**„Człowiek na godzinę”, który zmienił życie cioci Tamary**
Nikt w małej, spokojnej wiosce Mălăiești nie spodziewał się, że ciocia Tamara — prosta, skromna kobieta, zawsze z włosami schowanymi pod chustką i z zamyślonym spojrzeniem — zrobi kiedyś coś tak zaskakującego.
Z trudem sąsiadka Katarzyna przekonała ją, by kupiła telefon komórkowy. „Żeby móc się z tobą skontaktować, ciociu, gdyby coś się stało!”, powtarzała usilnie. Tamara w końcu uległa, choć niechętnie.
A teraz — co za zwrot akcji! — wydała całą swoją emeryturę na… „człowieka na godzinę”.
Siedziała przy oknie w swoim starym domu, który trzymał się bardziej dzięki wspomnieniom niż przybitym gwoździom i skrzypiącym deskami.
„Dach przecieka, płot chyli się pod każdym wiatrem, a stodoła zaraz się zawali.
Nie mam nikogo… ani siły, ani pieniędzy.
Ale muszę coś zrobić.”
Głęboko westchnęła i wzruszyła ramionami pod przetartym swetrem, a wzrok jej błądził po każdym kącie domu, który kiedyś tętnił życiem.
Katarzyna, która codziennie przychodziła z talerzem zupy lub słoikiem kompotu, widząc jej rozpacz, powiedziała pewnego dnia:
— Tamaro, wiesz, że w telewizji słyszałam, że możesz zamówić „człowieka na godzinę”? Przyjdzie, naprawi, co trzeba w domu, płacisz za godzinę i po sprawie. Co ty na to?
— Co mam powiedzieć, dziecko?… Jeśli nie mam innego wyjścia, dzwoń. Gorzej być nie może.
— Dobrze, ale nie wiem, co za człowiek przyjdzie… obyś nie miała kłopotów!
— Spokojnie, kochanie, jeszcze oddycham. Zobaczę, co da się zrobić.
Następnego ranka, dokładnie o 8:00, usłyszano zdecydowane pukanie do drzwi.
Tamara powoli wstała, dobrze zawiązała chustkę na głowie, chwyciła laskę i otworzyła drzwi.
Zamarła.
Przed nią stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z krótkimi włosami, w czystym kombinezonie roboczym i z profesjonalną skrzynką z narzędziami.
Ale to nie było to, co ją najbardziej zaskoczyło.
Nie.
Było coś w jego oczach — miękkie, ciepłe, ale pełne smutku — co na moment zatrzymało jej serce.

— Dzień dobry, proszę pani! Nazywam się Radu.
Czy pani zamawiała „człowieka na godzinę”?
Tamara nie mogła mówić. Oparła się o płot i wyszeptała:
— Boże święty… coś takiego nie może być prawdą…
Mężczyzna, zdezorientowany, zrobił krok w tył.
— Wszystko w porządku?
Po chwili Tamara się ocknęła.
Zaprosiła go do podwórka i zaczęła pokazywać, co i jak trzeba naprawić.
Radu słuchał spokojnie, kiwał głową i zabrał się do pracy.
W ciągu kilku godzin wymienił połamane dachówki, przybił deski do płotu i naprawił zawiasy przy drzwiach, które skrzypiały od lat.
Ciocia Tamara usiadła na stołeczku i patrzyła na niego jak na dobry film, z mokrymi oczami i pełnym sercem.
— Wiesz… — powiedziała w końcu — masz te same oczy, co mój syn.
Straciłam go dwadzieścia lat temu.
Jakby Bóg posłał cię dziś…
Radu przestał młotkować, spuścił głowę i cicho odpowiedział:
— Ja też straciłem mamę w zeszłym roku.
Nie zdążyła zobaczyć, że przestałem pić i stanąłem na nogi.
Może… tak to się dzieje.
Nie naprawiamy tylko domów, ale i serca.
Oczy Tamary wypełniły się łzami.
Przyniosła mu kubek ciepłej herbaty i kawałek domowego ciasta.
Kiedy odchodził, podając jej rachunek, uśmiechnęła się ciepło:
— Zostaw, chłopcze… naprawiłeś więcej niż płot.
Dałam ci całą moją emeryturę, ale dziś zyskałam duszę.
Radu nic nie powiedział.
Tylko ją delikatnie objął, jakby spotkał na nowo swoją matkę.
I tak „człowiek na godzinę” stał się jej zaufanym człowiekiem.







