„Zamknij się i wynoś się z mojego domu” – syknęła do teściowej, nie wierząc we własną odwagę.

Historie rodzinne

Lena z niepokojem poprawiała zasłony po raz trzeci w ciągu zaledwie dziesięciu minut. Jej ruchy były nerwowe, nieskładne, a spojrzenie co chwilę wędrowało ku zegarowi na ścianie.

Dziś miało dojść do spotkania, którego obawiała się od wielu miesięcy — przyjeżdżała jej teściowa. Tajemnicza kobieta, której Lena nie miała okazji poznać nawet na własnym ślubie, który odbył się półtora roku wcześniej.

— Przestań się tak miotać — mruknął Andrzej, jej mąż, nie odrywając wzroku od telewizora. — Przyjedzie, poznacie się w końcu i będzie po sprawie.

Lena nic nie odpowiedziała. W głowie układała dziesiątki możliwych scenariuszy tej wizyty. Serce biło szybciej, dłońmi nerwowo wygładzała poduszki na kanapie, choć już były idealnie ułożone.

Nagle zadźwięczał dzwonek. Za drzwiami stały dwie kobiety. Starsza z nich była krągła, z oczyma, które zdawały się przeszywać człowieka na wskroś. Obok niej — nieco wyższa, szczuplejsza kobieta, z równie przenikliwym spojrzeniem.

— Jestem Zinaida Pietrowna, matka Andrzeja — przedstawiła się starsza z godnością i lekką nutą wyższości w głosie. — A to moja córka, Swietłana.

Swietłana weszła do środka z taką pewnością siebie, jakby mieszkała tu od lat i była panią domu. Rozejrzała się z niezadowoleniem po wnętrzu.

— Andrzeju! — zawołała teściowa, obejmując syna z teatralnym entuzjazmem. — Boże, jak ty schudłeś! Pewnie żona nie bardzo dba o to, żebyś jadł porządnie?

Przy stole atmosfera była napięta. Zinaida opowiadała o swoim życiu, o znajomych, o tym, co kupiła na targu i co słyszała w przychodni. Lena milczała, czuła się jak intruz we własnym domu.

— A czemu tu tak pusto? — zapytała nagle teściowa, rozglądając się z nieukrywanym zdziwieniem. — Gdzie kwiaty, gdzie przytulność?

— Jeszcze się urządzamy — odpowiedziała Lena cicho, niemal szeptem.

— Półtora roku się urządzacie? — prychnęła Swietłana z kpiną w głosie.

Następnego dnia zaczęła się prawdziwa próba.

— Lenoczka, kochana — odezwała się słodkim tonem Zinaida — pokaż nam, jak prowadzisz dom. Zobaczymy, jak z ciebie gospodyni.

Bez zaproszenia zaczęła przeszukiwać szafki kuchenne, zaglądać do szuflad i komentować każdy pyłek, każdą rysę. Marszczyła nos przy każdym znalezionym okruchu.

— A to co? — wskazała z oburzeniem plamę na tapecie. — Co to za brud?

— To od herbaty… Andrzej niechcący rozlał… — wyjaśniła zawstydzona Lena.

— A nie przyszło ci do głowy, żeby to wyczyścić? — zdumiała się Swietłana. — U nas w domu coś takiego nie utrzymałoby się ani dnia.

— A gotować umiesz? — zapytała z udawanym zainteresowaniem teściowa. — Pokaż, jak robisz zupę. Ciekawe, czy syn mój ma co jeść.

Każdy ruch Leny był oceniany, komentowany, krytykowany:

— Cebulę źle kroisz. Mięso niewłaściwe. Kiedy dodasz zieleninę, jak wszystko już się rozgotuje?

Kiedy zupa była gotowa, Lena miała łzy w oczach.

— No, jadalne — orzekła w końcu Zinaida z łaskawym uśmiechem. — Ale musisz się jeszcze wiele nauczyć.

Dni mijały jeden za drugim. Goście najwyraźniej nie zamierzali wyjeżdżać, a Lena miała wrażenie, że ich jedynym celem było znajdowanie jej błędów.

— A pamiętasz Maszę Sorokinę? — zapytała pewnego wieczoru Swietłana. — Twoją szkolną miłość?

Andrzej uśmiechnął się z nostalgią:

— Jakże miałbym nie pamiętać?

— Jest teraz w delegacji w waszym mieście. Zadzwoniłam do niej. Jutro wpadnie do nas z wizytą.

— Mamo, bez przesady… — zaczął Andrzej.

— A co w tym złego? Starzy znajomi się spotkają. Lena nie ma chyba nic przeciwko?

— Oczywiście, że nie — wydusiła z siebie Lena, czując jak coś w niej się kurczy.

Masza Sorokina pojawiła się następnego dnia. Wysoka blondynka, pewna siebie, z błyskiem w oku. Weszła jak do siebie, rzuciła się Andrzejowi na szyję, ucałowała go w oba policzki.

— A to Lena, żona Andrzeja — rzuciła mimochodem teściowa.

— Miło poznać — powiedziała Masza chłodno, ledwie rzucając Lenie spojrzenie.

— Pamiętasz nasz bal maturalny? — zapytała Masza, siadając obok Andrzeja.

Rozmowa między nimi toczyła się wartko, pełna śmiechu, wspomnień i wzajemnego zrozumienia. Lena czuła się niewidzialna, jak cień we własnym domu.

— Prawie się wtedy pobraliśmy! — zaśmiała się Masza.

— Szkoda, że do tego nie doszło — westchnęła Swietłana. — Mielibyśmy w rodzinie taką synową…

— Może jutro się jeszcze zobaczymy? — zapytała Masza przed wyjściem. — Mam wolny dzień.

— Świetny pomysł! — zawołała Zinaida. — Będzie o czym porozmawiać.

Nazajutrz Andrzej długo się szykował. Starannie dobrał ubranie, użył perfum.

— Ależ z ciebie przystojniak! — zachwyciła się matka. — Masza na pewno to doceni.

— Nie czekaj na mnie z obiadem — rzucił do Leny. — Może coś zjemy na mieście.

Wrócił wieczorem, pełen energii, rozpromieniony.

— I jak było? — spytała matka.

— Rewelacyjnie. Tyle się nagadaliśmy. Masza jest taka… interesująca.

— Romantycznie — westchnęła Swietłana z uśmiechem.

— Tak, bardzo romantycznie — przytaknął Andrzej.

— A jutro? Znowu się spotkacie?

— Tak, ma jeszcze dwa dni w mieście.

— To świetnie! Trzeba nadrobić czas.

Trzeciego dnia historia się powtórzyła. Andrzej wrócił późno, zachwycony.

— Masza jutro wyjeżdża. Szkoda…

— Może jeszcze wróci? — zasugerowała teściowa.

— Możliwe. Mówiła, że czasem bywa w tej okolicy służbowo.

— No to super. Będziecie mieli okazję się spotkać.

Po chwili Zinaida weszła do sypialni, gdzie Lena siedziała zamyślona.

— Musimy porozmawiać o twoim zachowaniu — powiedziała oschle. — Jesteś dziwna. Robisz kwaśne miny do męża.

— A co pani sądzi? — zapytała Lena cicho, ale twardo.

— Sądzę, że jesteś zazdrosna bez powodu. A jeśli coś między nimi istniało, to przez ciebie. Żona powinna potrafić zatrzymać męża. A ty? W szlafroku chodzisz, gotujesz byle jak, charakter masz trudny.

— Przez mnie?

— A przez kogo? Andrzej to dobry mężczyzna. A co ty mu oferujesz? Urodę? Taką sobie. Rozum? Też nie szczególny. Gospodyni z ciebie przeciętna.

Lena poczuła, że coś w niej zamarza. Coś się zmienia — nieodwracalnie.

— I co pani proponuje?

— Pracuj nad sobą! Przestań być szarą myszką, która obraża się na cały świat.

— Szarą myszką…

— Bo jak długo nią będziesz, takie jak Masza będą ci odbierać męża.

W tym momencie do pokoju weszła Swietłana:

— Mamo, Masza dzwoni. Żegna się przed wyjazdem.

Lena powstała. Coś w niej ostatecznie pękło, ale nie z rozpaczy — z decyzji.

— Wie pani co — powiedziała powoli i wyraźnie — ma pani rację.

W salonie Andrzej siedział z telefonem przy uchu:

— Tak, Masza… też żałuję… Oczywiście, spotkamy się następnym razem…

— Jaka to była kobieta! — westchnęła teściowa. — Kulturalna. I piękna.

— I mądra — dodał Andrzej. — Rozmowa z nią to sama przyjemność.

— W przeciwieństwie do niektórych — powiedziała Zinaida z wymownym spojrzeniem.

— Przepraszam, co? — zapytała Lena, wchodząc do pokoju.

— Między tobą a Maszą jest ogromna różnica — wtrąciła Swietłana.

— A na czym polega ta różnica?

— Na wszystkim. Masza jest barwna, interesująca, spełniona. A ty? Zwyczajna. Szara. Domowa.

— Szara domowa myszka — powtórzyła Lena.

Ale w jej głosie nie było już ani bólu, ani wahania.

— No… jeśli naprawdę tego chcesz, to tak.

Zapadła ciężka, pełna napięcia cisza.

— Rozumiem — odezwała się w końcu Lena z wyraźnym chłodem w głosie. — Czyli wynika z tego, że w moim domu mieszka szara mysz.

— W naszym domu — poprawiła ją teściowa z nieukrywaną irytacją. — To dom mojego syna.

— Twój syn mieszka w moim domu — odpowiedziała Lena twardo.

— Co ty wygadujesz? — wtrącił się Andrzej, marszcząc brwi.

— Chcę tylko doprecyzować. Czyj to właściwie dom?

— Nasz, oczywiście. Jesteśmy przecież małżeństwem.

— Małżeństwem. Ale to jakoś nie przeszkadza ci umawiać się z innymi kobietami.

— Jakie umawiać się? To były zwykłe spotkania między przyjaciółmi!

— Romantyczne spotkania z „przyjaciółką” w parku.

— Lena, przestań. Zachowujesz się jak histeryczka.

— Histeryczka. Szara, domowa, rozhisteryzowana mysz.

— Skoro tak się zachowujesz, to trudno się dziwić — wtrąciła sucho teściowa.

— A może to wy powinniście byli się pobrać? W końcu pani już nawet sukienkę ślubną dla Maszy wybierała. I chyba do dziś żałuje, że nie zostaliście parą.

— Lena, uspokój się, proszę.

— Jestem spokojna. Aż za bardzo. Po prostu coś do mnie w końcu dotarło.

— Co takiego?

— Że naprawdę byłam szarą myszą. Byłam. Ale to już przeszłość. Już nigdy więcej.

Lena zrobiła kilka kroków w stronę teściowej i zatrzymała się naprzeciw niej.

— Zamierzam zostać prawdziwą gospodynią we własnym domu.

— Przecież jesteś gospodynią — wymamrotała Zinaida Petrowna.

— Nie. Byłam służącą. Gotowałam, sprzątałam, znosiłam wasze obelgi i kpiny. Ale nigdy nie byłam traktowana jak pani domu.

Lena spojrzała jej prosto w oczy.

— Zinaido Petrowno, jutro rano zbieracie swoje rzeczy i wyjeżdżacie. Obie.

— Co?! Na jakiej podstawie?

— Na tej, że to mój dom. I nie zamierzam już dłużej tolerować obecności ludzi, którzy mnie nie szanują.

— Andrzeju! Słyszysz, co ona wygaduje?!

— Lena, przecież to moja matka…

— Twoja matka, która uważa mnie za kogoś niegodnego ciebie. Która zaprasza twoją byłą dziewczynę do mojego domu.

— Przecież nikt nie aranżował żadnych randek! — krzyknęła Zinaida Petrowna.

— Naprawdę? A czym były te „niewinne spacery po parku”? Wszystko to, kiedy ja siedziałam w domu?

— Przesadzasz, to absurdalna zazdrość!

— To nie zazdrość. To granica, której nikt już nie przekroczy. Nikt nie będzie robił ze mnie idiotki.

Lena odwróciła się do męża i powiedziała poważnie:

— I tobie też coś powiem. Możesz się spotykać z kim tylko chcesz. Ale nie wtedy, gdy jesteś moim mężem i mieszkasz w moim domu.

— W naszym domu.

— W moim. Bo to ja go sprzątam, ja gotuję, ja płacę połowę rachunków. A ty? Ty tylko tu śpisz i sprowadzasz ludzi, którzy mnie poniżają.

— Lena, chyba postradałaś zmysły.

— Nie. Po raz pierwszy w życiu odzyskałam rozum.

Zinaida próbowała opanować sytuację, jak zwykle próbując zdominować rozmowę:

— Andrzeju, widzisz teraz, jaki ona ma charakter?

— A co konkretnie jest ze mną nie tak? — Lena spojrzała na nią z wyraźnym chłodem.

— Jesteś niezrównoważona. Agresywna.

— Potrafię być uprzejma. Dla ludzi, którzy traktują mnie jak człowieka. Ale nie dla tych, którzy widzą we mnie tylko szarą mysz.

— Ale my przecież nie chcieliśmy cię skrzywdzić…

— Nie? To ciekawe. A wie pani, co naprawdę pomoże mi się podnieść i poczuć silniejszą? Kiedy nie będzie w moim domu nikogo, kto mnie nie szanuje.

Lena energicznie podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko.

— Dlatego rano się pakujecie i wyjeżdżacie. Obie.

— Ty nie masz prawa nas wyrzucić! — zaprotestowała gwałtownie teściowa.

— Mam. I to zrobię.

— Andrzeju! — jęknęła Zinaida błagalnie.

— Lena, przecież to moja rodzina…

— A ja? Nie jestem twoją rodziną? To dlaczego pozwalasz im mnie poniżać?

— Nikt cię nie poniża!

— Nie? „Szara mysz”, „nieciekawa”, „zła gospodyni”, „histeryczka” — to według ciebie nie są obelgi?

Lena podeszła jeszcze bliżej do męża:

— Więc zdecyduj, Andrzeju. Albo jesteś moim mężem i wtedy mnie bronisz, albo jesteś maminsynkiem i wracasz do niej.

— To groźba?

— To rzeczywistość. Nie będę już dłużej mieszkać tam, gdzie mnie się nie szanuje.

Zinaida próbowała jeszcze raz odzyskać kontrolę:

— Synku, zobacz, kim ona się stała…

Lena spojrzała na nią z taką siłą, że Zinaida zamilkła natychmiast.

— Zamknij się i wynoś się z mojego domu — syknęła Lena, sama zaskoczona odwagą własnych słów.

Cisza. Martwa, nieprzyjemna cisza.

— Co… co ty powiedziałaś? — wyszeptała teściowa, zszokowana.

— Powiedziałam: zamknij się i wynoś się. Natychmiast.

— Wyjedziemy jutro — wymamrotała teściowa.

— Nie. Wyjeżdżacie teraz. Pakujcie się i wychodźcie.

— Lena — próbował jeszcze coś powiedzieć Andrzej.

— Co, Lena? Masz coś do dodania?

Spojrzał na nią, potem na matkę.

— Nie. Nie mam nic do powiedzenia.

Godzinę później dom był pusty. Lena stała przy oknie, patrząc na tylne światła taksówki oddalającej się w noc.

— Lena — odezwał się cicho Andrzej.

— Co?

— Nie wiedziałem, że jesteś aż tak silna. Dziś po raz pierwszy zobaczyłem ciebie prawdziwą.

— A wiesz, co ja zrozumiałam? Że nigdy nie byłam szarą myszą. Po prostu pozwalałam innym tak mnie traktować.

Podeszła do niego, spojrzała prosto w oczy.

— Ale już nigdy więcej. Nikomu nie pozwolę. Nawet tobie.

— Nawet mnie?

— Zwłaszcza tobie. Bo jeśli mój mąż mnie nie szanuje, to kto będzie?

— Ja… ja będę cię szanować.

— I bardzo dobrze. Bo jeśli nie, to i ciebie wyrzucę.

— Z własnego domu? — zaśmiał się słabo.

— Z mojego domu. Domu gospodyni.

I w tej chwili naprawdę poczuła, że nim jest.

Visited 729 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł