„Ta kura was wszystkich zarejestruje!” – chwalił się mąż swoim krewnym. Ale szybko mu wyjaśniłam, że się mylił.

Ciekawy

W biurze meldunkowym pachniało tanią kawą, starą papierologią i ludzką rozpaczą. Olga Pietrowna, starsza inspektorka, siedziała za swoim biurkiem wyprostowana jak królowa Wiktoria.

Na jej biurku panował idealny porządek: długopisy leżały równolegle, stosy dokumentów były wyrównane co do linijki — nienawidziła bałaganu.

— Olka, zerknij no! — zachichotała Lenka, młodziutka stażystka przy sąsiednim biurku.

— Co tam? — Olga nie oderwała wzroku od monitora.

— Adres jakiś znajomy… Ulica Lenina, dom 5, mieszkanie 12… Ojej, to przecież twój adres!

Olga zamarła, jej palce zawisły nad klawiaturą.

— I co tam jest? — jej głos stał się lodowaty.

— Cały akademik! — Lenka wskazała palcem ekran. — Wczoraj zameldowali pięć osób! Agafia, Lubow, Wasilij… i dwoje nieletnich, na pięć lat.

Olka, ty co, rodzinę ze wsi sprowadziłaś i nic nie mówisz? My byśmy chociaż stół zastawili z okazji powiększenia rodziny!

Do pokoju zajrzał kierownik działu, Piotr Siemionowicz.

— Co za hałas? Woroniowa, co ty tu, „gumowe mieszkanie” urządziłaś? Uważaj, jeszcze podatki każę płacić!

Zachichotał i wyszedł, Lenka też się zaśmiała.

Olga podeszła do komputera stażystki.

— Pokaż skan wniosku.

Na ekranie pojawił się dokument — wniosek o zameldowanie czasowe. Właściciel: Woroniow Igor Siergiejewicz, zgoda drugiego współwłaściciela (Olgi): jest.

Olga powiększyła obraz. W rubryce „Podpis” widniał jakiś żałosny bazgroł, z daleka przypominający jej autograf, ale wykonany drżącą ręką, wyraźnie próbującą skopiować oryginał z paszportu.

„Igor — pomyślała Olga. — Nawet porządnie sfałszować nie potrafiłeś. Tchórz”.

W środku nie było histerii.

Olga w milczeniu nacisnęła „Drukuj”.

Wypis z księgi meldunkowej.
Kopia sfałszowanego wniosku.

Złożyła dokumenty do teczki i schowała do torebki.

— Lenka — powiedziała spokojnie. — Jeśli ktoś zapyta, to błąd w systemie, zajmę się tym.

Lenka kiwnęła głową, przestraszona jej spojrzeniem.

Olga wchodziła po schodach, słuchając, jak głośno stukają jej obcasy. Klucz wszedł w zamek, ale się nie obrócił. Z wnętrza dobiegał hałas przypominający pracę pralki, do której wrzucono cegły.

Oni są tu tylko dla emerytury! — tłumaczył się mąż, meldując u nas cały tabun krewnych. Ja w milczeniu nacisnęłam „Drukuj” i włożyłam dokument do torebki.

Drzwi się otworzyły.

Na progu stał chłopiec około siedmiu lat, brudny, w samej koszulce i rajstopach zsuniętych na kolana. W rękach trzymał porcelanowy dzwoneczek z kolekcji Olgi.

— Ciociu, a ty kto? — zapytał, dłubiąc w nosie.

Olga przekroczyła próg i niemal potknęła się o górę butów: kozaki, półbuty, kalosze z zaschniętymi bryłami błota. W jej przedpokoju, gdzie zwykle pachniało lawendą, unosił się gęsty zapach smażonej cebuli, alkoholu i taniego tytoniu.

Z kuchni wypłynęła Tamara Pawłowna, teściowa. Kobieta postawna, hałaśliwa, w kolorowym szlafroku, który Olga podarowała jej na działkę.

— O, Oleńka przyszła! A my już się rozgościliśmy! — krzyknęła, próbując objąć synową.

Olga uchyliła się od uścisku.

— Co tu się dzieje, Tamaro Pawłowno? Kim są ci ludzie?

— Jak to kim?! Toż to Luba, moja kuzynka, jej mąż Wania i wnuki! Muszą w Moskwie zęby leczyć, a Wania pracy szuka. No nie do hotelu ich przecież! Rodzina, nie obcy!

Z łazienki wyszła kobieta z ręcznikiem na głowie, ubrana w szlafrok Olgi.

— O, gospodyni! — powiedziała basem. — A czemu ty masz taki rzadki szampon? Pół butelki wylałam, ledwo się umyłam, a ciepła woda ledwo leci, wezwałabyś hydraulika.

Olga spojrzała na męża. Igor siedział w kącie salonu, wciśnięty w fotel.

— Igor — powiedziała Olga. — Można cię na chwilę?

W sypialni Igor padł na kolana, zanim zdążyła zamknąć drzwi.

— Ola, wybacz! Mama mnie zmusiła! Powiedziała, że to tylko dla emerytury! Moskiewskie dodatki, przychodnia… Nie mogłem odmówić, to przecież matka!

— Sfałszowałeś mój podpis, Igor. To przestępstwo karne.

— A kto się dowie?! — wyszeptał. — Swoi ludzie! Ty przecież pracujesz w meldunkach, прикryjesz!

Olga spojrzała na niego z obrzydzeniem.

— Przykryję? Zamieniłeś mój dom w dworzec, wystawiłeś mnie w pracy, a teraz prosisz, żebym kryła?

Do drzwi sypialni zaczęto walić.

— Hej, młodzi, wychodźcie! Stół gotowy! — darł się głos ciotki Luby. — Olka, dawaj pomagać, a nie jak paniusia!

Olga wyszła. Jej twarz była spokojna.

— Oczywiście — powiedziała z uśmiechem. — Rozgośćcie się. Niedługo Nowy Rok. Będziecie mieli święto, niezapomniane.

Przez następne trzy dni Olga żyła w totalnym chaosie.

Ciotka Luba okupowała kuchnię, smażyła kotlety na smalcu, a zapach wżarł się w zasłony, tapety i włosy Olgi. Dzieci rysowały flamastrami po ścianach. Wujek Wania palił na balkonie, strząsając popiół do kwiatów Olgi.

— Ty, Olka, nie wyskakuj — oświadczyła Luba, gdy Olga poprosiła, żeby nie palili w mieszkaniu. — My tu teraz jesteśmy zameldowani. Mamy prawo mieszkać, Igor mi powiedział.

— Zgadza się — kiwnęła głową Olga. — Prawo to prawo.

Wyszła na zewnątrz i wybrała numer.

— Piotrze Iljiczu? Dzień dobry, Woroniowa z tej strony. Pamiętasz, jak pomogłam twojemu bratankowi z paszportem zagranicznym poza kolejką?

Masz u mnie dług, tak, pilnie. Mam tu zgłoszenie o „gumowym mieszkaniu”. Podejrzenie oszustwa przy świadczeniach socjalnych i fikcyjnego meldunku. Nie, nie obcy, swoi, najdrożsi.

Wpadniesz trzydziestego pierwszego z patrolem? U mnie domowa galareta, na wołowych golonkach. Umowa stoi.

31 grudnia zamiast Świętego Mikołaja do drzwi zadzwonił patrol policji.

— Kto tu jest zameldowany?! — ryknął major, a ciotka zakrztusiła się kurzą nogą.

31 grudnia Olga zastawiła wystawny stół: kawior, pieczona szynka, sałatki.

— O, to ja rozumiem! — zachwycała się Tamara Pawłowna. — To po naszemu! Brawo, Olka, poprawiłaś się! Zrozumiałaś, że rodzinę trzeba szanować!

Igor siedział blady, ale też się uśmiechał. Myślał, że się upiekło. Że żona ponarzekała i jej przeszło.

— Wypijmy! — zawołała Luba, trzymając w ręku kurzą nogę. — Za to, żebyśmy zawsze trzymali się razem! I żeby żadne zołzy nas nie poróżniły!

Wymownie spojrzała na Olgę.

Olga podniosła kieliszek z wodą.

— Za legalność — powiedziała cicho.

W tej chwili zadzwonił dzwonek.

Długi, natarczywy.

— Kogo tam niesie? — burknął wujek Wania. — Mikołaj, czy co?

Igor poszedł otworzyć.

Na progu stał Piotr Iljicz — major policji, naczelnik wydziału ds. migracji. Za nim dwóch krępych sierżantów w kamizelkach kuloodpornych, z automatami.

— Obywatel Woroniow Igor Siergiejewicz? — ryknął major tak, że z żyrandola posypał się kurz.

— Ja… — wychrypiał Igor.

— Kontrola meldunkowa, wpłynęło zgłoszenie o fikcyjnym zameldowaniu obywateli. Proszę przejść do środka.

Rodzina przy stole zamarła, ciotka Luba upuściła kurzą nogę.

Major wszedł do salonu, obejrzał zgromadzenie.

— Tak, obywatelka Iwanowa Lubow, obywatel Iwanow Wasilij… Po twarzach widzę — nasi klienci. Kto jest właścicielem mieszkania?

— Ja… i żona… — Igor wskazał na Olgę.

— Obywatelko Woroniowa — major zwrócił się do Olgi. — Czy wyraziła pani zgodę na zameldowanie tych osób?

Tamara Pawłowna zerwała się z miejsca.

— Wyraziła! Oczywiście, że wyraziła! Jest wniosek! My przecież rodzina!

Olga wstała, wyjęła spod stołu teczkę.

— Towarzyszu majorze, nie wyrażałam zgody. Mój podpis we wniosku jest sfałszowany. Oto próbki mojego pisma. Oto kopia wniosku z wyraźnymi oznakami fałszerstwa.

Proszę o przyjęcie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa wobec obywatela Woroniowa Igora Siergiejewicza oraz obywateli, którzy złożyli fałszywe dane.

Tamara Pawłowna chwyciła się za serce — tym razem naprawdę.

— Ola… ty co… mojego syna wsadzisz?!

— To nie ja go wsadzę, Tamaro Pawłowno. To on sam się wsadził, kiedy uznał, że jestem nikim.

Major skinął na sierżantów.

— Tak, obywatela Woroniowa do komisariatu w celu złożenia wyjaśnień. Obywateli Iwanowów również — sprawdzimy legalność pobytu i unieważnimy meldunek. Kara za fikcyjny meldunek do 500 tysięcy rubli. Proszę się pakować.

Igor rozpłakał się.

— Ola! Nie trzeba! Ja wszystko naprawię!

Ciotka Luba zaczęła zawodzić.

— Ojej, ludzie dobrzy! Co to się dzieje!

Major spojrzał na Olgę i mrugnął.

— Olgo Pietrowno, może się dogadamy? Jeśli obywatele dobrowolnie opuszczą lokal i od razu napiszą rezygnację z meldunku…

Olga spojrzała na zegarek.

— Macie piętnaście minut. Pakujecie się i znikacie na zawsze. A ty, Igor…

Podeszła do męża bardzo blisko.

— Jutro idziesz ze mną do notariusza i przepisujesz swoją część mieszkania na mnie, w formie darowizny, tytułem zadośćuczynienia moralnego. Zgadzasz się?

— Zgadzam się! — krzyknął Igor. — Na wszystko się zgadzam!

— Pisz oświadczenie. Teraz.

Po piętnastu minutach mieszkanie było puste.

Rodzina zniknęła z taką prędkością, jakby ich teleportowano. Zostawili nawet część rzeczy — kalosze wujka Wani nadal stały w korytarzu jak pomnik ludzkiej głupoty.

Igor siedział w kuchni, trzymając głowę w dłoniach. Przed nim leżała kartka z zobowiązaniem do darowizny udziału.

Olga zamknęła drzwi za majorem, wręczając mu pojemnik z galaretą.

— Dziękuję, Piotrze Iljiczu.

— Zawsze do usług, Olu. Porządek musi być.

Wróciła do kuchni.

Usiadła naprzeciw męża.

— Olu… — wyszeptał Igor. — Ty naprawdę byś mnie wsadziła?

— Igor, jedz sałatkę, zanim zwietrzeje.

Za oknem zaczęły grzmieć fajerwerki. Nadchodził Nowy Rok.

Igor w milczeniu przeżuwał oliwkę.

Visited 2 263 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł