„Trzeba pomóc po rodzinie” — powiedziała teściowa, ale mój odpowiedź najwyraźniej nie mieściła się w jej planie świata.
Alewtina Romanowna i jej córka Daria wpadły do naszego przedpokoju z takim triumfalnym impetem, jakby właśnie zdobyły Pałac Zimowy i przyszły teraz nie po kawę, lecz po należne im podatki wojenne.
Daria ściskała pod pachą grubą, skórzaną teczkę. Trzymała ją z nabożną czcią, jakby w środku znajdował się nie zestaw papierów, lecz akt założycielski nowej cywilizacji albo przynajmniej testament jakiegoś miliardera, który przypadkiem zapisał im wszystko.
— Rodzina to jeden finansowy organizm, Stasiu! — oznajmiła od progu Alewtina Romanowna, rzucając mokry parasol prosto na moją jasną, świeżo kupioną ławkę w przedpokoju.
— Koniec z życiem osobno. Uruchamiamy projekt, który zapewni przyszłość naszego rodu na dziesięciolecia!
Jej głos, głośny i wyćwiczony jak przemówienie partyjne, rozszedł się po mieszkaniu, odbijając się od ścian i docierając aż do najwyższej półki bibliotecznej.
Tam właśnie drzemał Jasza — nasz duży, zielono-szary papuga, który od dawna uważał się za nieformalnego audytora rodzinnych spotkań i moralnego komentatora rzeczywistości.
Ptak uniósł głowę, przekręcił ją powoli, jakby analizował sytuację, po czym skrzekliwie, ale wyjątkowo wyraźnie stwierdził:
— Zebranie oszustów!
Zapadła cisza.
Nawet zegar w kuchni jakby się zawahał.
Teściowa zesztywniała tak gwałtownie, że przez chwilę wyglądała jak figura woskowa, która zapomniała, że powinna się poruszać. Powoli odwróciła wzrok w stronę szafy, gdzie siedział Jasza, i spojrzała na niego z obrzydzeniem, jakby zamiast papugi zobaczyła co najmniej nosiciela zarazy z podręcznika historii.
— Lena… ty naprawdę kiedyś pozbędziesz się tego skrzydlatego potwora? — syknęła, otrzepując rękaw płaszcza, choć ptak znajdował się kilka metrów dalej.
— Wszędzie te pióra, ten brud… i jeszcze powtarza jakieś bzdury! Normalni ludzie mają dzieci, a wy hodujecie ptasie dziwactwa. Tfu!
Ale jej irytacja nie osłabiła ani odrobiny bojowego nastawienia.
Daria tymczasem kroczyła przez korytarz z miną, jakby była nie kasjerką w zwykłym supermarkecie, tylko co najmniej dyrektorem londyńskiej giełdy, który przypadkiem zawitał do prowincjonalnego mieszkania, żeby sprawdzić, czy „lokalny kapitał ludzki” jest gotowy na inwestycje.
— Brat, przynieś paszport — rozkazała tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Stas stanął jej na drodze do salonu, nie ruszając się ani o krok w stronę dokumentów.
— Może najpierw ktoś mi wyjaśni, co to w ogóle jest za cyrk? — zapytał spokojnie, ale w jego głosie pojawiło się napięcie. — W co wy mnie chcecie wpakować?
Alewtina Romanowna uniosła dłoń w geście, który miał uciszyć wszelkie „małe, nieistotne pytania”.
— Fundusz Rozwoju Włodzia! — oznajmiła dumnie.
Przez sekundę nikt nie zareagował.
Nawet Jasza zamilkł, jakby próbował przetworzyć tę informację i zdecydować, czy warto ją obrazić.
— Włodzia? — powtórzyłem powoli. — Jakiego Włodzia?
— Przyszłego spadkobiercy! — odpowiedziała natychmiast Daria, otwierając teczkę z teatralnym gestem. — Wszystko jest tutaj. Analizy, prognozy, wykresy. Mamy plan!
Wyjęła kilka kartek. Kolorowe tabelki, strzałki, schematy, które wyglądały jak połączenie biznesplanu start-upu i pracy domowej ucznia, który przesadził z kreatywnością.
— Włodzio to inwestycja długoterminowa — kontynuowała teściowa. — Dziecko trzeba wspierać finansowo od samego początku. Edukacja prywatna, zajęcia dodatkowe, rozwój talentów… wszystko kosztuje!
— Ale… — zacząłem.
— Nie ma „ale”! — ucięła.
Stas spojrzał na mnie, potem na matkę i siostrę, jakby próbował znaleźć w tej scenie jakikolwiek logiczny punkt zaczepienia.
— Chwileczkę. Jakie dziecko? — zapytał powoli. — My nie mamy żadnego Włodzia.
Daria przewróciła oczami.
— Jeszcze nie macie.
I to „jeszcze” zawisło w powietrzu jak wyrok.
Teściowa zrobiła krok do przodu, jakby właśnie rozpoczynała negocjacje międzynarodowe.
— Dlatego właśnie musimy działać teraz. Rodzina nie może być rozproszona finansowo. Każdy daje ile może. Wy — stabilność i mieszkanie. My — zarządzanie projektem.
— Zarządzanie? — powtórzyłem.
— Oczywiście. Ktoś musi tym kierować. Lena, ty się na tym nie znasz. Stasiu też nie. Ale my mamy doświadczenie życiowe.
Jasza w tym momencie znów się odezwał:
— Oszuści bez dyplomu!
Daria zacisnęła usta.
— Ten ptak naprawdę powinien trafić do weterynarza.
— A wy do psychiatry — mruknąłem pod nosem.
Teściowa nie usłyszała albo udawała, że nie słyszy.

— Oczekujemy wkładu w wysokości pięciu tysięcy miesięcznie — powiedziała, jakby właśnie ogłaszała nową stawkę podatkową. — To niewielka suma w porównaniu z tym, co otrzymacie w przyszłości.
— W przyszłości? — Stas uniósł brwi. — Jakiej przyszłości?
Daria uśmiechnęła się chłodno.
— Stabilnej. Kontrolowanej. Rodzinnej.
Zrobiła pauzę.
— A jeśli odmówicie, to… no cóż. Będzie to bardzo źle widziane w rodzinie.
To była ta chwila.
Ten moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że nie chodzi o żaden „projekt”, tylko o próbę przejęcia kontroli nad naszym życiem pod przykrywką rodzinnych więzi.
Patrzyłem na nich wszystkich: pewnych siebie, przekonanych o swojej misji, jakby naprawdę wierzyli, że rozdają nie tyle propozycje, co obowiązek.
Stas powoli oparł się o framugę drzwi.
— Czyli… chcecie, żebyśmy płacili za nieistniejące dziecko, którego przyszłość już sobie zaplanowaliście?
— Nie „nieistniejące” — poprawiła teściowa sucho. — Po prostu jeszcze nieobecne.
Jasza westchnął ciężko jak stary księgowy i dodał:
— Banda amatorów…
I wtedy coś we mnie pękło.
Nie krzyknąłem.
Nie zrobiłem sceny.
Po prostu się uśmiechnąłem.
— Wiecie co? — powiedziałem spokojnie. — To rzeczywiście genialny projekt.
Wszyscy spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.
— Naprawdę? — ucieszyła się Daria.
— Tak — kiwnąłem głową. — Ale mam jedną zmianę.
Podszedłem bliżej teczki, spojrzałem na papierowe „plany przyszłości” i dodałem:
— Wkład finansowy będzie, ale tylko pod warunkiem, że fundusz zostanie zarejestrowany na Jaszę jako głównego audytora.
Papuga natychmiast:
— Zatwierdzam!







