Sąsiedzi obrazili i wyśmiali emerytkę, pozostawiając ją bezsilną na podwórku.
W listopadzie spłonął domek letniskowy Walentyny Nikołajewny. Na szczęście emerytka nie ucierpiała, ponieważ o tej porze roku zakończyła już sezon i mieszkała w swoim mieszkaniu w mieście.
Nie wiadomo, co było przyczyną pożaru – może zwarcie instalacji elektrycznej, a może bezdomni schronili się tam przed zimnem i przesadzili.
Tak czy inaczej, wszystko spłonęło: mały domek, skromne budynki gospodarcze, a nawet drewniane ogrodzenie z bramą.
W miejscu, które przez letnie miesiące przynosiło Walentynie Nikołajewnie tyle radości, pozostało jedynie smutne, czarne pogorzelisko.
Dla emerytki był to ogromny cios.
Kochała swój domek i tak bardzo przyzwyczaiła się do dbania o ogród, że z przerażeniem myślała o dusznym, beznadziejnym lecie spędzonym w miejskim mieszkaniu.
Z nadejściem wiosny Walentyna Nikołajewna znalazła trochę ukojenia w ogródkach pod oknami swojego bloku.
Sąsiedzi niezbyt dbali o kwiaty, więc ogródki wyglądały na opuszczone – latem zarastały chwastami i pokrzywami.
Gdy tylko zrobiło się ciepło, Walentyna Nikołajewna, przyzwyczajona do pracy w ziemi, z entuzjazmem zabrała się do działania.
Starannie przekopała grządki, kupiła dobrą ziemię w sklepie ogrodniczym i hojnie rozsypała ją na przygotowanym podłożu.
Stopniowo zaczęła sadzić kwiaty – najpierw rośliny doniczkowe, które mogły rosnąć na zewnątrz, potem kolejne, kupione specjalnie do ogrodu.
Ogródki stopniowo wypełniły się fikusami, nasturcjami, fiołkami. Nawet cyklameny i gloksynie, mimo że były dość delikatne, dobrze się przyjęły pod opieką doświadczonej Walentyny Nikołajewny.
Jej ulubieńcem był jednak krzew różany, który wyrastał dumnie pośród innych kwiatów niczym król otoczony dworzanami.
Z dnia na dzień ogródek stawał się coraz piękniejszy. Kwiaty były zadbane, przycięte i starannie podwiązane. Sąsiedzi, którzy przywykli już do zaniedbania wokół bloku, zaczęli podziwiać wysiłki emerytki.
Zaczęli nawet nazywać to miejsce „ogrodem Walentyny Nikołajewny”, uznając jej prawo do opiekowania się nim.
Każdego ranka emerytka patrzyła przez okno na owoce swojej pracy i cieszyła się zapachem kwiatów unoszącym się w ciepłym powietrzu – prawie jak na wsi.
Pewnego dnia Walentyna Nikołajewna zobaczyła, jak z bloku wychodzi nowy sąsiad z żoną – niedawno się wprowadzili, ale emerytka jeszcze ich nie poznała.
Szczerze mówiąc, nie czuła takiej potrzeby, bo ta młoda, zarozumiała para budziła w niej jakiś niepokój i dyskomfort.
Mężczyzna miał zadbaną twarz i drapieżne spojrzenie, a jego żona zawsze nosiła ciemne okulary i miała usta wykrzywione w pogardliwym uśmiechu.
Para podeszła do samochodu – luksusowego, czerwonego sedana. Silnik zawarczał i auto ruszyło, ale manewr się nie powiódł, więc sedan, rycząc, cofnął.
Światła hamulcowe zapłonęły na czerwono, groźnie jak oczy właściciela, a samochód, niszcząc krawędź ogrodu, przejechał po jednym z kwiatów.
Auto zatrzymało się na chwilę, zawarczało jeszcze raz i odjechało.
Walentyna Nikołajewna zerwała się na nogi, chwyciła się za serce. Przeszył ją ból, ale zignorowała go i wybiegła na zewnątrz.
Krzew różany, jej ukochany kwiat, został nieodwracalnie zniszczony.
Koło samochodu bezlitośnie go zmiażdżyło i teraz, w miejscu wielobarwnego piękna, ziała ponura, czarna rana.
— Co za nieszczęście! — powiedziała przechodząca sąsiadka, widząc tę scenę. — Zniszczyli coś tak pięknego!
Kilka starszych kobiet, które spacerowały z psami po podwórku i widziały wypadek, podeszło do Walentyny Nikołajewny i wyraziło jej współczucie.
Ale wszystkie trochę bały się nowego, bezczelnego sąsiada i nie odważyły się stanowczo interweniować.
Nie było innego wyjścia, więc Walentyna Nikołajewna, uzbrojona w narzędzia ogrodnicze, próbowała naprawić szkody tak, jak mogła.
Zniszczony krzew wyniosła na śmietnik i nie mogła powstrzymać łez. Mimo swojej nieśmiałości i niechęci do konfliktów postanowiła porozmawiać z nowym sąsiadem i przynajmniej uzyskać przeprosiny.
Może nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, co zrobili…
Walentyna Nikołajewna nie chciała zaczynać znajomości od kłótni, ale czuła, że musi im uświadomić, że nie można tak lekceważyć cudzej pracy.
Ten ogródek był dla niej ważny – włożyła w niego tyle serca, a teraz jej wysiłek został podeptany jak błoto na butach.
Przez cały dzień czuła się źle. Wzięła krople waleriany, ale nie mogła przestać myśleć o czekającej ją konfrontacji.
Jednak nie zamierzała się wycofać i wieczorem usiadła przy oknie (mieszka na parterze), żeby nie przegapić powrotu sąsiada.
Czerwony sedan wrócił późnym popołudniem, kiedy było jeszcze jasno. Żeby nie stracić odwagi, Walentyna Nikołajewna od razu wybiegła na zewnątrz.
Sąsiad był lekko pijany, czuć było od niego alkohol, a jego twarz była zaczerwieniona.
Jego żona trzymała bukiet pięknych, czerwonych róż.
Widząc bukiet, Walentyna Nikołajewna nie wytrzymała – łzy same popłynęły jej z oczu i wszystkie przygotowane słowa wypadły jej z głowy. Podbiegła do sąsiada i zaczęła coś mamrotać przez łzy.
— Co? Czego chcesz ode mnie, stara? — parsknął mężczyzna.
— Rano… sami zobaczcie, zniszczyliście ogród samochodem. I płot. I nawet się nie zatrzymaliście, nie spojrzeliście… Jak tak można?
Wszystko zrobiłam własnymi rękami… A wy nawet się nie zatrzymaliście… Nie spojrzeliście… — płakała biedna emerytka.
— No proszę cię, całe to zamieszanie o jakieś chwasty? — odpowiedział z pogardą mężczyzna, próbując ją odsunąć z drogi. — I po co robić tu wystawę ogrodniczą?
— Nie macie za grosz szacunku! Tak traktować cudzą pracę! — nie ustępowała Walentyna Nikołajewna.
— A kto ci pozwolił coś tu sadzić przy naszym bloku? — zdenerwował się sąsiad. — Jakim prawem, co? To nie twoja ziemia! Siedź w domu i uprawiaj kwiatki w doniczkach, rozumiesz?
— Jak ty się do mnie zwracasz? Co tu się dzieje?! — krzyknęła Walentyna Nikołajewna.
— Jak mi się podoba, tak mówię! — warknął sąsiad. — Zejdź mi z drogi.
— O, jeszcze się wykłóca! — powiedziała jego żona z obrzydzeniem. — Widać, że kompletnie stuknięta.
— Jak wam nie wstyd? Nawet nie przeprosiliście… Ten krzew róż był taki piękny, naprawdę was to nie boli?
Róże… Tak dobrze się nimi opiekowałam, a wy… — staruszka wybuchnęła jeszcze głośniejszym płaczem. Ból w piersi znów się pojawił.
— Zjedz swoje róże! — wrzasnęła nagle żona sąsiada, rzucając bukiet prosto w twarz Walentyny Nikołajewnej. — Proszę, weź! Teraz jesteś zadowolona? Stara histeryczka!
Walentyna Nikołajewna krzyknęła, zasłaniając twarz dłońmi i cofnęła się o krok.
Róże, jak rozlany dywan krwi, rozsypały się po ulicy przed blokiem.
— Przestańcie nas nękać! — wrzasnęła kobieta i stukając obcasami, weszła do klatki schodowej.
Nowy sąsiad podszedł do staruszki ciężkim, groźnym krokiem.

— Jeśli jesteś taka stuknięta i nie umiesz rozmawiać z ludźmi, to jutro rozjadę ci resztę tych twoich kwiatków — powiedział cicho, dmuchając na Walentynę Nikołajewną odorem alkoholu.
— I nie sadź tu nic więcej, dopóki nie nauczysz się szanować sąsiadów. Osobiście będę cię pilnował. Czy jasno się wyraziłem?
Walentyna Nikołajewna znów poczuła ból w piersi, jakby kolce róż przebijały jej serce. Wydobyła z siebie słaby jęk i, jakby zabrakło jej powietrza, osunęła się na ławkę.
— Wezwijcie karetkę… proszę… — wyszeptała bladymi wargami.
— Nie rób scen! — zaśmiał się sąsiad niskim głosem. — Myślisz, że nam się zrobisz żal? Nie damy się nabrać!
— Kochanie, zostaw tę wariatkę i jej kwiatki! Idziemy! — dobiegł zirytowany głos jego żony z ciemniejących cieni, które powoli otaczały Walentynę Nikołajewną.
— Zapamiętaj, co ci powiedziałem. Nie naprzykrzaj nam się więcej — dodał nowy sąsiad i odszedł.
Drzwi klatki trzasnęły. Walentyna Nikołajewna została sama na ławce. Kręciło jej się w głowie, nogi miała jak z waty. Wszystko wokół zdawało się znikać w szarej mgle.
Spróbowała wstać i dopiero za drugim razem jej się udało. Pocieszała się myślą, że mieszka na parterze. Musiała tylko dotrzeć do mieszkania, do telefonu.
Pokonując słabość i zimne uczucie odrętwienia rozchodzące się od stóp, Walentyna Nikołajewna chwiejnym krokiem ruszyła w stronę wejścia.
Z trudem otworzyła ciężkie drzwi i zaczęła wchodzić po schodach, ale nie dotarła do mieszkania.
Światło w jej głowie nagle zgasło, a ona osunęła się w ciemność.
Trzydzieści minut później sąsiadka z piętra znalazła ją leżącą nieruchomo na zimnej podłodze klatki schodowej.
— O Boże, co się dzieje? — krzyknęła kobieta, podbiegając do bezwładnego ciała. — Nikołajewna, co się stało? Nikołajewna!
Z pomocą innych sąsiadów przenieśli staruszkę do mieszkania i wezwali karetkę. Tak oto Walentyna Nikołajewna trafiła do szpitala z niepokojącą diagnozą: „udar”.
Jej organizm walczył z taką samą determinacją, z jaką pielęgnowała swoje kwiaty, i Walentyna Nikołajewna wróciła do siebie. Kiedy jej syn przyjechał w pośpiechu z innego miasta, była już przytomna, choć bardzo osłabiona.
— Mamo, ale mi stracha napędziłaś! — powiedział syn, siadając przy łóżku matki i delikatnie poprawiając jej poduszkę. — Nie rób mi więcej takich numerów, dobrze?
— Dobrze, Wadim, obiecuję, że to się nie powtórzy — słabo uśmiechnęła się staruszka.
— Ale czy coś się stało? Jakiś powód? — zapytał ostrożnie Wadim. — Zła wiadomość, czy ktoś cię skrzywdził?
Walentyna Nikołajewna nie lubiła kłamać i nie potrafiła robić tego przekonująco, ale nie chciała też mieszać syna w całą tę ohydną sytuację, więc postanowiła milczeć.
— No dobrze, mamo, mów — Wadim odczytał wszystko z jej twarzy i spoważniał. — Co się stało? Kto to zrobił?
— Jak ludzie mogą być tak podli… — zaszlochała Walentyna Nikołajewna. — Tak bez serca?
I opowiedziała mu o kłótni oraz późniejszym ataku. Twarz Wadima stężała, gdy słuchał.
— Wiesz co, mamo? — powiedział zamyślony, gdy skończyła mówić. — Myślę, że mieszkanie wśród takich ludzi szkodzi twojemu zdrowiu. Powinnaś przenieść się w spokojniejsze miejsce.
— Ale, synku…
— Shh, odpoczywaj. O tym porozmawiamy później. Teraz mam coś do załatwienia, z czym nie warto zwlekać.
Godzinę później Wadim siedział w samochodzie przed blokiem, w którym mieszkała jego matka, przyglądając się pięknym rabatom.
Nowy sąsiad nie spełnił swojej groźby i nie zniszczył reszty kwiatów, może już następnego dnia zapomniał o staruszce.
Mimo to, wśród tego pięknego kwitnienia miejsce, gdzie kiedyś rosły czerwone róże, wyglądało jak puste gniazdo po wyrwanym zębie.
Niedługo potem na parkingu zatrzymał się czerwony samochód, zatrąbił gniewnie. Wadim przybrał swój najbardziej przyjazny uśmiech i wyszedł z auta. Twarz nowego sąsiada jego matki emanowała agresją i wrogością.
— Co tu robisz? — warknął, podchodząc do Wadima. — To moje miejsce, rozumiesz? A twojego samochodu nigdy tu nie widziałem.
— Przyjechałem z daleka — Wadim uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Chciałem obejrzeć kwiaty. Podziwiać, tak to ujmując. Ale z jakiegoś powodu moich ulubionych róż tu nie ma. Jaka szkoda, nie sądzisz?
— Co? Jakie kwiaty? — sąsiad zmarszczył brwi, potem spojrzał na klomby. — To? A kogo to obchodzi? Oszalałeś? Zjeżdżaj stąd, zanim…
Wadim nie wytrzymał i z ogromną satysfakcją wymierzył mu cios prosto w szczękę.
Ostatecznie mieszkanie Walentyny Nikołajewnej zostało sprzedane, a Wadim zabrał matkę do siebie.
Za uzyskane pieniądze kupili mały domek na wsi, gdzie staruszka spędza teraz czas od maja do września, z radością pielęgnując nowy ogród, który – jak mówi jej syn – wyszedł jeszcze piękniej niż poprzedni.
A dla dawnych sąsiadów Walentyny Nikołajewnej życie w tamtym bloku już nie układa się najlepiej.
Czasem psuje się samochód, kot załatwia się pod drzwiami, sąsiedzi z góry zalewają mieszkanie, a zdrowie zaczyna szwankować, choć dotąd byli młodzi i silni.
Nie wiadomo, czy to przypadek, czy jakaś tajemna zasada.
Od tamtej pory kobieta, która rzuciła róże w twarz Walentyny Nikołajewnej, z jakiegoś powodu coraz częściej przypomina sobie staruszkę, którą tak okrutnie wyśmiała i upokorzyła.
Przypomina sobie i wzdycha. Może złością, a może ze wstydem.
A jej mąż uspokaja ją, mówiąc, że bumerangi nie istnieją, że nie ma się czym martwić, to tylko zbieg okoliczności.







