźnie się spięł.
— O testamencie? Ojciec zostawił mi mieszkanie.
— Właśnie dlatego tu przyszłam — nie zwlekała Svetłana. — Uważam, że ja również mam prawo do majątku ojca.
— Ale istnieje testament — próbował wyjaśnić Władimir.
— Testamenty można zmieniać, kochanie. Tym bardziej gdy jedna osoba wszystko otrzymuje, a pozostali nic.
Marina cicho wzięła dziecko na ręce i przeszła do pokoju, by nie słyszeć kłótni. Ale głosy stawały się coraz głośniejsze.
— Mieszkanie ojca należy się wszystkim! — krzyknęła Svetłana. — Będę mieszkać w tym pokoju, w którym teraz są ta kobieta i dziecko!
Na te słowa Marina wyszła z pokoju, przytulając dziecko do siebie.
— Przepraszam, ale mieszkamy tu już od trzech lat. To nasz dom.

— Och, kochanie, czas ustąpić miejsca innym — uśmiechnęła się przebiegle Svetłana.
— Ciociu, nie mów tak mojej żonie! — krzyknął Władimir.
— Mam pełne prawo! — kobieta wyciągnęła z torby teczkę. — Oto nowy testament, w którym jestem jedynym spadkobiercą ojca!
Ręce Władimira zadrżały. Helena Michajłowna podeszła, przejrzała dokument i oboje zbledli. Okazało się, że naprawdę istnieje drugi testament…
Następnego dnia przyszedł kolejny gość — Dmitrij, brat zmarłego. Wpadł do mieszkania jak burza.
— Gdzie jest ten drań, który ukradł rodzinne mieszkanie?! — krzyknął od progu.
— Wujku Dima, uspokój się — próbował interweniować Władimir.
— Uspokoić się?! To mieszkanie mojego ojca, a ty myślisz, że teraz należy do ciebie?!
Dmitrij wyrwał dokumenty i rozerwał je na pół.
— Oto twój testament! — krzyknął.
Helena Michajłowna próbowała go uspokoić:
— Dmitriju, to była ostatnia wola twojego brata…
— Zamknij się! Ani ty, ani twoje dziecko tu nie macie miejsca!
Dziecko zaczęło płakać. Marina mocniej przytuliła je do siebie i szepnęła:
— Proszę, bądźcie cicho, to dziecko.
— Twoje dziecko mnie nie obchodzi! — wrzasnął Dmitrij. — Nie powinniście mieszkać w cudzym mieszkaniu!
Czas mijał, a mieszkanie zamieniło się w piekło. Ciocia Swieta i wuj Dmitrij osiedlili się w salonie, kłócąc się nawet między sobą, a najbardziej dręczyli młodych — zmuszali Marinę do gotowania i sprzątania dla nich.
Pewnego wieczoru Marina cicho powiedziała mężowi na korytarzu:
— Władimirze, tak dłużej nie wytrzymamy. Musimy coś wymyślić.
— Co się dzieje? — odezwał się Dmitrij. — Znowu się mnie boicie?
— Po prostu próbowaliśmy… — zaczął Władimir, ale Dmitrij krzyknął:
— Zamknijcie się! Nie macie prawa nic mówić!
Helena Michajłowna nie mogła już dłużej wytrzymać:
— Władimirze, jesteś mężczyzną czy nie? Wyrzuć tych złoczyńców z naszego domu!







