— Kochanie, sama złożyłaś pozew o rozwód. Dlaczego więc miałabym pomagać twojej matce? — zapytała Jana z lekkim, niemal kpiącym uśmiechem.
Siergiej zamarł.
— O czym ty mówisz? — zapytał, choć jego głos wyraźnie zdradzał zdenerwowanie.
Stał pośrodku salonu i patrzył na żonę tak, jakby właśnie usłyszał coś zupełnie absurdalnego. Przez kilka sekund nie potrafił nawet znaleźć odpowiednich słów. Na jego twarzy pojawiło się najpierw zdziwienie, później niedowierzanie, a po chwili coś, czego Jana nie widziała u niego od dawna — prawdziwy strach.
Siergiej szybko próbował go ukryć. Wyprostował się, poprawił mankiet koszuli i przybrał swoją zwykłą, spokojną minę. Tym razem jednak jego zachowanie nie przekonało Jany.
Kobieta przez chwilę milczała. Następnie powoli obeszła sofę i usiadła na krześle stojącym przy dużym oknie. Założyła nogę na nogę i spojrzała na męża z niezwykłym spokojem.
Za szybą padał drobny, jesienny deszcz. Krople spływały po szkle powoli, tworząc cienkie, nieregularne strużki. Ich jednostajny stukot sprawiał, że cisza w salonie wydawała się jeszcze bardziej napięta.
W pomieszczeniu unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy oraz delikatnych perfum Jany. Były to te same perfumy, które Siergiej podarował jej kilka lat wcześniej na urodziny. Wtedy był z nich dumny. Dzisiaj ich zapach nagle wydał mu się nieznośny.
— Nie udawaj — powiedziała Jana spokojnie.
Nie podniosła głosu. Nie musiała. Jej opanowanie było dla Siergieja znacznie bardziej niepokojące niż krzyk.
— Wiem wszystko.
— Co dokładnie wiesz? — próbował zapytać, ale zabrzmiało to bardziej jak prośba niż pytanie.
Jana uśmiechnęła się bez cienia radości.
— Dokumenty są już w sądzie. Pozew został przyjęty. Rozprawa wstępna została wyznaczona na dwudziestego trzeciego.
Siergiej pobladł.
— To niemożliwe…
— A jednak.
— Skąd… skąd to wiesz?
Jana wzruszyła ramionami.
— Sekretarka wyjaśniła mi wszystko bardzo dokładnie.
Siergiej przez moment nie wiedział, co odpowiedzieć. Zacisnął palce na wizytówce, którą trzymał w dłoni. Papier lekko się zgiął.
— Ty… dzwoniłaś do sądu?
— Tak.
— Po co?
— Początkowo w zupełnie innej sprawie. Chciałam dowiedzieć się, jak wygląda opłata sądowa przy pewnym postępowaniu. Nic szczególnego.
Jana zrobiła krótką pauzę.
— A potem usłyszałam coś interesującego.
Siergiej przełknął ślinę.
— Co?
— To samo nazwisko. Ten sam adres. I nazwisko powódki również się zgadzało.
Zapadła cisza.
— Jana… — zaczął.
— Nie — przerwała mu. — Tym razem ty posłuchasz.
Siergiej spojrzał na nią bezradnie. Przez ostatnie miesiące był przekonany, że wszystko kontroluje. To on podejmował decyzje, to on ustalał, co Jana powinna wiedzieć, a czego lepiej jej nie mówić. Teraz jednak sytuacja całkowicie wymknęła mu się z rąk.
— Złożyłaś pozew o rozwód — powiedziała Jana. — I zrobiłaś to za moimi plecami.
— To nie tak…
— Więc jak?
Nie odpowiedział.
Jana wstała i podeszła do stołu. Sięgnęła po filiżankę kawy, lecz jej nie podniosła. Patrzyła na nią przez chwilę, jakby próbowała zebrać myśli.
— Najbardziej boli mnie nie sam rozwód — powiedziała ciszej. — Boli mnie to, że przez cały ten czas uważałeś mnie za osobę, którą można oszukiwać bez końca.
— Nigdy tak nie myślałem.
— Twoje czyny mówią coś zupełnie innego.
Siergiej spuścił wzrok.
— A teraz jeszcze oczekujesz, że będę pomagała twojej matce, kiedy ty sam postanowiłeś zakończyć nasze małżeństwo?
Mężczyzna milczał.
Nie miał już żadnego argumentu.
Jana spojrzała na niego po raz ostatni.
— Powinieneś był powiedzieć mi prawdę od początku. Wtedy przynajmniej zachowałbyś resztkę mojego szacunku.
Za oknem deszcz zaczął padać mocniej.
A w salonie oboje zrozumieli, że pewnych słów nie da się już cofnąć, a niektórych decyzji nie da się odwrócić.

# Nieoczekiwana prośba
Potem Siergiej powoli odłożył wizytówkę na stoliku kawowym i usiadł naprzeciwko Jany, na samym brzegu sofy. Wyglądał na człowieka, który nagle stracił pewność siebie. Ramiona miał lekko pochylone, dłonie splecione, a wzrok przez chwilę uciekał w bok, jakby szukał odpowiednich słów.
— Sam chciałem ci o tym powiedzieć — odezwał się w końcu cicho. — Naprawdę. Po prostu… czekałem na właściwy moment.
Jana spojrzała na niego bez uśmiechu. W jej oczach nie było już złości, ale coś znacznie chłodniejszego — rozczarowanie. Przez ostatnie dni próbowała zrozumieć, co właściwie dzieje się z jej małżeństwem. Teraz kolejne elementy układanki zaczynały do siebie pasować.
— Na właściwy moment, żeby poprosić mnie o pieniądze na leczenie twojej matki? — zapytała spokojnie. — W tym samym czasie, kiedy przygotowujesz pozew o rozwód?
Siergiej drgnął.
— Jana…
— To naprawdę wygodne — przerwała mu. — Najpierw pomoc w opłaceniu leczenia, a później podział majątku. Albo odwrotnie. Wszystko zależy od tego, co bardziej ci się opłaca.
Jej słowa zawisły w ciszy.
Siergiej gwałtownie uniósł głowę. Po raz pierwszy na jego twarzy pojawiło się coś więcej niż zakłopotanie. Był zaskoczony, a może nawet urażony.
— Moja mama naprawdę jest chora — powiedział stanowczo. — Przecież doskonale o tym wiesz. Lekarze powiedzieli, że potrzebuje operacji. To nie jest wymówka ani żadna gra.
— Nie powiedziałam, że jej choroba jest wymyślona.
— Ale zachowujesz się tak, jakbym wszystko zaplanował!
— A czy nie masz powodu, żeby tak pomyśleć? — odpowiedziała Jana.
Siergiej przez chwilę milczał. Oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał na zmęczonego. Kiedy po chwili je opuścił, jego spojrzenie było pełne bezradności.
— Nie mam pieniędzy na tę operację — przyznał. — Wszystko, co miałem, poszło na rachunki, leki i wcześniejsze badania. Próbowałem pożyczyć od znajomych, ale nikt nie może mi pomóc taką kwotą.
Jana słuchała go uważnie, jednak nie zamierzała pozwolić, by wzbudzono w niej poczucie winy.
— A więc pomyślałeś o mnie.
— Tak — przyznał. — Bo nadal jesteśmy małżeństwem.
Jana gorzko się uśmiechnęła.
— Nadal jesteśmy małżeństwem? Ciekawe, że przypomniałeś sobie o tym właśnie teraz.
Siergiej spuścił wzrok.
— Wiem, jak to wygląda.
— Nie. Ty tylko wiesz, jak chciałbyś, żeby to wyglądało.
Zapadła długa cisza. Za oknem przejechał samochód, a światła przesunęły się po ścianie salonu. Jana poczuła, że znajduje się w sytuacji, której nigdy wcześniej sobie nie wyobrażała. Z jednej strony miała przed sobą człowieka, który być może naprawdę rozpaczliwie potrzebował pomocy. Z drugiej — mężczyznę, który w tym samym czasie chciał zakończyć ich małżeństwo.
— Ile potrzebujesz? — zapytała w końcu.
Siergiej spojrzał na nią z nadzieją.
— Dużo. Więcej, niż mogę zdobyć sam.
— To nie jest odpowiedź.
Podał konkretną kwotę.
Jana zamilkła. Była ogromna. Taka suma mogła wystarczyć na wiele miesięcy jej życia i bezpieczeństwa.
— I oczekujesz, że po prostu ci ją dam?
— Nie. Mogę podpisać umowę. Oddam wszystko. Co do rubla.
Jana pokręciła głową.
— Tu nie chodzi tylko o pieniądze, Siergiej. Chodzi o zaufanie. A ty zniszczyłeś je dawno temu.
Mężczyzna nie odpowiedział.
Po raz pierwszy oboje zrozumieli, że problem, który siedział między nimi, był znacznie większy niż jeden rachunek za operację. Pieniądze mogły uratować jego matkę. Nie mogły jednak naprawić małżeństwa, które przez lata rozpadało się w ciszy.
Jana wstała z sofy i podeszła do okna.
— Potrzebuję czasu — powiedziała.
Siergiej skinął głową.
— Rozumiem.
Ale kiedy wychodził, Jana wiedziała już, że ta decyzja zmieni nie tylko los jego matki. Mogła również ostatecznie zdecydować o przyszłości ich obojga.







