Siedemdziesiąt osiem metrów kwadratowych! — Galina Pietrowna wypowiedziała tę liczbę z takim nabożnym zachwytem, jakby mówiła o sztabce złota ważącej tonę.
Stała pośrodku salonu z rękami opartymi na biodrach, mierząc wszystko oceniającym wzrokiem — tak patrzy się nie na mieszkanie syna, lecz na zdobycz. W jednej dłoni trzymała metalową miarkę, która z nieprzyjemnym szczękiem zwijała taśmę z powrotem do obudowy.
Alina stała przy kuchence i mieszała zupę. Zesztywniała. Znała ten ton — ton, od którego w środku wszystko ściskało się w lodowatą kulę.
— I po co wam trojgu takie pałace? — ciągnęła teściowa, cmokając z dezaprobatą. — To czysty egoizm, Alinko!
Alina odłożyła chochlę na podstawkę.
— My tu mieszkamy, Galino Pietrowno — powiedziała spokojnie, nie odwracając się. — Ja, mój mąż i nasz syn. Nie jest nam ciasno.
— Nie jest ciasno! — prychnęła teściowa. — Oczywiście, że nie! A Denisek, biedne dziecko, gnieździ się w jakiejś norze! Wstyd dziewczynę zaprosić, właściciel ceny podnosi, ściany jak z kartonu… A tutaj trzypokojowe, w centrum!
Podeszła do Siergieja, który siedział przy stole i bez apetytu dłubał widelcem w sałatce.
— Sierioża, no powiedz coś! — położyła dłoń na ramieniu syna. — Jesteś starszym bratem, powinieneś myśleć o młodszym, tak się robi w rodzinie!
Sprzedacie to mieszkanie, kupicie dwa porządne kawalerskie — wam jedno, Denisowi drugie — jeszcze remont zrobimy i wszyscy będą zadowoleni!
Siergiej podniósł wzrok na matkę, a potem rzucił szybkie, winne spojrzenie w stronę pleców żony.
— Mamo… no… Alina się nie zgadza — wymamrotał.
— Alina się nie zgadza! — przedrzeźniała teściowa. — A ty kim jesteś w tym domu? Mężczyzną czy szmatą? Rodzina powinna sobie pomagać! Czy ona jest aż taką egoistką, że ma gdzieś rodzinę męża?
Wspomnienie uderzyło nagle.
Miała szesnaście lat. Ojciec stał nad nią z czerwonym ze złości twarzą: „Jesteś egoistką! Dziewucha! Po co ci nauka? Jegorowi bardziej potrzebna! On pójdzie na studia, a ty i tak wyjdziesz za mąż! Do fabryki pójdziesz, pomożesz bratu!”
Alina zamknęła oczy. Głęboki wdech. Wydech. I nagle odwróciła się gwałtownie.
— Nie — powiedziała cicho.
W kuchni zapadła cisza.
— Co znaczy „nie”? — zapytała ostro Galina Pietrowna.
— Nie sprzedam tego mieszkania i nie zamienię go na nic. Ani na dwie kawalerki, ani na pałac.
— Ale dlaczego?! — zapiszczała teściowa. — Denis tego potrzebuje! Ma długi, życie mu się nie układa!
— To problemy Denisa — ucięła Alina. — To mieszkanie mojej babci. Dostałam je ja — nie my z Siergiejem, nie wasza rodzina. I to nie podlega dyskusji.
Galina Pietrowna aż zatchnęła się z oburzenia. Przenosiła wzrok z synowej na syna, czekając na wsparcie, ale Siergiej wbił oczy w talerz, jakby chciał zniknąć.
— A więc tak — przeciągnęła lodowato teściowa. — Czyli jesteśmy ci obcy. Niech brat twojego męża zdycha na ulicy, bylebyś ty, królowo, siedziała w trzypokojowym, tak?
Demonstracyjnie rzuciła miarkę na stół. Huk sprawił, że Siergiej drgnął.
— Zapamiętasz moje słowa, Alina. Ziemia jest okrągła — chciwość cię zgubi.
Wyleciała z kuchni, trzaskając drzwiami.
Alina stała, kurczowo trzymając się blatu. Nie była chciwa. Po prostu pamiętała dwa lata pracy w zakładzie mięsnym: lodowate tusze, zapach krwi i chloru, pobudki o piątej rano i kopertę z wypłatą, którą ojciec wyrywał jej z rąk: „Jegorowi na sesję potrzeba”.
Nigdy więcej. Żadnych „młodszych braciszków”. Żadnych poświęceń.
Przez tydzień panowała cisza. Galina Pietrowna nie dzwoniła, nie przychodziła. Siergiej chodził ponury jak chmura burzowa, warczał o byle co i chował telefon.
— Matka dzwoniła? — zapytała któregoś wieczoru Alina, układając trzyletniego Witka do snu.
— Dzwoniła — burknął Siergiej. — Denisa wyrzucają z wynajmu. Nie ma z czego płacić.
— Niech znajdzie drugą pracę — wzruszyła ramionami Alina. — Albo pierwszą porządną.
— Tobie łatwo mówić! — wybuchnął nagle Siergiej. — Ty wszystko dostałaś gotowe! Babcia mieszkanie zostawiła, a chłopak kombinuje jak może!
— Kombinuje? — Alina parsknęła. — Sierioża, on ma dwadzieścia pięć lat i ani jednego dnia oficjalnej pracy. Same „startup’y” i długi. A ty za niego płacisz — myślisz, że nie widzę, gdzie znikają pieniądze?
Siergiej poczerwieniał i odwrócił wzrok.
— To przejściowe. Odda.
— Oczywiście. Jak świnie zaczną latać.
Następnego dnia Alina wróciła ze spaceru z synem i zastała w domu teściową. Galina Pietrowna siedziała na kanapie z miną prokuratora podczas procesu, obok niej Siergiej trzymał się za głowę.
Na stole leżały stare zdjęcia — jeszcze z czasów, gdy Alina pracowała przed urlopem macierzyńskim. Impreza firmowa.
— O, raczyła się pojawić — syknęła teściowa.
— Co się dzieje? — Alina rozpięła kurtkę Witkowi i odesłała go do pokoju dziecięcego.
— To ty nam powiedz, co się dzieje! — Galina Pietrowna stuknęła palcem w zdjęcie. — Patrz, Sierioża! Patrz, jak on ją obejmuje!
Na fotografii Alina stała obok Maksima, kierownika działu, który po prostu oparł rękę na oparciu jej krzesła. Zwykłe ujęcie. Setki takich.
— I co z tego? — Alina westchnęła zmęczona. — To Maksim Pietrowicz. Świętowaliśmy Nowy Rok. Trzy lata temu.
— Trzy lata temu! — podchwyciła teściowa. — Właśnie przed tym, jak zaszłaś w ciążę! A teraz spójrz na wnuka! Nos z garbem — a u nas w rodzinie wszyscy mają zadarte: Sierioża, Denis i ich zmarły ojciec!
Alina oniemiała. To było tak absurdalne, tak naciągane, że przez chwilę nie mogła znaleźć słów.
— Wy mówicie poważnie? Moja mama miała nos z garbkiem. Genetyka — słyszała pani kiedyś takie słowo?
— Nie mydl nam oczu! — wrzasnęła Galina Pietrowna. — Sierioża, ty na nią harujesz, remont robisz, a ona ci cudze dziecko urodziła!
Siergiej podniósł głowę. Oczy miał czerwone, rozszalałe. Było widać, że matka obrabiała go od godzin, naciskając na najczulsze punkty — zranioną dumę i strach przed byciem wykorzystanym.
— To prawda? — zapytał ochryple.
— Sierioża, ty jesteś idiotą? — Alina patrzyła na męża z niesmakiem. — Wierzysz w te brednie?
— Matka by nie kłamała! — ryknął, uderzając pięścią w stół. — Żądam testu DNA. Natychmiast!

Alina widziała go na wylot. Potrzebował pretekstu, żeby nie czuć się zdrajcą, kiedy zacznie domagać się podziału mieszkania. Jeśli żona okaże się niewierna, odebranie jej dachu nad głową nie będzie podłością — tylko sprawiedliwością.
Mama rozegrała to perfekcyjnie.
— Dobrze — powiedziała Alina lodowatym tonem. — Zrobimy test.
— I bardzo dobrze! — zawołała triumfalnie teściowa. — Już jutro pojedziemy, sama dopilnuję, żebyś niczego nie podmieniła!
— Ale jest jeden warunek — Alina zrobiła krok do przodu, patrząc mężowi prosto w oczy. — Jeśli test wykaże, że Witia jest twoim synem… twoja matka nigdy więcej nie pojawi się w tym domu, a my nie damy twojej rodzinie ani grosza.
Siergiej zawahał się, a Galina Pietrowna prychnęła:
— Proszę bardzo! Jakby nam zależało! Tylko kiedy prawda wyjdzie na jaw, ty, kochaniutka, stąd wyjdziesz z walizeczką, a mieszkanie podzielimy zgodnie z prawem. Jako majątek wspólny, w który zostały zainwestowane środki mojego syna — już konsultowałam się z prawnikiem!
Ach, więc o to chodziło. Konsultowała się.
— Zgoda — skinęła głową Alina.
Tamtej nocy nie spała. Leżała, patrzyła w sufit i wspominała babcię. „Nikomu nie oddawaj, Alinko, to twoja twierdza”. O mało nie uwierzyła, że można kupić miłość męża i spokój w rodzinie, oddając kawałek swojego schronienia. Jak dobrze, że pokazali zęby właśnie teraz.
Rano, gdy Siergiej szykował się do kliniki, Alina sięgnęła do szuflady z dokumentami po akt urodzenia Witi i natknęła się na kopertę bankową. Adres był ich, ale nazwisko — Denis.
Dziwne. Dlaczego listy Denisa przychodzą do nich?
Otworzyła kopertę, przebiegła wzrokiem po linijkach — kwota długu z sześcioma zerami. Przeterminowanie, wezwanie do spłaty, a na dole, w rubryce „poręczyciel” — Siergiej Wiktorowicz Wołkow.
Ręce zaczęły jej drżeć. Wyjęła z teczki stary kontrakt kredytu hipotecznego Siergieja, który dawno spłacili, i porównała podpisy. Na bankowym piśmie podpis był podobny, ale… zawijas nie ten, linia drżąca. Fałszerstwo.
Alina schowała pismo do swojej torebki. Puzzle się ułożyły — pilnie potrzebowali pieniędzy. Sprzedaż jej mieszkania uratowałaby Denisa przed więzieniem albo windykatorami. A skoro Alina nie zgodziła się dobrowolnie, postanowili ją zniszczyć.
Dni oczekiwania na wyniki ciągnęły się w nieskończoność. Galina Pietrowna zachowywała się tak, jakby już wygrała proces, nawet przyprowadziła pośredniczkę nieruchomości. Alina wróciła ze sklepu i w przedpokoju zastała obcą kobietę w biznesowym kostiumie, która oglądała mieszkanie.
— Układ jest dobry — mówiła pośredniczka. — Dzielnica chodliwa, jeśli sprzedawać szybko, dostaniecie jakieś dwanaście milionów.
— Dwanaście! — oczy teściowej zapłonęły chciwością. — To po sześć dla każdego! Denisowi starczy na spłatę długów i jeszcze na kawalerkę!
Alina postawiła torby na podłodze. Huk słoiczków z jedzeniem dla dziecka sprawił, że kobiety się odwróciły.
— Wynocha — powiedziała cicho.
— Słucham? — pośredniczka poprawiła okulary.
— Wynocha z mojego mieszkania. Obie.
— Nie rządź się tutaj! — wrzasnęła Galina Pietrowna. — Zaraz się dowiemy, czyje to mieszkanie! Puszczalska!
— Zadzwonię na policję — Alina wyjęła telefon. — Obce osoby w domu.
Pośredniczka była doświadczona i nie lubiła skandali, więc szybko się wycofała, mrucząc: „Najpierw proszę uporządkować dokumenty”.
Galina Pietrowna została, purpurowa ze złości.
— Ciesz się póki możesz! Jak przyjdą wyniki, będziesz na kolanach błagać, żebyśmy cię nie skompromitowali na całe miasto!
Dzień X.
Siergiej siedział w kuchni, nerwowo obracając kubek w dłoniach. Galina Pietrowna stała za nim jak sęp. Alina położyła na stole zapieczętowaną kopertę z kliniki.
— Otwieraj — powiedziała do męża.
Ręce Siergieja drżały. Rozerwał papier, rozłożył kartkę.
Cisza.
— No?! — nie wytrzymała matka. — Co tam? Nie milcz!
Siergiej powoli położył kartkę na stole.
— Dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć… — wykrztusił. — Ojciec. Ja.
Galina Pietrowna wyrwała kartkę i wbiła w nią wzrok, jakby liczyła, że cyfry zmienią się od siły jej woli.
— Pomyłka… — wyszeptała. — To pomyłka, przekupiłaś ich!
Alina uśmiechnęła się krzywo.
— Oczywiście. Siedząc na macierzyńskim przekupiłam federalne laboratorium. Sama pani nie wierzy w to, co mówi?
Siergiej spojrzał na nią — w oczach miał mieszaninę ulgi i panicznego strachu. Zrozumiał, co zrobił.
— Alin… wybacz. Mama mnie nakręciła, byłem nie sobą… Wiesz, jaka ona jest… Zapomnijmy o tym, dobrze? No, każdemu się zdarza…
Alina usiadła naprzeciwko. Teraz delektowała się chwilą, każdą sekundą.
— Nie, Sierioża. Nie zapomnimy.
— No, Alin! — próbował chwycić ją za rękę, ale cofnęła dłoń.
— Składam pozew o rozwód.
— Co?! — zapiszczała Galina Pietrowna. — Przez taką głupotę niszczyć rodzinę?! Egoistka!
— Rozwód — powtórzyła Alina. — I eksmisja. Siergiej, pakuj rzeczy.
Teściowa zmrużyła oczy drapieżnie. Strach ustąpił miejsca nowej fali chciwości. Plan A się nie udał, ale plan B wciąż był możliwy.
— No to się wynoś! — krzyknęła. — Rozwodźcie się! Tylko mieszkanie podzielimy po połowie! Robiliśmy tu remont, tapety kleiliśmy, panele kładliśmy — to ulepszenia nierozłączne! Rozmawiałam z prawnikiem, połowa jest Siergieja!
Alina wyjęła z teczki drugi dokument.
— Państwa prawnik, Galino Pietrowno, chyba był dwójkowy. Albo nie powiedziała mu pani wszystkiego.
— Mieszkanie dostałam w spadku, przed ślubem. Majątek otrzymany przez jednego z małżonków w drodze darowizny, spadku lub innej nieodpłatnej czynności jest jego własnością i nie podlega podziałowi.
— A remont?! — zawyła teściowa. — Włożyliśmy pieniądze!
— Czyje pieniądze? — spokojnie zapytała Alina. — Sprawdziłam wyciągi. Wszystkie materiały były opłacane z mojej karty, z moich oszczędności sprzed ślubu i z zasiłku macierzyńskiego. Siergiej w tym czasie spłacał kredyt za samochód, który, swoją drogą, rozbił Denis.
Siergiej ukrył twarz w dłoniach. Wiedział, że to prawda.
— Ale… ale on jest tu zameldowany! — chwytała się ostatniej deski ratunku matka.
— Tymczasowo. Meldunek wygasł wczoraj, nie przedłużyłam go.
— Nie możesz wyrzucić ojca swojego dziecka na ulicę! — przeszła na histeryczny ton Galina Pietrowna. — On nie ma dokąd pójść!
— To już nie mój problem — Alina wstała. — Chcieliście moje mieszkanie dla Denisa? Chcieliście, żebym poświęciła swoje bezpieczeństwo dla waszego „młodszego”?
Podeszła do teściowej bardzo blisko.
— Wie pani, Galino Pietrowno, ja już to przerabiałam. W wieku szesnastu lat moi rodzice też uważali, że powinnam oddać wszystko bratu. Przez dwa lata harowałam w fabryce, żeby Jegor mógł się uczyć. Wiem, jak to jest być zasobem dla pasożytów. Więcej w tę grę nie gram.
Wyjęła z torebki bankowe pismo i rzuciła je przed mężem.
— I jeszcze jedno. Kredyt Denisa — trzy miliony. Poręczyciel: Siergiej Wołkow.
Siergiej zbladł.
— Ja… ja nie podpisywałem… — wyszeptał.
— Wiem — kiwnęła głową Alina. — Podpis jest podrobiony, ale bardzo podobny do pisma twojej matki. Więc załatwcie to między sobą: albo spłacasz za brata trzy miliony, albo składasz zawiadomienie na własną matkę za oszustwo.
W kuchni zapadła cisza. Galina Pietrowna osunęła się na krzesło, łapiąc powietrze ustami. Jej plan runął, grzebiąc pod gruzami wszystko — dobrobyt synów, relacje, pieniądze.
— Wynocha — powiedziała Alina. — Macie godzinę na spakowanie.
Minął miesiąc.
Galina Pietrowna siedziała w kuchni swojej małej, ciasnej „chruszczowki”. Na kuchence gotowała się taniutka zupa z kurzych grzbietów.
W pokoju, na wysiedzianej kanapie, leżał Siergiej i patrzył w sufit, nawet nie włączając telewizora. Po rozwodzie stał się zły i milczący. Połowa jego pensji szła na alimenty, druga na jedzenie.
W kuchni, tuż przy nogach matki, na rozkładanym łóżku spał Denis. Wyrzucono go z wynajmowanego mieszkania i teraz mieszkał tutaj — „tymczasowo”, jak mówił.
Ale Galina Pietrowna wiedziała, że to na długo. Pracy szukać się nie spieszył, za to mistrzowsko potrafił narzekać i obwiniać wszystkich wokół.
— Matka, jest coś do żarcia? — zachrypiał Denis, przewracając się na bok.
— Zupa się gotuje — burknęła.
Z pokoju dobiegł głos Siergieja:
— Znowu żreć chce? Niech idzie zarobi! Nie zatrudniałem się, żeby was obu utrzymywać!
— Zamknij się, nieudaczniku! — odgryzł się Denis. — To ty żonę straciłeś! Gdybyś nie był mięczakiem, przejąłbyś mieszkanie!
— Gdybyś nie był pasożytem, matka nie wpakowałaby się w to bagno! — wrzasnął Siergiej, pojawiając się w drzwiach. — Przez twoje kredyty jestem po uszy w długach i straciłem rodzinę!
— Chłopcy, nie kłóćcie się! — jęknęła nawykowo Galina Pietrowna, ale nikt jej nie słuchał.
Siergiej nachylił się nad bratem, zaciskając pięści. Denis zerwał się, zaczęła się kolejna przepychanka.
Galina Pietrowna patrzyła na nich i czuła, jak do gardła podchodzi jej mdłość. Chciała jak najlepiej — chciała dla Denisa mieszkanie, chciała, żeby „bogata” synowa się podzieliła.
Chciwość ją zgubiła.
Teraz w domu miała dwóch zdrowych, wściekłych mężczyzn, pieniędzy brak, Alina zablokowała ich wszędzie, wnuka już nie zobaczy. Wygodne życie, kiedy synowa dorzucała pieniądze i jedzenie, skończyło się na zawsze.
Spojrzała w okno. Gdzieś tam, w swoim przestronnym, jasnym trzypokojowym mieszkaniu, żyła Alina — wolna, niezależna i nieosiągalna.
Galina Pietrowna zakryła twarz dłońmi i po raz pierwszy od wielu lat zapłakała — nie z litości nad sobą, ale z bezsilnej złości na własną głupotę. Własnymi rękami zbudowała to piekło i teraz musiała w nim żyć.







