Zmywarka przynosiła resztki do domu w workach, co rozzłościło pracowników, którzy zgłosili to dyrektorowi

Historie rodzinne

Zmywaczka nosiła resztki jedzenia do domu w torbach, co zdenerwowało współpracownice, które doniosły o tym do dyrektora.

— Zobacz, znów niesie torbę! Widzisz, jak jej ciężko! — kelnerki, które wyszły na papierosa, zaczęły się śmiać.

Jedna z nich krzyknęła:

— Zmywaczka! Babcia Walentyna, tylko się nie złam, resztki są cięższe niż jedzenie!

Starsza kobieta odwróciła się, smutno się uśmiechnęła, zmieniła rękę, którą trzymała torbę, i szybkim krokiem ruszyła w stronę przystanku.

— Ciekawe, po co jej tyle resztek? — zapytała jedna z dziewczyn.

— Kto to wie? Jest tu tylko od kilku tygodni. A naszemu Palychowi…

— Wiesz, że w ogóle nie interesuje mnie życie osobiste ludzi! — odparła pogardliwie inna.

— Och, oczywiście, jakby on mnie interesował! Straszny, siwy…

— No, siwy, bo dużo przeszedł. Ale co do „strasznego”, to się mylisz: Palych jest dość urokliwy i do tego mężczyzna z charakterem!

Svetlana spojrzała na przyjaciółkę:

— No co ty, zakochałaś się w naszym administratorze?

— Nie, po prostu powiedziałam, że to interesujący człowiek. Nie, Svet, nie mamy szans. Palych i nasz właściciel nas nie interesują. Szukają osobowości, a my jesteśmy zwykłe.

Svetlana westchnęła, akceptując, że w czymś przyjaciółka miała rację. Andriej, którego wszyscy nazywali Palychem, był przyjacielem właściciela restauracji.

Jeśli Iwan Igorewicz miał około czterdziestu lat, to Palych był o trzy-cztery lata młodszy. Mówili, że poznali się w strefie działań wojennych jakieś 15 lat temu, a potem zaczęli zajmować się biznesem gastronomicznym.

Mówiło się, że uratowali się nawzajem w jakiejś strasznej opresji, dlatego ich przyjaźń była tak silna.

Palych był na miejscu, więc Svetlana natychmiast poszła w jego stronę.

— Andriej Palych, czy to normalne, że nasza nowa zmywaczka nosi resztki jedzenia do domu w torbach?

Palych spojrzał na nią uważnie:

— Czy czułabyś się spokojniejsza, gdyby resztki trafiły na śmietnik?

Svetlana zaczerwieniła się, ale nie zamierzała się cofnąć.

— Ale pomyśl sama, jeśli człowiek żyje tak źle, że żywi się resztkami i pewnie jeszcze kogoś nimi karmi, jakie warunki panują w jej domu? To niedopuszczalne, gdy pracuje się przy naczyniach.

— Zajmij się sprawami! Walentina Stepanowna ma wszystkie wymagane zaświadczenia — to po pierwsze. Zawsze jest czysta i schludna — po drugie.

Nie wiesz, kogo ona karmi tymi resztkami — to po trzecie. A po czwarte: gdybyś, Svetlana, wykonywała swoją pracę przynajmniej w połowie tak dobrze jak Walentina Stepanowna, to nie miałabyś sobie równych!

Zajmij się swoimi obowiązkami i pamiętaj: plotki i oszczerstwa nie przystoją dziewczynie.

Svetlana, czerwieniąc się ze wstydu, pobiegła do zaplecza, gdzie czekała na nią przyjaciółka.

— No to dostałaś reprymendę? Powiedz, po co próbujesz mądrzyć się tam, gdzie nie proszą?

Svetlana warknęła.

— Jakiś żołnierz, broni jakiejś staruszki, która żywi się resztkami! Nie dam rady, jeśli ona tu będzie długo pracować!

— Co ci ta babcia zrobiła? — westchnęła Rita. — Nosi i niech nosi, przecież nie bierze bez pozwolenia! Czemu się wkurzasz?

— Po prostu… — Svetlana była na skraju łez. — Dlaczego on tak do mnie mówi?

Rita znów ciężko westchnęła:

— Chodź już, zamknęliśmy pół godziny temu, a ty wciąż się nie zbierasz.

Następnego dnia, gdy dziewczyny przyszły do pracy, Walentina już ciężko pracowała. Gdy nie było naczyń, sumiennie czyściła wszystko dookoła: polerowała okna, stoły i inne powierzchnie. Svetlana pogardliwie prychnęła:

— Odpracowuje swoje resztki, inaczej się nie da.

Walentyna wzdrygnęła się, odwróciła i spokojnie się uśmiechnęła, jakby stał przed nią kapryśny dzieciak, na którego nawet nie warto się gniewać. Ta beztroska natychmiast wyprowadziła Swietłanę z równowagi. Podeszła bliżej:

— Śmiejesz się na próżno! I tak zepsuję ci życie. Jeśli sama nie odejdziesz, poskarżę się właścicielowi. Skoro administrator zamyka oczy, niech przynajmniej on się tym zajmie.

Walentyna zdezorientowana zapytała:

— Swieta, za co tak na mnie złościsz się?

Swietłana, wściekła, dosłownie zakrztusiła się ze złości i, trzaskając drzwiami, które zatrzęsły się od hałasu, wybiegła z pomieszczenia. Walentyna przez długi czas patrzyła zdziwiona na drzwi, a potem zwróciła się do Rity:

— Co się z nią dzieje?

— Nie mam pojęcia — wzruszyła ramionami Rita. — Myślisz, że naprawdę poskarży się właścicielowi?

Rita wiedziała o Walentynie od Andrieja. Kobieta, choć zbierała resztki, wyraźnie nie żyła w nędzy: ubierała się schludnie i porządnie. Z drugiej strony, czegoś jej ewidentnie brakowało.

Rita rozumiała, że trzeba wspierać przyjaciółkę, bo Swietłana ewidentnie miała swoje problemy. Tak naprawdę Swietłana złościła się, bo kiedyś sama nie pogardziłaby takimi resztkami.

Swietłana wychowała się w rodzinie alkoholików. Kiedy nie było jedzenia, musiała kraść lub głodować.

Codziennie doświadczała wstydu — ojciec często się upijał i nie wracał do domu, a matka, w jego nieobecności, przyjmowała różnych mężczyzn.

Teraz Swietłana nawet nie była pewna, czy jej ojciec naprawdę był jej ojcem. Pewnej zimy ojciec zamarzł na ulicy, nie docierając do domu nawet stu metrów.

Matka długo nie opłakiwała go i już po kilku tygodniach przyprowadziła nowego mężczyznę, z którym niedługo potem zmarła, zatruwszy się alkoholem.

Siostra matki nie chciała mieć z nimi nic wspólnego, ale przyjęła Swietłanę do siebie:

— Mam dwoje własnych dzieci, a ty jesteś mi obca. Do osiemnastki przeżyjesz, a potem radź sobie sama.

Swietłana nie żywiła urazy: przez cztery lata zrozumiała, że można żyć inaczej. W domu zawsze było jedzenie i czysto.

Mieszkała już samodzielnie od pięciu lat, ale utrzymywała kontakt z ciotką, składając jej życzenia świąteczne i czasami ją odwiedzając.

Wszystko, co działo się w jej dzieciństwie, było dla niej koszmarem, który chciała na zawsze zapomnieć. Nikt z jej obecnych znajomych nie wiedział, jaka była jej życie do czternastego roku życia.

Wieczorem Andriej powiedział, że za dwa dni wróci właściciel. Jeździł za granicę, aby uczyć się sztuki restauracyjnej.

— Mam nadzieję, że nie odpoczywaliśmy tutaj za bardzo. Wszystko czyste? W kuchni porządek? W lodówkach wszystko na miejscu? W książce skarg cisza?

Swietłana uśmiechnęła się drwiąco:

— Zobaczymy, jak Ivan Igorewicz zareaguje na to, że jakaś dziwna starsza pani wynosi jedzenie z jego restauracji.

Rita natychmiast zganiła przyjaciółkę:

— Daj spokój! To tylko resztki. Nikomu nie są potrzebne.

Swietłana miała marzenie: wyjść za mąż tak, żeby już nigdy więcej nie martwić się o pieniądze. Może nie miliardy, ale chociaż spokojne i zapewnione życie. Do tego potrzebny był jej udany związek.

Kiedy Swietłana zaczęła pracować w restauracji, od razu zauważyła Palycza. Wydał jej się właśnie tym, który mógłby spełnić jej marzenie. Ale choć serce jej biło mocniej, Palycz pozostawał obojętny.

Wtedy w jej głowie zrodził się plan: czemu by nie spróbować z właścicielem? Ivan Igorewicz nie był o wiele starszy, a ona przecież była młoda i atrakcyjna.

I oto pojawiła się okazja, by zwrócić na siebie jego uwagę. Teraz tylko trzeba było podejść do tego z rozumem.

W dniu przyjazdu Ivana Igorewicza Swietłana przyszła do pracy wcześniej. Spotkanie nie było łatwe: szła do restauracji jak na randkę.

Palycz zaskoczony uniósł brwi i uśmiechnął się, ale Swietłana zignorowała jego reakcję. Dziewczyny zaczęły szeptać: Ivan Igorewicz już był na miejscu. Swietłana westchnęła:

— Teraz albo nigdy.

Zastukała i lekko uchyliła drzwi.

— Ivan Igorewicz, mogę wejść?

Ivan spojrzał na nią i serdecznie się uśmiechnął:

— Swietłana, jeśli się nie mylę? Oczywiście, wejdź. Ma pani do mnie sprawę?

Swietłana ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, uśmiechnęła się czarująco i zaczęła mówić. Opowiedziała mu o tym, co ją martwi, czyli o reputacji restauracji, w której pracuje.

Ivan Igorewicz wysłuchał jej i zapytał, patrząc na nią zaskoczony:

— Nie rozumiem, martwi się pani o to, że to odpady, czy o to, że ktoś może być nieuważny?

— Oczywiście o to drugie! Co mają wspólnego odpady?

— Dobrze, chodźmy, zobaczmy naszą pracownicę. Przypuszczam, że zatrudniła się po moim wyjeździe?

— Tak, dokładnie.

Wyszli z gabinetu i od razu spotkali Palycza. Ten uważnie spojrzał na Swietłanę i prychnął:

— Swietłana, nie możecie się już uspokoić, prawda?

Święta przeszła obok w milczeniu. Co jej Palycz, skoro teraz jest z nią sam właściciel! Weszli do myjni. Ivan Igorewicz głośno przywitał się:

— Dzień dobry! Jestem Ivan Igorewicz, właściciel restauracji. Pozwólcie się przedstawić!

Starsza kobieta powoli obróciła się i nagle wyszeptała:

— Niusza!

Ivan przez chwilę zamarł, a potem krzyknął:

— Walentyna Stiepanowna?

Właściciel rzucił się, by ją objąć. Święta i Palycz patrzyli na nich z niedowierzaniem.

Święta natychmiast zrozumiała, że jej plan nie wypali, a wręcz może skończyć się zwolnieniem. Próbowała cicho odejść, ale już cały personel zebrał się przy drzwiach.

— Andriej, chodź tutaj! Pamiętasz, jak opowiadałem ci o kobiecie, która została pomagać w szpitalu po śmierci swojego syna? Jak ciągnęła mnie z sali na kocu, kiedy zaczęły się ostrzały?

To jej zawdzięczam życie! Myślałem, że wtedy wszyscy zginęli. Szukałem was.

— Byłam ranna, w głowę, przewożono mnie z miejsca na miejsce. Wania, nawet nie wiem, jak przeżyłam! A jak wróciłam, zrozumiałam, że nawet w czasach pokoju są porzucone zwierzęta.

Przepraszam, myślałam, że te resztki nikomu się nie przydadzą, a teraz przez to skandal.

Ivan Igorewicz wstał:

— Walentyna Stiepanowna, nawet nie myślcie o tym! Będziemy kupować wszystko, co potrzebne. A z myciem naczyń koniec! Musicie żyć spokojnie i cieszyć się życiem!

— A naczynia będą się same myły? — uśmiechnęła się Walentyna.

— Znajdziemy kogoś, ogłosimy. A teraz — zwrócił się do personelu — Gdzie nasz bojownik? Święta będzie pracować w myjni, dopóki nie znajdziemy innej osoby.

Święta ledwie powstrzymywała łzy, a Rita westchnęła.

— Święta, mówiłam, nie wtykaj nosa! I co osiągnęłaś? Po co ci te resztki?

— I tak nie będę tu pracować! — fuknęła Święta.

— A dokąd pójdziesz? Do fabryki? Na wynajem mieszkania cię nie stać.

Święta rozpłakała się:

— Dlaczego, Rito? Dlaczego wszystko tak się ułożyło? W dzieciństwie te resztki byłyby na wagę złota… A tu baba wszystko w pakiet i zaniosła! Nienawidzę wszystkich: restauracji, Walentyny… Jak mam z tym żyć?

Rita patrzyła na nią w szoku. Nigdy nie podejrzewała, jak ciężko było Święcie w przeszłości. Ale nie tylko Rita — w drzwiach stał Palycz i uważnie się jej przyglądał.

Zawsze myślał, że jest po prostu zła, a okazało się, że wszystko było znacznie gorsze. Święta poszła myć naczynia, nie zwolniła się i nikomu nic nie powiedziała, zamykając się w sobie.

Kilka dni później Palycz przyprowadził nową pracownicę:

— Święta, pokaż jej wszystko. To nasza nowa zmywaczka.

Święta, nie mówiąc nic, zdjęła fartuch.

— No i gdzie mam iść? Napisać wypowiedzenie?

— Tak, Święta — skinął głową Palycz. — Tylko nie na zwolnienie, a na urlop. Uzgodniłem z Ivanem. Chcę zaprosić cię na turystykę, znam dobre miejsce, żeby pojeździć na nartach.

Święta spojrzała na niego z zaskoczeniem, a Palycz spokojnie dodał:

— Pokoje będą osobne, nie martw się o to.

Od tej pory ta turystyka stała się jednym z ulubionych miejsc młodego małżeństwa.

Później, za zgodą administracji, zaczęli zostawiać tam album ze zdjęciami bezdomnych zwierząt, które Walentyna Stiepanowna dokarmiała, a wielu z nich znalazło nowy dom.

Zresztą, Święta przeprosiła Walentynę i zaprosiła ją na swoje wesele z Andriejem Palyczem. Walentyna oczywiście ją wybaczyła, bo była osobą o wyjątkowej dobroci.

Visited 1 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł