Julka zdążyła wszystkich w biurze doprowadzić do szału.
Podczas gdy inni pracownicy w czasie urlopów co najwyżej oglądali warzywniak albo wizytę u lekarza traktowali jak „egzotyczną podróż”, a drzemkę po obiedzie uważali za szczyt rozwiązłości, Julka wciąż gdzieś jeździła.
Nie mogła usiedzieć w miejscu ani chwili. Kiedy nie była nad morzem, była w górach; gdy nie w górach, odwiedzała europejskie stolice, zalewając internet błyszczącymi zdjęciami i relacjami z drogich kawiarni.
Tylko wczoraj wróciła z luksusowego ośrodka narciarskiego. I oczywiście, zasypała wszystkich w sieci tonami zdjęć z zaśnieżonych szczytów, kieliszkami grzanego wina i szerokimi uśmiechami.
Każdemu w biurze robiło się od tego niedobrze — nawet dyrektorowi, który podczas urlopu zazwyczaj pracował z domu.
— Nie, nie rozumiem, skąd ma kasę? — wybuchnęła Lenka, pokazując na motywacyjny wykres na ścianie, gdzie były zaznaczone ich pensje i premie. — Wszyscy zarabiamy mniej więcej tyle samo!
— Mąż albo rodzice — padła najbardziej oczywista odpowiedź.
— Nie ma męża, a rodzice są emerytami! — nie dawała za wygraną Lenka.
— Może sprzedaje… intymne zdjęcia? — zaproponował jedyny mężczyzna w biurze, Anatolij, nieco speszony swoją propozycją.
— Tak, jasne! Do magazynu „Chudnę bez papierosów i diet”! — rzuciła złośliwie Lenka, wywołując wybuch śmiechu.
Anatolij nie miał już innych pomysłów.
— A wy macie urlop w tym samym czasie, prawda? — wtrąciła najstarsza pracownica w firmie, pani Ziablik, prawdziwe źródło „mądrych” rad, których nikt nie chciał. — To idź z nią! Dowiesz się jej „sekretu”, a potem opowiesz nam!
— Wiesz co, to wcale nie jest zły pomysł — przyznała Lenka, uśmiechając się chytrze. — Tylko boję się, że się wycofa w ostatniej chwili. Takie sekrety nie są zdradzane ot tak.
Całe biuro kiwnęło głowami na zgodę. Po raz pierwszy Lenka poczuła, że ma wsparcie.
— Super! Nie mogę się doczekać! — wykrzyknęła Julka, a jej oczy zabłysły entuzjazmem. — Właśnie znalazłam świetny kurort, będziemy się świetnie bawić!
— No to w takim razie ustalone — uśmiechnęła się Lenka, przekonana, że Julka i tak zapomni o wszystkim w ostatniej chwili.
Minęło sześć miesięcy. Praca, stres i codzienna rutyna sprawiły, że wszyscy dawno zapomnieli o tej umowie.
Kiedy do urlopu pozostał tylko tydzień, Lenka zaczęła planować: umówiła się na usunięcie brodawki na nodze, szukała proszku do prania na promocji, żeby uporać się z „Everestem” nagromadzonych brudnych ubrań, i sporządzała listę seriali do oglądania.
— Znalazłam nowy strój kąpielowy! A ty? — zapytała ją Julka, podchodząc z uśmiechem.
— Strój kąpielowy?
— Tak, na naszą podróż nad morze! — odpowiedziała Julka, promieniejąc.
— Aaa, tak… morze… wiesz, policzyłam, i zostanie mi maksymalnie dziesięć tysięcy, muszę to rozciągnąć do końca urlopu…
— Super! Mnie zostaje tylko pięć!
— Jak to pięć?! — Lenka spojrzała na nią zdumiona. — I jak pojedziemy bez pieniędzy?
— Zawsze tak jeżdżę! — wzruszyła ramionami Julka. — Nie martw się, to mój problem. Ty zabierz tylko najpotrzebniejsze rzeczy, lekki bagaż jest najważniejszy.
— Ale, Jul… to znaczy… — zaczęła ją jąkać Lenka, ale widząc, że reszta kolegów obserwuje ich rozmowę, podniosła brodę i stanowczo powiedziała: — Będę gotowa! W końcu ty wiesz, co robisz!
— Ani się nie mówi! — puściła jej oko Julka. — Będziemy pić, szaleć do rana, objadać się szaszłykami i owocami, opalimy się jak egipskie królowe i wrócimy z taką ilością wspomnień, że starczą nam do następnego urlopu!
Lenka uśmiechnęła się, nabrana tym bojowym nastawieniem. Plan brzmiał po prostu wspaniale. Jeśli naprawdę wszystko będzie tak, jak mówiła Julka, grzechem byłoby odmówić.
Urlop miał być królewski — w końcu Lenka przez cały rok ciężko pracowała! A seriale i brodawki mogły niestety poczekać…
Na dzień przed wyjazdem Julka wysłała jej krótką instrukcję z miejscem spotkania i godziną wyjazdu do „krainy przyjemności”. Lokalizacja bardzo różniła się od adresu dworca, a i godzina budziła niepokój: „Opuszczona stacja benzynowa, sobota, 4:30 rano”.
„Sama się w to wpakowałam” — wyrzucała sobie Lenka, wciskając walizkę do taksówki. Miała wrażenie, że koleżanka po prostu postanowiła ją nastraszyć, bo ktoś w biurze wygadał plan. Ale Julka przez telefon obiecała oddać zęby, jeśli kłamie.
Po przybyciu na miejsce pół godziny wcześniej, Lenka zobaczyła dziwne zgromadzenie mężczyzn z gęstymi brodami, w swetrach z wysokim kołnierzem. Za ich plecami wznosiły się dziwne czarne pokrowce.
„Jacyś terroryści?” — przestraszyła się dziewczyna i chciała kazać kierowcy odjechać, kiedy nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i dwa silne ramiona wyrwały ją na zewnątrz.
— Brawo, że przyjechałaś wcześniej, będziemy miały czas trochę poćwiczyć, — powiedziała Julia, podając Lenie kilka kartek. Za jej plecami Lena zauważyła identyczną torbę na gitarę i ogromny plecak turystyczny, prawie tak duży jak sama Julia.
— Co to jest to „Leśne słoneczko”? — zapytała podejrzliwie Lena, patrząc na tekst podzielony na czterowersy. — Jakaś sektowa modlitwa? Kim są ci wszyscy ludzie?
— „Leśne słoneczko”, — poprawiła ją Julia. — To piosenka, a ci tutaj, — wskazała na brodatych mężczyzn, — to bardowie. Jadą na festiwal w tym samym kierunku co my. Trzy miesiące temu znalazłam ich społeczność i nas zapisałam.
Najważniejsze to wyglądać jak swoje, — dodała, pokazując na gitarę. — Nakarmią cię, napoją. Podróż trwa tylko dwanaście godzin, potem przesiadamy się do innego autobusu — do stomatologów.
— I wszystko to… za darmo?
— Absolutnie, — odcięła Julia, przecinając powietrze ręką. — Nic nie tracisz.
— Świetnie, — odetchnęła Lena z ulgą. Wyglądało na to, że Julia naprawdę miała wszystko dopięte na ostatni guzik.
Pierwsze piętnaście minut podróży było naprawdę cudowne. Ludzie — w różnym stopniu owłosienia, zarówno mężczyźni, jak i kobiety — byli wesołymi, towarzyskimi i bardzo hojni.
Po autobusie krążyły fiolki z domowymi naleweczkami i mocnymi napojami alkoholowymi, chleb łamano rękami, a kiełbasę krojono w grube plastry.
Lena grzecznie odmawiała, natomiast Julia od czasu do czasu spróbowała, jadła, śmiała się i wydawało się, że czuje się bardzo komfortowo.
Potem okazało się, że futerały, które Lena początkowo uważała za ukryte bronie masowego rażenia, kryły gitary.
— No to zaczynamy? — zaproponował jeden z brodatych i przesunął ręką po strunach.

„Lepiej by mieli granatniki”, pomyślała Lena po czterdziestu minutach.
Nie minęły nawet dwie godziny, a ona znała już na pamięć „Leśne słoneczko”, „Jesteś moją jedyną”, „Jeśli przyjaciel okaże się nagle…” i cały pozostały repertuar, który, podobnie jak fiolki z alkoholem, krążył w nieskończonej pętli muzycznej bez wyjścia.
Próbowała dwukrotnie przecisnąć się przez okienko, bez skutku.
W końcu Lena sama nie zrozumiała, jak wpadła w ten wir. Zaledwie powąchała korek od nalewki gruszkowej, a dziesięć minut później już płakała i głośno wyła: „Moja kochana…”.
Pięć godzin później padła, a kolejne pięć, gdy nadszedł czas wysiadania, czekał ją ciężki alkoholowo-muzyczny kac. Ku jej zdziwieniu, Julia, podobnie jak pozostali pasażerowie, wysiadła energiczna i wypoczęta, jakby dopiero co wyszła ze spa.
— Ech, było naprawdę miło, szkoda się rozstawać, — powiedziała ze smutkiem. — Teraz znajdziemy inną grupę, która jedzie do Soczi, na zjazd stomatologów. Zeskoczymy po drodze.
Lena czuła mdłości, w głowie wciąż odbijało echo „Wasza Wysokość, Pani Szczęście…”. Była nieskończenie szczęśliwa, że resztę drogi spędzą w ciszy i spokoju, wśród zupełnie normalnych ludzi.
Ale gdy tylko weszła do nowego autobusu i zajęła miejsce, ktoś podał jej zdjęcie czyichś zębów i zapytał:
— Co o tym myślisz?
— To obrzydliwe, — odpowiedziała Lena, czując, jak żołądek przesuwa się do gardła.
— Ja też tak uważam, — zgodził się mężczyzna. — Już zaczęło się ropienie, tutaj, — wskazał palcem. — Kanały były źle oczyszczone, trzeba spróbować znaleźć rentgen. A zobaczcie tutaj — jaki przetok!
Lena odwróciła się w stronę okna, ignorując go. Niestety, w autobusie zgromadzili się wyłącznie fanatycy swojej profesji.
Przez kolejne trzy godziny Lena i Julia płaciły za podróż nie pieniędzmi, lecz resztkami swojej psychicznej odporności, słuchając, jak ludzie z pasją dyskutują o zębach.
Znów pojawiły się fiolki z alkoholem, a także bójki. Wykształceni dżentelmeni w garniturach, okazując sobie wzajemny szacunek, nigdy nie celowali pięścią w usta, łamiąc sobie wyłącznie nosy.
Podczas postoju w jednym z małych kurortowych miasteczek Lena i Julia wysiadły.
— Oddałabym wszystko teraz, żeby rzucić się na łóżko, — przyznała Lena.
— Spokojnie, już niedługo będziemy na miejscu, — „pocieszyła” ją Julia. — Nawigator pokazuje tylko dwa kilometry pieszo. Och, jakie tu krzyczą mewy, jakby coś je bolało, — rozglądała się po niebie, nie zdając sobie sprawy, że za jej plecami Lena krzyczała z rozpaczy.
„Super, wygląda na to, że hotel jest tuż przy plaży”, ucieszyła się Lena, gdy wyszły na pierwszą linię nad morzem.
Za nimi został pięciogwiazdkowy hotel, potem czterogwiazdkowy. Lena zgodziłaby się nawet na pół gwiazdki lub planetę-karła, ale Julia upierała się, by ciągnąć ją w czarną dziurę.
Minąwszy główną plażę, weszły między jakieś kolczaste krzewy, gdzie Lena zgubiła jednego klapka — i wszelką chęć do dalszego marszu.
— Dokąd mnie prowadzisz?! — warknęła w końcu.
— Do hotelu „Miliard gwiazd”, — oznajmiła dumnie Julia i wyprowadziła swój mały oddział na dziką plażę, gdzie rozłożyły mały namiot.
— Namiot? Serio? — nie wierzyła własnym oczom Lena.
— Oczywiście! Przy naszych finansach, to jedyna opcja. A spójrz z romantycznej strony: morze przed nami, niebo nad nami, i nic nie trzeba dopłacać!
Inaczej siedziałybyśmy w czterech ścianach, marznąc od klimatyzacji. I nigdy nie zrozumiem, po co ludzie chcą basen w hotelu, skoro mają całe morze tuż obok!
Lena prawie się rozpłakała. Dokładnie o takich „głupotach” — czyste prześcieradła, klimatyzacja i basen — marzyła, ale najwyraźniej Julia miała rację: przy ich finansach to pozostanie tylko marzeniem.
— A co będziemy jeść? — zapytała w końcu, patrząc na Julię z rozpaczą.
— Dziś zjemy kolację z kanapek, które przygotowali nam bardowie, a jutro… jutro pójdziemy szukać pracy — powiedziała Yulia spokojnie, kończąc składanie namiotu.
— Co?! — wyrzuciła złością Lena, rzucając plecak na piasek. — Przecież dopiero co zaczęłyśmy urlop! Jaką pracę, Yulia?!
— No cóż, ja na przykład każdego lata pracuję jako kelnerka. Dostajesz jedzenie za darmo i jeszcze możesz odłożyć trochę pieniędzy. Ty mogłabyś przyciągać ludzi do „banany” — wiesz, to całkiem fajne.
Cały dzień przy wodzie, zabawa, muzyka… — powiedziała Yulia całkiem poważnie. — A przy okazji, kiedy spałaś w autobusie, nauczyłam się grać kilka piosenek.
Chcesz zagrać i zaśpiewać? — wyciągnęła gitarę, a pierwsze akordy zmieszały się z krzykami mew krążących nad morzem.
Słońce powoli chowało się za horyzont, malując niebo złotem i różem. Yulia rozpaliła ognisko swoim turystycznym zapalniczką, a dziewczyny upiekły chleb na improwizowanym ruszcie. Lena nie miała nastroju na rozmowę; siedziała w milczeniu, patrząc na płomienie.
Wiatr niósł zapach soli i dymu, a z daleka dochodziła muzyka i śmiech z letnich kawiarni i klubów przy plaży. Dziewczyny wsłuchiwały się w szum fal uderzających o brzeg, podczas gdy noc rozpościerała się wokół nich.
Położyły się spać wcześnie, ale Lena nie mogła zasnąć. Przewracała się w śpiworze, aż w końcu wyszła na zewnątrz. Ogień prawie dogasał, zostawiając jedynie kilka tlących się węgli. Nad jej głową niebo było usiane miliardami gwiazd, o których mówiła Yulia.
Było to naprawdę piękne. Lena zapomniała o wszystkich niedogodnościach — piasku, komarach, zmęczeniu — i po prostu cieszyła się dźwiękami i zapachami natury.
Rano Lena przeszukała wszystkie strony z ofertami pracy i po kilku godzinach oznajmiła z udawaną radością:
— Nie ma żadnych ofert.
— No proszę cię, kto szuka pracy nad morzem? — zaśmiała się Yulia, ciągnąc ją w stronę turystycznej cywilizacji, uprzednio chowając namiot między gałęziami.
Godzinę później obie rozdawały już szaszłyki na plastikowych talerzach w jednej z nadmorskich kawiarni, wśród muzyki i radosnych okrzyków turystów.
— To ma być „szalona zabawa aż do świtu”? — szepnęła Lena, mijając Yulię przy grillu.
— No, obiecałam ci szaszłyki! — odpowiedziała Yulia z uśmiechem. — Poza tym umówiłam się z szefem, że po południu możemy iść na plażę na kilka godzin. Opalimy się, popływamy… a noce są całe nasze!
— Wiesz co… chyba zaczynam cię nienawidzić.
— Ech, nie złość się. Widzisz tamtego faceta? Chyba zostawi napiwek. Jeśli tak zrobi, stawiam butelkę wina! — mrugnęła Yulia i zabrała podwójną porcję kebabu od kucharza.
Lena wytrzymała w kawiarni tylko pięć godzin. Potem przeniosła się do pracy jako animatorka przy „bananie”. Praca była lekka, prawie cały dzień przy wodzie i bez wysiłku.
W południe Yulia przychodziła z talerzami pełnymi mięsa, a Lena pozwalała jej w zamian na przejażdżki. Wieczorami dziewczyny pluskały się w wodzie, siedziały przy ognisku lub wychodziły potańczyć, jeśli miały jeszcze siły. Dwa tygodnie minęły jak sen.
Kiedy nadszedł czas powrotu, zrzuciły się na ostatnie pieniądze i kupiły najtańsze bilety w wagonie z miejscami do leżenia na górnych pryczach. Pociąg był zatłoczony i hałaśliwy, ale pełen śmiechu i opowieści o morzu.
W poniedziałek Lena wróciła do biura — zmęczona, opalona, ale z oczami pełnymi blasku.
— No proszę, jaki piękny opal! — powiedziała jedna z koleżanek z nutką zazdrości. — Yulia jeszcze nie przyszła?
— Nie, jeszcze się spóźnia — uśmiechnęła się Lena. — I nie to, że opalona… jestem cała spalona.
— Jak się bawiliście? Widzieliśmy wasze zdjęcia — pusty plażowy krajobraz, morze…
— Tak, ale to było zupełnie dzikie miejsce. Żadnych udogodnień. Ale ludzi też nie było. Niezwykłe. Nie wiem, jak Yulia je znalazła.
— A co jedliście?
— Prawie cały czas szaszłyki. Mięso i warzywa z grilla. Chyba przez rok nie będę mogła na nie patrzeć.
— No proszę, toście się rozbrykały!
— Rozbrykały? Gdybyśmy były bogate, siedziałybyśmy przy basenie. A tak cały dzień: raz na „bananie”, raz na łodzi, raz na jakiejś podskakującej poduszce — żeby przyciągnąć uwagę turystów.
Koleżanki słuchały teraz w napięciu.
— A co jeszcze robiłyście?
— No… chodziłyśmy na dyskoteki, jeździłyśmy na karuzelach. A najlepsze — wszystko za darmo! Yulia zaprzyjaźniła się z personelem parku i wpuszczali nas wszędzie.
— Szczęściary… — zamruczała jedna z koleżanek.
Lena na chwilę zamilkła. W głowie przewijały się wspomnienia — nocne spacery, śpiewy przy ognisku, szum fal, jak razem ratowały rzeczy przed deszczem o świcie. Uśmiechnęła się.
— Pewnie tak. Wystarczy chcieć, żeby wypocząć, i nie potrzebne są pieniądze. Trzeba tylko chęci i dobrej towarzyszki. Tak, nie jest to hotel pięciogwiazdkowy… ale to był hotel pod miliardem gwiazd. I to wystarczy.
— Ha! Brzmi bardziej jak harówka niż jak wakacje — zaśmiał się Anatolij, a reszta podchwyciła.
W tym momencie Yulia weszła do biura, cała rozpromieniona.
— Lena! Ci bardowie z autobusu zapraszają nas na wycieczkę w weekend. Jedziesz?
— Oczywiście! — odpowiedziała Lena bez wahania.
— O, jak ciekawie! — odezwała się jedna z koleżanek. — Od lat nie byłam na wycieczce.
— Chodź z nami! — zaproponowała Lena. — Yulia, wszystko w porządku?
— Ja? — zdziwiła się Yulia. — Skąd miałabym prawo powiedzieć „nie”?
— Nie, ja odpuszczam. Trzeba pieniędzy, namiotu, śpiwora, plecaka… A w lesie — żadnych wygód… Innym razem.
Lena spojrzała na nią z lekkim uśmiechem i szepnęła:
— Czasem „innym razem” nigdy nie nadchodzi.







