Historia Salvezzy: Incompreso Cucciolo i pogański weterynarz

Historie rodzinne

– Chce go pani uśpić? – zapytałem z niedowierzaniem, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem.

– Tak – odpowiedziała starsza kobieta chłodno, bez najmniejszego zawahania. – Nie jest mi już do niczego potrzebny.

Mały szczeniak delikatnie ciągnął zębami za rąbek mojego fartucha. Jego drobne, ostre jak igiełki ząbki zaczepiały się o materiał, ale nie czułem bólu – tylko żal.

W jego oczach, błyszczących i pełnych życia, nie było cienia strachu. Nie bał się ani obcego miejsca, ani ostrych zapachów kliniki weterynaryjnej, ani mnie – obcego mężczyzny w białym fartuchu, ani nawet swojej właścicielki, która właśnie zdecydowała, że pozbędzie się go na zawsze.

– Ale przecież on nie jest chory. Nie wykazuje żadnej agresji – próbowałem przemówić jej do rozsądku.

– I co z tego? Nie mam z niego żadnego pożytku – odpowiedziała bez cienia emocji, jakby mówiła o starym kapciu.

Prawda była jednak bardziej brutalna.

Ten szczeniak cierpiał na coś znacznie gorszego niż choroba – był po prostu… zwyczajny. Mieszaniec, bez rodowodu, bez „urody”, którą ludzie zwykle kochają. Nie spełniał oczekiwań. Nie był rasowy, nie był elegancki, nie był „ładny”.

Miał zaledwie sześć miesięcy, a już stracił ten rozczulający, dziecięcy wygląd, który tak przyciąga ludzi. Jego ciało wydawało się niezdarne, zbyt wydłużone, zbyt kościste.

Kupiony na targu jako rzekomy gryfon, wyrósł na coś zupełnie innego – za duży, zbyt masywny, niesymetryczny.

Choć miał kilka cech przypominających gryfona, jego rozmiar znacznie przekraczał standard rasy, zbliżając się raczej do średniego sznaucera. Masywna szczęka i wystające zęby nadawały mu wygląd boksera.

Jedno ucho stało pionowo, drugie zwisało – jak u owczarka niemieckiego. Jego sierść była twarda, szorstka, stercząca we wszystkie strony, co tylko pogłębiało wrażenie chaosu i zaniedbania.

Na konkursie najbrzydszego psa świata miałby spore szanse na podium.

– Chciałam małego pieska – powiedziała z wyrzutem i zawodem. – A dostałam to… coś. Potwora.

– Nie kupuje się rasowego psa na targu – odparłem cierpko.

– A wiesz, ile kosztują w hodowli? – rzuciła z jawną wrogością.

– Wiem… – mruknąłem pod nosem, tłumiąc złość.

Zacząłem analizować możliwe rozwiązania.

Pierwsze: oblać ją zielenią brylantową. Pokusa silna, ale jej realizacja oznaczałaby kłopoty z policją i utratę pracy.

Drugie: stanowczo odmówić – powiedzieć, że nie usypiamy zdrowych zwierząt. Ale wiedziałem, że wtedy najpewniej go porzuci albo znajdzie mniej skrupulatnego weterynarza.

Trzecie: zadzwonić do schroniska i spróbować znaleźć mu nowy dom.

Westchnąłem i sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer do mojej przyjaciółki Swietłany, która prowadziła schronisko.

– Cześć, Swieta. Masz może miejsce dla małego pieska? Samiec, sześć miesięcy, coś pomiędzy buldogiem a terierem.

Wygląda jak ja po całonocnym dyżurze, ale jest przekochany.

Wysłałem jej zdjęcie i zapytałem, czy może go przyjąć chociaż na tymczas.

– Na razie zostanie u mnie, ale działaj szybko – dyrektor kliniki nie jest zachwycony.

Gdy skończyłem rozmowę, spojrzałem na właścicielkę. Patrzyła na mnie z rosnącym niepokojem, jakby zaczęła coś podejrzewać.

„Nie odda go tak łatwo – pomyślałem. – Muszę zagrać inaczej.”

– Sytuacja wygląda tak – powiedziałem tonem zimniejszym niż lód na ulicy za oknem. – Nie mogę go uśpić.

Poza tym, teraz są święta, więc ceny są podwójne. Trzeba zapłacić za przechowywanie ciała w chłodni, za kremację i transport zwłok – a ten przyjedzie dopiero w poniedziałek, bo teraz są wolne dni.

– To szaleństwo! – zawołała, wściekła.

– Zgadzam się. Ale ja tylko wykonuję cennik.

Jeśli chcesz zaoszczędzić, mogę dać ci formularz zrzeczenia się praw. Wtedy zabiorę psa do schroniska. Może ktoś go adoptuje.

– Nowy właściciel? – zapytała z niedowierzaniem. – Kto by chciał coś tak brzydkiego?

– A może… – powiedziałem z błyskiem ironii – to rzadka rasa, i możesz go sprzedać za dobrą cenę?

Z trudem powstrzymałem się, by nie sięgnąć po tę nieszczęsną buteleczkę zieleni brylantowej.

Profesjonalizm – przypomniałem sobie.

Żadnych żartów z klientami.

– Możesz spróbować sprzedać go z powrotem na targu – dorzuciłem z udawaną powagą.

– A był szczepiony? – zapytała nagle, jakby ocknęła się z letargu.

– Szczepiony? – powtórzyła, zdezorientowana.

Nie rozumiała, że nie chodziło mi o żadne zyski, tylko o ocalenie życia tego szczeniaka.

– Muszę za to zapłacić? Nie da się go sprzedać bez szczepień?

– Spróbuj, przekonasz się. A jeśli cię skontrolują, dostaniesz mandat.

Zrezygnowana, zdjęła obrożę, schowała ją do torebki i popchnęła psa w moją stronę.

– Weź go. Zniszczył mi już wszystkie meble. Gdzie mam podpisać?

Zrobiłem zdjęcie psiaka i wysłałem Swietłanie. Obiecała natychmiast wrzucić je na stronę schroniska.

Nakarmiłem go i ułożyłem w klatce w klinice.

Nikt więcej tego dnia nie przyszedł.

Usiadłem przy drzwiach wejściowych i zacząłem cicho śpiewać – mój własny sposób na smutek.

– Mglista jest zorza, szara jest zorza… – nuciłem niskim głosem.

– Hau! – odpowiedział ktoś z klatki.

– Ty umiesz śpiewać? – zapytałem zdumiony.

– Nazwę cię Cud! Śpiewajmy razem!

Śpiewaliśmy więc razem *Poranek*, potem *Czarny kruk*, a na koniec *Jadę w pole z koniem*.

Szło nam tak dobrze, że nie zauważyłem, kiedy otworzyły się drzwi.

Dopiero gdy usłyszałem oklaski, odwróciłem się.

– Brawo, brawo! – zaśmiał się wchodzący starszy, szczupły mężczyzna.

To był Aleksander Iwanowicz, znany też jako Szurik – mój przyjaciel, klient i lekarz.

– Szurik, wystraszyłeś mnie!

– To ty mnie przestraszyłeś! Przechodziłem obok, usłyszałem wycie, pomyślałem, że się załamałeś. Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– Właściwie potrzebuję pomocy.

Możesz zatrzymać tego psiaka na kilka dni? Schronisko pęka w szwach.

– Powinienem odmówić, wiesz o tym. Od śmierci Muchtara nie miałem psa…

Muchtar zmarł rok wcześniej, zostawiając pustkę w sercu Szurika.

Ale ten szczeniak potrzebował choćby tymczasowego domu.

– Tylko na chwilę – błagałem niemal. – Jak pacjent czekający na łóżko na OIOM-ie.

– Nie mów mi o łóżkach… Mam ich dość. Co to za rasa? On jest naprawdę brzydki…

– Rasa rzadka, jedyna w swoim rodzaju. Jeszcze bez imienia. Miał zostać uśpiony.

– I nie zrobiłeś tego?

– Nie.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Ajbolicie.

– Niekoniecznie.

Mało brakowało, a oblałbym tę kobietę zielenią brylantową.

– Byle nie kwasem. No dobra, dawaj go. Ale tylko na kilka dni.

Jak się nazywa to cudo?

– Nazywa się Cud. Ale możesz go przemianować.

– Po co? Pasuje do niego. Masz szelki?

– Zrobimy coś na szybko. Właścicielka zabrała wszystko.

– Pięknie się zaczyna! No chodźmy. Ale pamiętaj – tydzień! Jak tylko znajdziesz miejsce, dzwoń.

Kilka dni później zadzwoniłem do Szurika.

– Wiesz co? Zapomnij o schronisku – zaśmiał się. – Nigdy go nie oddam.

Wieczorami mamy koncerty! Moja żona znowu się śmieje, pierwszy raz od śmierci Muchtara.

Jest brzydki, ale cudowny.

Przynosi kapcie, tańczy, rozumie wszystko! Zniszczył dwa stołki – trudno.

Teraz moje wnuki przychodzą codziennie, a nie raz w miesiącu.

Dziękuję, przyjacielu!

Odłożyłem słuchawkę i spojrzałem przez okno.

Śnieg cicho sypał. Światełka choinkowe odbijały się w szybie.

Cuda naprawdę się zdarzają, kiedy się ich najmniej spodziewamy.

Szczeniak uratowany. Szurik odzyskał uśmiech. A ja – weterynarz – byłem tylko cichym świadkiem spotkania dwóch dusz.

Wszystko się ułożyło.

Zadzwonił telefon w klinice. Mila, moja asystentka, odebrała.

– Klinika weterynaryjna, dzień dobry.

Tak, jesteśmy otwarci.

Proszę przyjechać.

Nie, przez telefon nic nie powiem – trzeba zbadać psa osobiście.

Odszedłem od okna i spojrzałem na Milę.

– Wypadek. Pies. Prawdopodobnie złamanie.

– Przygotuj salę operacyjną, Milo.

To piękny dzień. Zróbmy, co w naszej mocy.

Visited 344 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł