— Nonka, ty tam zasnęłaś, czy co? — głos Antoniny Pawłowny dobiegł z kuchni, ostry i drżący, jak zardzewiałe ostrze. — Andrzej przyszedł, trzeba go nakarmić. Myślisz, że będzie żył twoimi infuzoriami z oczyszczalni?
Nonna powoli wypuściła powietrze. „Infuzorie” były jej pracą. Osiem godzin dziennie pilnowała, żeby miejskie ścieki zamieniały się w wodę, a nie w katastrofę ekologiczną.
Brudna, wilgotna robota, przesiąknięta chemią i zapachem błota, ale to właśnie dzięki niej mieli trzy osoby utrzymanie — czterdzieści pięć tysięcy, które trzymały cały dom przy życiu.
Wyszła z komórki, poprawiając kosmyk włosów. Andrzej siedział przy stole w kurtce, wpatrzony w telefon.
Na starej kuchence „Mieczta” kipiał przesolony zupny wywar, rozlewając się po brzegach garnka. Smród przypalenizny natychmiast wypełnił kuchnię.
— Mamo, nie krzycz — mruknął Andrzej, nawet nie podnosząc wzroku. — Zaraz zrobi. Non, nalej mi, jestem padnięty.
Antonina Pawłowna usiadła na swoim „tronie” — taborecie przy oknie, przykrytym starym kożuchem.
— Ojej, Andrzejku, widzisz? Ona tu jest nikim! Ja w twoim wieku wszystko robiłam, a ona… pasożyt z dyplomem biologa. Trzymają ją tylko papiery meldunkowe, nie ma co się oszukiwać.
Andrzej tylko prychnął. Znała ten dźwięk. Obojętność, która pozwalała mu nie wybierać strony.
Nonna w milczeniu wzięła szmatę i starła zalaną kuchenkę. Palce ją piekły, ale nie zareagowała. Coś w niej pękło — nie gwałtownie, tylko chłodno, jakby oglądała swoje życie pod mikroskopem.
— Antonino Pawłowna — powiedziała spokojnie, nalewając zupę. — Jeśli jestem tu „nikim”, to dlaczego ja wszystko płacę? Czynsz, rachunki, jedzenie?
Kobieta zakrztusiła się teatralnie.
— Słyszysz to, Andrzej?! Ona mnie oskarża! Matkę twoją!
Andrzej wzruszył ramionami.
— Non, nie zaczynaj.
Wtedy Nonna zrozumiała coś prostego: w tym domu nie była żoną. Była usługą.
— Dobrze — powiedziała cicho.
— Co dobrze? — zdziwił się Andrzej.
— Dobrze, że jestem nikim. To bardzo oszczędza energię.
Odeszła do pokoju. Za jej plecami zaczęły się komentarze: że obrażona, że przewrażliwiona, że „zaraz jej przejdzie”.
Nie przeszło.
Przez kolejne dni przestała gotować, prać, sprzątać. Kupowała tylko jogurt i zamykała się w pokoju. Dom zaczął się rozpadać.
Brudne naczynia piętrzyły się w zlewie, w łazience kończyło się wszystko. Andrzej złościł się coraz bardziej, Antonina groziła „śmiercią z głodu”, ale Nonna tylko milczała.
Aż nadszedł ósmy dzień.
W kuchni nie było już ani czystych kubków, ani łyżek. Garnek z resztkami zupy zamienił się w biologiczny eksperyment. Smród był ciężki, lepki.
Nonna weszła i spokojnie nalała sobie wody do swojej jedynej, ukrytej filiżanki. Jej prywatnej.
W tym momencie Andrzej wpadł do kuchni.
— Nonna! Mam dziś kontrolę z zakładu! Gdzie są moje spodnie?!
Ona spojrzała na niego jak na preparat w laboratorium.

— Nie wiem. Zapytaj gospodyni domu. Przecież jestem „nikim”.
— Co? — warknął.
Zanim odpowiedziała, w drzwiach pojawiła się Antonina Pawłowna.
— Andrzejku, nie krzycz na matkę! Ja próbowałam prać, ale nie było proszku…
Nonna uśmiechnęła się krzywo.
— Nie było od tygodnia. Tak jak papieru, herbaty i reszty rzeczy. Ale skoro jestem nikim, to moje słowa też nic nie znaczą.
Kobieta eksplodowała:
— Andrzej! Widzisz, jak ona się zachowuje?!
W tym momencie coś w Andrzeju pękło. Może pierwszy raz zobaczył mieszkanie nie jako dom, tylko jako ruiny. I siebie — jako człowieka, który nie umie nawet znaleźć własnych spodni.
— Mamo, zamknij się — powiedział nagle.
Zapadła cisza.
Antonina aż pobladła.
— Co ty powiedziałeś?
— Zamknij się.
Z łazienki dobiegł krzyk: spodnie były zniszczone w occie.
Chaos wybuchł w pełni.
Nonna dopiła wodę.
— Widzisz, Andrzej — powiedziała spokojnie — system się przeciążył. Teraz musicie sami go naprawić.
— Nonna, poczekaj… — zaczął, ale ona już zakładała kurtkę.
— Idę do pracy. Do swoich infuzorii. One przynajmniej wiedzą, gdzie jest ich miejsce w systemie.
Wyszła.
Tydzień później wróciła do domu późnym wieczorem. Wiedziała, że to będzie koniec — albo jej, albo tego układu.
W mieszkaniu było dziwnie cicho. Andrzej siedział przy stole, zmęczony, z pustą puszką po konserwie.
— Mama płacze — powiedział. — I mówi, że to przez ciebie.
— A ty? — zapytała Nonna, zdejmując buty.
— Ja… byłem dziś w pracy w cudzych spodniach. Wszyscy się gapili. Szef powiedział, że jeśli stracę „taką kobietę”, to zginę.
Milczał chwilę.
— Dopiero teraz widzę, ile robiłaś.
Nonna oparła się o ścianę.
— Nie „robiłam”. Ja was utrzymywałam. To różnica.
Antonina Pawłowna pojawiła się w drzwiach, ale tym razem nie miała siły krzyczeć.
— Ja tylko chciałam dobrze… — wyszeptała.
— Nie — odpowiedziała Nonna spokojnie. — Ty chciałaś rządzić.
Wtedy powiedziała decyzję:
— Wynajęłam pokój w akademiku przy zakładzie. Jeśli jestem nikim, to idę tam, gdzie pasuję do tej definicji.
Andrzej zamarł.
— Nie możesz…
— Mogę.
Zapadła cisza.
Po chwili Andrzej krzyknął:
— Mama jedzie do siostry!
I pierwszy raz w życiu zaczął pakować jej rzeczy.
Antonina płakała, protestowała, ale wyjechała tego samego wieczoru.
Kiedy drzwi się zamknęły, mieszkanie było inne. Puste. Ciche. Prawdziwe.
Andrzej spojrzał na Nonne.
— Zostań.
Ona uśmiechnęła się lekko.
— Zobaczymy.
Poszła do pokoju, położyła się na łóżku. Bolały ją plecy, ale to był inny ból — taki, który oznaczał, że ciało wreszcie nie musi się bronić.
W kuchni Andrzej po raz pierwszy włączył ciepłą wodę i zaczął zmywać.
Nonna zamknęła oczy.
I po raz pierwszy od dawna nie była „nikim”.







