Świetłana strzepnęła okruchy ze stołu. W piersi zrobiło się ciężko i zimno. Przez cały rok odkładała część pensji, brała dodatkowe zlecenia w weekendy, nie kupiła sobie nawet nowych butów. Malediwy były jej celem — jedyną szansą, by wyrwać się z szarej rutyny.
Igor siedział naprzeciwko, przewijając coś w telefonie, i nawet nie podniósł na żonę wzroku.
— Przerezerwowałem bilety — rzucił mimochodem, tonem tak zwyczajnym, jakby prosił o podanie soli. — Zamiast ciebie leci mama.
Swieta odłożyła gąbkę na brzeg zlewu. Ruch był powolny i bardzo precyzyjny. Bez łez.
— Przerezerwowałeś? — zapytała spokojnie.
— No tak. Wszedłem z twojego tabletu na maila, hasło było zapisane, i w panelu zmieniłem pasażera — Igor w końcu raczył na nią spojrzeć. — Swieta, no pomyśl logicznie. Jesteś młoda, zdrowa, jeszcze sobie pojedziesz. A mama ma skoki ciśnienia, bolą ją stawy. Jej teraz morski klimat jest niezbędny.
— Na wycieczkę, którą w całości opłaciłam ze swojej karty? — doprecyzowała, patrząc mu prosto w oczy.
— Znowu o pieniądzach! My jesteśmy rodziną czy księgowością? — Igor zirytowany odsunął nietknięty kubek. — Co za różnica, czyja karta? Budżet jest wspólny. Moje miejsce zostaje, a twoje oddałem matce. To mój synowski obowiązek! Matka jest święta, czas nauczyć się szanować starszych.
W przedpokoju szczęknął zamek. Ludmiła Nikołajewna, która od dawna miała własny klucz, weszła do kuchni jak do siebie. Wyglądała świetnie — ani śladu chorych stawów.
— Igorku, synku, kostium kąpielowy leży idealnie! — oznajmiła radośnie, po czym spojrzała na Świetłanę. Usta kobiety wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu. — Swietoczko, nie gniewaj się na nas. Młodym wszędzie droga, a starszym należy się szacunek. Ty sobie tu w domu odpoczniesz, wyśpisz się spokojnie. A przy okazji podlewaj moje fikusy, lubią wodę. I opłać moje rachunki do dziesiątego, żeby odsetki nie naliczyły.
Świeta spojrzała na męża. Siedział z miną zwycięzcy. Zadowolił matkę i jeszcze wybierał się na wyspy cudzym kosztem.
— Dobrze, Ludmiło Nikołajewno — odpowiedziała krótko Świeta. — Na pewno podleję.
Nie zrobiła sceny. Po prostu poszła do pokoju, wzięła telefon i wybrała numer swojego biura podróży. Igor, przekonany o własnej przebiegłości, zapomniał o jednym szczególe — głównym klientem i płatnikiem w umowie była Świetłana.
— Alina, dzień dobry — powiedziała do słuchawki. — Chcę całkowicie anulować wyjazd na Malediwy. Oba bilety i hotel.
— Świetłano, czy jest pani pewna? Do wylotu został tydzień. Kara wyniesie trzydzieści procent! Straci pani ogromną sumę.
Świeta zamknęła oczy. Trzysta tysięcy rubli. Sto tysięcy przepadnie. To były jej nieprzespane noce, weekendy spędzone przy laptopie, zdarte zimowe buty i rezygnacje ze spotkań z przyjaciółkami. Na myśl o tej stracie podeszła jej do gardła gorzka gula. Fizycznie aż mdliło ją na myśl o tych pieniądzach. Ale pozostanie w tym małżeństwie kosztowałoby ją całe życie.
— Proszę anulować — powiedziała stanowczo, przełykając gorycz. — To cena za wyjście z niewoli. Proszę o zwrot na tę samą kartę. I proszę nie wysyłać żadnych powiadomień do męża.
Przez cały następny tydzień Świeta żyła, milcząco obserwując ten teatr absurdu. Mąż i teściowa krzątali się po mieszkaniu, pakowali walizki. I wtedy wyszło na jaw drugie dno.
Siedząc w kuchni, Świeta przypadkiem usłyszała, jak Igor chwali się przez telefon koledze:
— Tak, stary, lecimy po królewsku! Wziąłem kredyt — pół miliona. Zarezerwowałem prywatny jacht na trzy dni, dla mamy luksusowe spa, restauracje. Szalejemy! Swietka na koniec roku dostanie premię, to z niej spłacimy kredyt, gdzie ona się podzieje. W końcu jesteśmy rodziną!
Świeta stała w korytarzu, mocno ściskając telefon. On nie tylko odebrał jej marzenie. Zaciągnął ogromny dług, żeby się popisać, i zamierzał zmusić ją, by go spłacała.
W przeddzień wylotu spakowała niewielką torbę.

— Jadę do przyjaciółki na weekend, za miasto — powiedziała spokojnie do męża.
— Jasne. Tylko nie zapomnij podrzucić mamie kluczy — kiwnął Igor, już myślami na plaży.
W sobotni poranek podjechała po nich taksówka. Świeta poczekała, aż drzwi się zamkną, zaparzyła sobie kawę i otworzyła okno, wpuszczając świeże powietrze.
Telefon zadzwonił dokładnie na dwie godziny przed wylotem. Świeta bez pośpiechu odebrała.
W tle panował niewyobrażalny hałas. Ludmiła Nikołajewna wrzeszczała na całe lotnisko.
— Swieta! Co tu się, do diabła, dzieje?! — głos Igora załamywał się. — Jesteśmy przy odprawie! Tłum ludzi patrzy, a nam mówią, że rezerwacja anulowana! Mama rzuca się na ladę, zaraz wezwą ochronę! Dzwoń do biura i to napraw!
Świeta upiła łyk kawy.
— Nie ma żadnej pomyłki, Igorze. Anulowałam wyjazd. W poniedziałek. Zapłaciłam trzydzieści procent kary. Wiesz, bardzo było mi szkoda tych pieniędzy — pracowałam na nie rok. Ale to cena za wolność od was obojga.
W słuchawce zapadła cisza, przerywana tylko histerycznymi krzykami teściowej: „Wpuśćcie mnie do samolotu! Jestem matką szanowanego człowieka! Mam nowy kostium kąpielowy!”. Ktoś z pasażerów roześmiał się głośno.
— Ty… co ty zrobiłaś? — wychrypiał mąż.
— Anulowałam swoją wycieczkę. Pieniądze już wróciły na moje konto. I wiesz co? Twój kredyt na jacht i spa — to teraz wyłącznie twój problem. Moja premia pójdzie na moje potrzeby. Przecież mamy wspólny budżet, pamiętasz?
— Świetłana! — wdarł się do słuchawki głos teściowej na głośniku. — Wyprowadzają nas ochrona! Ludzie nas nagrywają! Nie wstyd ci?! Natychmiast przelej mi pieniądze, kupimy nowe bilety!
— Ludmiło Nikołajewno — uśmiechnęła się Świeta, patrząc na pustą kuchnię. — Sama pani mówiła, że młodym wszędzie droga. Więc ją pani właśnie zwolniłam. A nowe bilety kupi pani Igor. W końcu to on u nas zarabia.
— Ja się z tobą rozwiodę! — ryknął Igor.
— Świetny pomysł — odparła lekko Świetłana. — Mieszkanie kupiłam przed ślubem, nie mamy czego dzielić. Twoje kredyty zostają z tobą. Twoje rzeczy spakuję. Szerokiej drogi do domu.
Rozłączyła się i od razu zablokowała oba numery.
W mieszkaniu zrobiło się zaskakująco lekko. Żadnych cudzych poleceń, żadnych pretensji. Świeta weszła do łazienki. Nad lustrem migała stara żarówka, którą Igor obiecywał wymienić od pół roku.
Wyjęła z szafki nową, pewnym ruchem wykręciła przepaloną i wkręciła świeżą. Łazienkę natychmiast zalało jasne, równe światło. Z lustra patrzyła na nią wolna kobieta, która nie zamierzała już nikomu służyć ani być wygodna.
Przed nią był spokojny weekend we własnym mieszkaniu. I był wart więcej niż jakiekolwiek Malediwy.







