„Wynoś się, mój syn przyprowadził nową żonę, a ty jesteś tu nikim!” – krzyknęła teściowa, lecz synowa tylko uśmiechnęła się krzywo i wyjęła dokument z sejfu.

Historie rodzinne

Anna przekręciła klucz w zamku i ciężkie dębowe drzwi domu na przedmieściach otworzyły się bezszelestnie.

Była zmęczona. Kończył się kwartał, a Anna jako główna księgowa firmy transportowej przez ostatnie trzy dni żyła wyłącznie kawą i liczbami. Chciała tylko jednego: gorącej kąpieli i snu.

Ale ledwie przekroczyła próg, zamarła.

W przestronnym przedpokoju, na jasnym gresie, stały trzy ogromne, jaskrawo różowe walizki. W powietrzu wisiał ciężki, przesadnie słodki zapach drogich, nieznanych perfum, który zagłuszał znajomą woń świeżo parzonej kawy.

Z salonu dochodziły głosy.

Anna zmarszczyła brwi, zdjęła buty i, nie zdejmując płaszcza, weszła do środka.

Scena, która się przed nią ukazała, przypominała tani serial. Na białej skórzanej sofie, nonszalancko zakładając nogę na nogę, siedziała młoda dziewczyna. Miała najwyżej dwadzieścia dwa lata: pełne, wyraźnie powiększone usta, sztuczne rzęsy, markowy dres. Obok niej, delikatnie głaszcząc ją po dłoni, siedział Roman — mąż Anny.

A w fotelu naprzeciwko, z miną królowej Anglii na herbatce, rozsiadła się teściowa, Kławdia Iwanowna. Z zadowoleniem popijała herbatę z ulubionej porcelanowej filiżanki Anny.

— Roma? — zapytała cicho Anna, zatrzymując się w drzwiach. — Mamy gości? Czyje są te walizki w korytarzu?

Roman drgnął, zabrał rękę z kolana dziewczyny i wyprostował się. Odchrząknął, poprawił kołnierzyk drogiej koszuli i spojrzał na Annę. W jego spojrzeniu nie było ani grama winy — tylko chłodna, wyniosła irytacja.

— Dobrze, że przyszłaś wcześniej, Aniu — powiedział tonem szefa upominającego niekompetentnego pracownika. — Usiądź. Musimy poważnie porozmawiać.

Anna nie poruszyła się. Stała, zaciskając zbielałe palce na pasku torebki.

— Postoję. Mów.

— Poznaj, to Ewelina — Roman wskazał na dziewczynę, która nawet nie spojrzała na Annę, zajęta swoim idealnym manicure. — Jest w ciąży. Z moim dzieckiem.

Słowa spadły w ciszy jak uderzenie bata. Anna poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg, a w uszach zaczyna jej dzwonić. Dziesięć lat małżeństwa. Dziesięć lat.

— Co? — wyszeptała tylko.

— Co słyszałaś! — wtrąciła się nagle radośnie Kławdia Iwanowna. Odstawiła filiżankę i spojrzała na synową z triumfem. — Mój syn wreszcie będzie ojcem! Ewelinka da nam dziedzica. A ty, Aniu, wybacz, ale przegapiłaś swój czas. Masz trzydzieści cztery lata, siedzisz tylko w tych swoich papierach. Roman potrzebuje młodej, zdrowej żony, odpowiedniej do jego pozycji!

Roman skrzywił się, jakby słowa matki były zbyt bezpośrednie, ale skinął głową.

— Mama ma rację, Aniu. Bez histerii i tłuczenia naczyń. Jesteśmy dorośli. Miłość minęła. Rozwinąłem się, moja firma weszła na wyższy poziom. Potrzebuję partnerki, z którą nie wstyd pokazać się w towarzystwie. A ty… jesteś dobrą kobietą, ale jesteś szarą myszką. Zaniedbałaś się. Myślisz jak księgowa, nie jak żona biznesmena.

Anna powoli spojrzała na lustro nad kominkiem.

Widziała w nim kobietę z cieniami pod oczami, w szarym, niepozornym garniturze, z włosami spiętymi w ciasny kok. Tak, nie wyglądała jak modelka z okładki. Ale Roman „zapomniał” powiedzieć dlaczego tak wygląda.

Wspomnienie wróciło.

Osiem lat temu nie było żadnego „biznesmena” Romana. Był przerażony, zadłużony dwudziestoośmioletni chłopak, który wpakował się w ogromne długi, próbując otworzyć komis samochodowy. Komis upadł, a wierzyciele — ludzie z półświatka — zaczęli go ścigać.

Wtedy Kławdia Iwanowna klęczała przed Anną, całując ją po rękach i błagając o pomoc. Anna uratowała go. Sprzedała swoje dwupokojowe mieszkanie po babci. Oddała wszystko. Przeprowadziła się z nim do małej kawalerki.

Potem pracowała na dwóch etatach. Nocami robiła księgowość. To ona zbudowała fundamenty firmy transportowej, która dziś przynosiła zyski.

Roman był tylko „twarzą”. A ona była całym systemem.

— Rozumiem — powiedziała spokojnie Anna.

W jej głosie nie było łez ani krzyku. Coś w niej pękło i zamieniło się w lód.

— I co dalej?

— Pakujesz się i wychodzisz dziś — odpowiedział Roman. — Ewelina nie może się denerwować. To teraz jej dom.

— Dziś? — uniosła brew.

— Nie ma co czekać — wtrąciła teściowa. — Twoich rzeczy jest mało. Ubrania i tyle. Godzina wystarczy.

Ewelina wreszcie się odezwała, piszczącym głosem:

— Kochanie, niech szybko zabierze rzeczy z garderoby. Chcę dziś powiesić swoje sukienki.

Anna spojrzała na nią, potem na Romana.

— Ty wyrzucasz mnie z domu?

Roman wyjął portfel, rzucił na stół dwie banknoty po pięć tysięcy.

— Na hotel i taksówkę. Dasz sobie radę.

Dziesięć tysięcy.

Cena jej życia.

— Nie będziesz robić scen przy rozwodzie — dodała teściowa.

Anna powoli zdjęła płaszcz i odwiesiła go. Następnie usiadła w fotelu.

— Nie wychodzę.

Roman zmrużył oczy.

— Nie prowokuj mnie.

— Wynoś się! — krzyknęła teściowa.

— Ona mnie stresuje! — pisnęła Ewelina.

Roman wstał.

— Wstawaj i pakuj się.

Anna patrzyła na niego długo.

— Dobrze. Spakuję się.

Poszła na górę.

— Zostaw szkatułkę! — krzyknęła teściowa. — Są tam złote rzeczy!

Anna zatrzymała się.

W szkatułce były obrączki jej zmarłych rodziców.

Lód w niej stał się ostrzem.

Weszła do sypialni. Nie zaczęła się pakować. Podeszła do obrazu, odsunęła go i wpisała kod do sejfu.

Klik.

Otworzył się.

Roman był przekonany, że jest pusty.

Nie wiedział o ukrytej przegrodzie.

Anna wyjęła czerwoną skórzaną teczkę.

Trzy lata wcześniej uratowała firmę przed bankructwem i podatkami. Wtedy Roman, w panice, podpisał wszystkie dokumenty.

Fikcyjny rozwód.

Przeniesienie własności.

100% firmy na Annę.

Dom również.

Roman o tym „zapomniał”.

Anna otworzyła teczkę.

Wszystko było na miejscu.

I wtedy wróciła na dół.

Co więcej, w zeszłym tygodniu Anna, jako właścicielka, zmieniła pełnomocnictwo generalne Romana, ograniczając jego prawo do dysponowania rachunkami firmy. Zrobiła to w celach służbowych, dla bezpieczeństwa, ale teraz okazało się to wyjątkowo przydatne.

Anna uśmiechnęła się. To był przerażający, chłodny uśmiech drapieżnika, który wreszcie wyszedł na łowy.

Wzięła czerwoną teczkę, poprawiła fryzurę i powoli zaczęła schodzić po schodach do salonu, gdzie czekali na nią zdrajcy, pewni swojej bezkarności.

Gra dopiero się zaczynała.

Anna schodziła po schodach niespiesznie, odliczając każdy krok. W salonie wszystko było po staremu: Roman nonszalancko obejmował Ewelinę, a Kławdia Iwanowna z zapałem opowiadała coś „nowej synowej”, co chwilę rzucając pogardliwe spojrzenia w stronę schodów.

Gdy Roman zobaczył Annę z pustymi rękami, zirytowany cmoknął.

— Anka, nie rozumiem. Gdzie twoje rzeczy? Robisz tu jakiś cyrk ze strajkiem? Przecież mówiłem, po dobroci…

Anna milcząc podeszła do szklanego stolika kawowego. Zgarnęła z niego błyszczący magazyn, który przeglądała Ewelina, i z głuchym stukiem położyła na szkle czerwoną skórzaną teczkę. Dwie pięciotysięczne banknoty, rzucone przez Romana „na taksówkę”, z obrzydzeniem odsunęła na bok.

— Nigdzie nie jadę, Romanie — powiedziała spokojnym, lodowatym tonem. — Cyrk urządzasz tu tylko ty.

— Ty chyba kompletnie oszalałaś z tego stresu — pisnęła Kławdia Iwanowna, pochylając się do przodu. — Powiedziano ci po rosyjsku: wynocha! Wezwać ochronę?

— Proszę bardzo, Kławdia Iwanowna — Anna uśmiechnęła się lekko. — Ochrona bardzo się teraz przyda. Żeby wyprowadzić was troje za bramę.

Roman roześmiał się. Głośno, szczerze rozbawiony, pewny swojej absolutnej władzy.

— Anka, czy tobie już całkiem odbiło? Kogo ty chcesz wyrzucać? Mnie? Z mojego własnego domu?

— Z mojego domu, Romanie. Z mojego — Anna powoli otworzyła teczkę i wyjęła pierwszy dokument.

Położyła go na stole, prosto przed jego oczami.

— Odśwież pamięć. Umowa darowizny. Trzy lata temu, kiedy przyszli do ciebie ludzie z urzędu skarbowego i groziło ci nie tylko utrata firmy, ale i więzienie. Pamiętasz ten dzień? Jak trząsłeś się u notariusza, podpisując te papiery?

Roman zmarszczył brwi. Niechętnie spojrzał na dokument, a jego śmiech urwał się nagle.

— To… to tylko formalność — wymamrotał, ale w jego głosie pojawiła się niepewność. — Jesteśmy rodziną. To fikcja dla kontrolerów.

— Nie jesteśmy rodziną, Romanie — Anna wyjęła drugi dokument. Akt rozwodu. — Jesteśmy oficjalnie rozwiedzeni od trzech lat. Z twojej inicjatywy, żeby ratować majątek. Nigdy nie zaproponowałeś ponownego ślubu. Wygodnie było ci mieć mnie jako konkubinę, która z przyzwyczajenia pierze twoje skarpety i prowadzi księgowość.

— Kotek, ja nie rozumiem — Ewelina zamrugała doklejanymi rzęsami, patrząc z Romana na Annę. — To nie jest twój dom?

— Zamknij się, Ewelina — warknął Roman, którego twarz zaczęła przybierać ziemisty kolor. Chwycił dokumenty. — Anka, ty tego nie zrobisz. Wiesz, czyja to firma. Ja ją stworzyłem! Ja!

— Ty ją stworzyłeś? — Anna po raz pierwszy podniosła głos. W jej tonie zabrzmiała stal, od której Kławdia Iwanowna wcisnęła się w fotel. — Na pieniądze ze sprzedaży mojego mieszkania! Ty chodziłeś po restauracjach, kiedy ja nocami bilansowałam księgi! Ty udawałeś szefa, a ja byłam twoim robotnikiem. Ale to się skończyło.

Wyjęła ostatni dokument — wypis z rejestru.

— Sto procent udziałów należy do mnie. Jestem jedyną właścicielką spółki „Logistic-Group”. A ty, Romanie, jesteś tylko pracownikiem. Byłym. Od dzisiejszego rana.

Roman zerwał się z kanapy.

— Co ty wygadujesz?! Jestem dyrektorem, mam pełnomocnictwo! Zaraz wyczyszczę wszystkie konta!

Wyrwał telefon, drżącymi palcami wpisując hasło.

Anna skrzyżowała ręce i obserwowała go z chłodną satysfakcją.

— Brak dostępu — przeczytał. Spojrzał na nią przerażony. — Ty… zmieniłaś hasła?

— Cofnęłam twoje pełnomocnictwo wczoraj. I wydałam decyzję o twoim zwolnieniu za utratę zaufania. Nie masz już dostępu do kont ani kart firmowych.

— Nie możesz! — wrzasnął, rzucając się w jej stronę. Ale Anna nawet nie drgnęła.

— Mogę. I zrobiłam to. A jeśli nie wyjdziesz stąd spokojnie, jutro wszczynam audyt i składam zawiadomienie o przywłaszczenie środków. Pójdziesz siedzieć, Romanie. Na długo.

W salonie zapadła cisza. Słychać było tylko jego ciężki oddech.

Ewelina nagle wstała.

— Poczekaj… czyli ty nie masz nic? Ani domu, ani firmy, ani pieniędzy?

— Ewelina, ja wszystko naprawię… — zaczął Roman.

— Spadaj! — przerwała mu ostro. — Oszust! Myślałam, że jesteś kimś, a ty jesteś pasożytem!

Chwyciła walizkę i wyszła, trzaskając drzwiami.

Roman został sam.

Kławdia Iwanowna po chwili rzuciła się do Anny.

— Aniu! Córeczko! To tylko emocje! Mężczyźni tacy są! Przebacz mu!

Anna cofnęła rękę.

— Macie dziesięć minut. Taksówka już wam nie pomoże bardziej niż to.

Roman upadł na kolana.

— Anka… proszę… kocham cię…

Spojrzała na niego bez emocji.

— Czas minął.

Piętnaście minut później ochrona osiedla obserwowała, jak były dyrektor i jego matka idą poboczem z tanimi torbami.

Anna stała przy oknie. W jej ręku była filiżanka. Rzuciła ją na podłogę. Roztrzaskała się z dźwiękiem czystym jak cisza po burzy.

Uśmiechnęła się.

A powietrze w domu wreszcie stało się lekkie.

Visited 621 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł