Jedziesz na daczę i będziesz pracować w ogrodzie, dopóki nie urodzisz!” – oznajmił Leonid takim tonem, jakby właśnie wydał najważniejsze polecenie w swoim życiu.
Maya przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Była w zaawansowanej ciąży i od kilku tygodni coraz trudniej było jej wykonywać nawet zwykłe domowe obowiązki. Tymczasem jej mąż uznał, że najlepszym rozwiązaniem będzie wysłanie jej na wieś, gdzie miałaby zajmować się ogrodem.
Kiedy weszła do przedpokoju, zauważyła trzy ogromne torby stojące obok szafki na buty.
Przez moment pomyślała, że Leonid postanowił otworzyć w mieszkaniu mały sklep z artykułami budowlanymi.
Z jednej torby wystawały gumowe kalosze. W drugiej znajdowały się rękawice robocze, spray przeciw komarom, krem z filtrem i duży kapelusz chroniący przed słońcem. Trzecia torba była wypchana starymi ubraniami.
Maya rozpoznała swoje rozciągnięte koszulki, stare spodnie dresowe i bluzę, którą od dawna chciała wyrzucić.
Leonid od kilku lat powtarzał jednak:
– Nie wyrzucaj. Przyda się do garażu.
Wyglądało na to, że bluza właśnie doczekała się swojego wielkiego momentu.
Maya postawiła zakupy na konsoli i spojrzała na męża.
– Kogoś ewakuujemy?
Leonid nawet się nie uśmiechnął.
– Ciebie. Jutro rano jedziesz na daczę.
– Słucham?
– Wszystko już przygotowałem. Tam jest świeże powietrze, cisza, własne warzywa. Będziesz odpoczywać i trochę popracujesz w ogrodzie.
Maya położyła dłoń na brzuchu.
– Jestem w ósmym miesiącu ciąży.
– Wiem.
– Lekarz powiedział, żebym się nie przemęczała.
– W ogrodzie nie musisz się przecież przemęczać. Możesz robić wszystko powoli.
Maya spojrzała na trzy torby, a potem ponownie na męża.
– Czy ty naprawdę uważasz, że ciężarna kobieta powinna teraz kopać grządki?
– Nie przesadzaj. Są tam chwasty do wyrwania, trochę podlewania, może trzeba będzie przesadzić kilka roślin. Nic wielkiego.
Maya poczuła, że zaczyna się złościć. Przez całą ciążę starała się być cierpliwa. Nie chciała awantur. Nie chciała też robić z każdego problemu wielkiej tragedii.
Ale tym razem coś w niej pękło.
– A ty?
– Co ja?
– Ty też jedziesz?
Leonid zawahał się.
– Mam pracę. Przyjadę w weekend.
Maya pokiwała głową.
– Rozumiem.
Nie powiedziała nic więcej.
Poszła do sypialni i zamknęła drzwi.
Leonid najwyraźniej uznał, że żona w końcu zaakceptowała jego plan. Nie wiedział jednak, że Maya od dawna miała własny.
Wyjęła z szafy małą walizkę. Nie włożyła do niej ani jednej pary kaloszy.
Zamiast tego spakowała dokumenty, telefon, ładowarkę, kilka ubrań, kosmetyczkę i najważniejsze rzeczy związane z ciążą.
Potem przez chwilę siedziała na łóżku i patrzyła na walizkę.
Nie zamierzała jechać na daczę.
Następnego ranka Leonid wszedł do sypialni zadowolony z siebie.
– Gotowa?
Maya podniosła wzrok.
– Tak.
– Torby są już w samochodzie.
– Wiem.
Leonid uśmiechnął się.
– Zobaczysz, dobrze ci to zrobi. Trochę odpoczniesz od miasta.
Maya wstała powoli.
– Nie jadę z tobą.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Jak to?
– Tak jak powiedziałam. Nie jadę na daczę.
– Ale przecież wszystko przygotowałem.
– Przygotowałeś pracę w ogrodzie. Nie odpoczynek.
Leonid próbował jeszcze protestować, lecz Maya spokojnie mu przerwała.
– Jestem twoją żoną, a nie pracownikiem sezonowym. Jeśli potrzebujesz kogoś do pielęgnowania ogrodu, zatrudnij ogrodnika.
Zapadła cisza.
Po chwili Maya wzięła swoją niewielką walizkę i skierowała się do drzwi.
Nie wiedziała jeszcze, jak potoczy się ich rozmowa ani co wydarzy się później. Wiedziała tylko jedno: przez najbliższe tygodnie chciała zadbać przede wszystkim o siebie i swoje dziecko.
A jej walizka była pierwszym krokiem do postawienia granicy, której Leonid najwyraźniej nigdy wcześniej nie zauważał.

Maya przez kilka sekund patrzyła na męża, nie mogąc zrozumieć, co właściwie się dzieje. Leonid tymczasem wyglądał na wyjątkowo zadowolonego z siebie. Stał przy otwartej walizce i z miną człowieka, który właśnie zrobił coś bardzo rozsądnego, sprawdzał jej zawartość.
– Spakowałem dla ciebie prawie wszystko – powiedział z dumą. – Masz kalosze w rozmiarze trzydzieści dziewięć, czyli dokładnie takim, jaki nosisz. Rękawice wybrałem specjalnie w mniejszym rozmiarze, żeby dobrze trzymały się dłoni. Jest też środek na owady. Dobry, sprawdzony. Moja mama używa go od lat.
Maya spojrzała najpierw na niego, potem na walizkę.
– Dokąd właściwie mnie spakowałeś? – zapytała powoli.
Leonid uniósł brwi, jakby pytanie było zupełnie niepotrzebne.
– Na daczę.
Przez moment w pokoju panowała cisza.
Maya jeszcze raz spojrzała na kalosze wystające z walizki. Potem na rękawice, preparat przeciw owadom i kilka innych rzeczy, które Leonid najwyraźniej uznał za niezbędne.
Był koniec czerwca. Lato dopiero nabierało tempa, ale dla Mayi ten okres wyglądał zupełnie inaczej niż wcześniej. Jej ciąża była już bardzo widoczna. Był siódmy miesiąc, a brzuch coraz bardziej utrudniał jej codzienne czynności.
Jeszcze tydzień wcześniej wszystko wydawało się ustalone.
Rozmawiali wtedy spokojnie o sobocie. Plan był prosty: mieli pojechać na daczę Galiny Pietrownej, matki Leonida. Chcieli spędzić tam kilka godzin, odpocząć na świeżym powietrzu i przygotować rybę na grillu.
Maya wyobrażała sobie ten dzień zupełnie inaczej.
Widziała siebie siedzącą spokojnie na werandzie z kubkiem herbaty. Chciała odpocząć, porozmawiać z teściową i nacieszyć się letnią pogodą. Leonid miał w tym czasie zająć się drobnymi naprawami. Od jakiegoś czasu narzekał na chwiejące się drzwi szklarni i zapowiadał, że wreszcie je naprawi.
Nie spodziewała się jednak, że zwykła sobotnia wizyta zamieni się w coś zupełnie innego.
– Ale po co mi kalosze? – zapytała Maya, nadal patrząc na walizkę.
– Na daczy jest błoto – odpowiedział Leonid, jakby tłumaczył rzecz oczywistą. – Poza tym może padać.
– I rękawice?
– Nigdy nie wiadomo. Może będziesz chciała coś zrobić w ogrodzie.
Maya westchnęła.
– Leonid, ja jestem w siódmym miesiącu ciąży.
– Wiem – odparł spokojnie.
– Więc chyba nie planujesz, że będę przekopywać ogród?
– Oczywiście, że nie. Po prostu chcę, żebyś miała wszystko pod ręką.
Jego spokojny ton zamiast ją uspokoić, jeszcze bardziej ją zirytował.
Maya miała wrażenie, że Leonid przygotował się do tej wyprawy jak do tygodniowego pobytu na odludziu. Tymczasem ona potrzebowała przede wszystkim odpoczynku i spokoju.
Podeszła do walizki i zaczęła wyjmować kolejne rzeczy.
– A to po co?
– Przyda się.
– A to?
– Też.
– Leonid…
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Chciałem ci pomóc.
Maya spojrzała na niego uważnie. Trudno było powiedzieć, czy naprawdę chciał jej pomóc, czy po prostu uważał, że wszystko dokładnie zaplanował.
Z jednej strony jego troska była nawet wzruszająca. Pamiętał jej rozmiar butów, pomyślał o owadach, przygotował rękawice i ubrania odpowiednie na działkę. Z drugiej jednak strony Maya zaczynała czuć, że nikt nie zapytał jej, czego właściwie potrzebuje.
Chciała odpocząć, a nie przygotowywać się do pracy w ogrodzie.
– Powiedz mi tylko jedno – powiedziała w końcu. – Co dokładnie zamierzasz robić na daczy?
Leonid uśmiechnął się szeroko.
– Wszystko, co trzeba.
Maya pokręciła głową.
Jeszcze nie wiedziała, że ta pozornie zwyczajna rozmowa będzie początkiem wydarzeń, które całkowicie zmienią jej spojrzenie na rodzinę męża. A wyjazd, który miał być spokojnym sobotnim popołudniem przy grillu, okaże się znacznie bardziej skomplikowany, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.







