„Jesteś tutaj naszym pomocnikiem” – powiedział teść przez zaciśnięte zęby, patrząc prosto na Arinę. — Jeśli chcę, każę ci umyć mi nogi!

Historie rodzinne

— Jesteś tu naszą służącą, — wysyczał teść, patrząc na Arinę w oczy. — Zechcę — zmuszę cię, żebyś myła moje nogi!

— Jesteś tutaj jako zmywarka, — syknął teść, wbijając wzrok w Arinę. — Zechcę — każę ci zamiatać podłogę moimi butami! Na co w ogóle liczysz?

Wystarczy, że szepnę do syna — wyrzuci cię z dzieckiem na ulicę. Myślisz, że żartuję? Mogę sprawić, że twoje życie stanie się piekłem. Chcesz, opowiem, jak w jego nieobecności zapraszasz obcych mężczyzn do mieszkania?

Rano Sławik podzielił się «radośną» nowiną: kierownictwo firmy, w której pracował, obiecało pracownikom bonusy.

— Nie wiadomo, ile dadzą, ale przynajmniej coś, — mruknął, unikając wzroku żony. — Teraz każda grosz się liczy.

Arina milcząco skinęła głową. Ostatnie pół roku z mężem ciężko pracowali, starając się wydostać z długów. Wszystko zaczęło się rok temu, gdy Wjačesław został potrącony przez samochód na skrzyżowaniu.

Kierowca uciekł, a znaleźli go dopiero po kilku miesiącach, jednak rodzina nie doczekała się żadnej rekompensaty. Pieniądze szły na leczenie, rehabilitację i spłatę kredytu, który wzięli w desperacji.

Pensje ledwo wystarczały na jedzenie i rachunki.

— Przynajmniej jakaś nadzieja, — słabo uśmiechnęła się Arina. — Kupimy Misiowi na urodziny ten zestaw klocków, o którym marzy już od pół roku. Dobra, biegnij, bo się spóźnisz.

Cały dzień czekała na telefon, ale telefon milczał.

— Znowu puste obietnice, — szepnęła, patrząc na ekran. — Ile można oszukiwać?

Wieczorem, po powrocie z pracy, Arina zabrała się za sprzątanie: wyszorowała przypaloną patelnię zostawioną przez syna, ugotowała ziemniaki z kotletami.

Co chwilę spoglądała na zegar — Sławik spóźniał się już od trzech godzin. Zadzwoniła do niego po raz piąty, ale w słuchawce było tylko sygnał.

Mąż wrócił późno w nocy, blady i przygaszony.

— Gdzie się podziewałeś? — wyrwało się Arinie, gdy tylko przekroczył próg.

— Sprawy… Byłem u ojca, — mruknął Wjačesław, zdejmując kurtkę.

Zadrżała w środku. Za każdym razem, gdy mowa o teściu, Semyonie Nikolaevichu, miała ochotę krzyczeć.

Bezrobotny utrzymanek, który przez dziesięciolecia żył z emerytury babci i datków syna, niczym pijawka wysysał z nich ostatnie siły.

— Znowu prosił o «tysiaczkę»? — zapytała, zaciskając zęby. — A, i tak, dostałeś premię?

— Tak… ale… — Sławik zawahał się, przestępując z nogi na nogę.

Arina zrozumiała: zaraz padnie coś, co całkowicie zmieni jej dzień. I to na gorsze.

— Sławik, przestań kręcić! — Arina mocno postawiła filiżankę na stole. — Twój ojciec znów cię wycisnął, co? Tym razem na rybę czy nową głupią babę w saunie?

Wjačesław spuścił wzrok, obracając klucze w rękach:

— Samochód się zepsuł… Mały remont, ale nie da się jeździć. Ojciec zwróci, proszę cię!

— Zwóci? — zaśmiała się gorzko. — Kiedy on kiedykolwiek oddał chociaż rubel? Kiedy leżałeś w gipsie po wypadku, nawet kwiatu nie przyniósł! A babcia przyjeżdżała na trzech autobusach.

A ten… — jej głos zadrżał, — zdrowy łoś, ponad dwa metry wzrostu, mógłby przynajmniej worka ziemniaków przywieźć! My żyjemy na makaronach, a ty mu oddajesz ostatnie!

Mąż zaczął swoją standardową gadkę: ojciec to «ofiarna ofiara losu», kobiety go «wyzyskują», a korki przeszkadzają w pracy jako taksówkarz. Arina zamknęła oczy — przez pięć lat małżeństwa nauczyła się tego tekstu na pamięć.

Z obiecanej premii Sławik dał ojcu 10 tysięcy. Przez trzy dni udawała, że śpi na kanapie, gdy ostrożnie podkładał jej pod głowę poduszkę.

Na dzień przed urodzinami Miszy Arina wydała mężowi przysięgę: «Żadnych wizyt twojego ojca!». Teściowa, Olga Wjačesławowna, przyjechała z Wologdy, bledła na samo wspomnienie byłego męża.

Ich rozwód dwadzieścia lat temu przypominał teatr absurdu — Semyon Nikolaevich pojawił się na rozprawie z kochanką, twierdząc, że «żona sama winna — przestała nosić rozmiar 36».

Ale w środku święta drzwi nagle się zatrzasnęły — na progu stał teść w rozciągniętym swetrze, pachnący tanim aftershave.

— Niczego nie przyniosłem — kryzys, sami rozumiecie, — rzucił, całując Olgę w policzek. — Olinka, ależ się zestarzałaś! Myślałem, że poszłaś do klasztoru, a ty, okazuje się, po prostu zaczęłaś się starzeć!

Arina wbiła paznokcie w obrus. Sławik z zapałem patrzył na tort.

— Misza śpi, — powiedziała zimno. — Jesteście sześć godzin spóźnieni.

— Ja tylko na chwilę! — Semyon Nikolaevich opadł na kanapę. — Arina, daj coś do jedzenia! I napój, wznoszę toast za wnuczka. Albo wy tutaj po europejsku — gości głodnymi wypędzacie?

Wyszedł godzinę później, zabierając pojemnik z resztkami sałatki i wyproszając od syna «tylko tysiąc na benzynę». Kiedy Sławik wyciągnął portfel, Arina nie wytrzymała:

— Trzy stówki? Obiecałeś! — jej głos podskoczył do krzyku. — Na Misiu nowy plecak przez trzy miesiące oszczędzaliśmy!

Teść uśmiechnął się, wkładając banknoty do kieszeni dżinsów:

— Synowa, nie wściekaj się. Chłopakowi sport ważniejszy niż torby. A dla ciebie też dobrze — brzuch sobie wyrzeźbisz.

— Jak długo to będzie trwało? — Arina stanęła między mężem a teściem, zaciskając pięści. — Wy się przyssaliście do jego dobroci jak pijawki!

My ledwo wiążemy koniec z końcem, a wy wyciągnęliście dziesięć tysięcy — musieliśmy pożyczyć na kredyt od sąsiadów!

Siergiej Nikołajewicz powoli podniósł wzrok znad telefonu, jakby zauważył ją dopiero teraz:

— Kim ty w ogóle jesteś, żeby pouczać? — syknął, przyglądając się jej od stóp do głów. — To nie ty decydujesz, jak syn ma pomagać ojcu. Nie podoba ci się? Idź na trzy prace — mój Sławek to nie twój sponsor.

Rzucił kluczyki od samochodu na stół i wyszedł, trzaskając drzwiami tak, że drżały szklanki na półce.

Wieczorem w salonie wybuchła burza. Teściowa Olga, do tej pory milcząca przy oknie, nie wytrzymała:

— Synku, on cię do grobu doprowadzi! — jej głos drżał. — Pamiętasz, jak w szóstej klasie sprzedał twoje buty, żeby pójść do baru z kolegami?

Sławek zakrył twarz rękami:

— On… po prostu nie umie inaczej — mruknął w dłonie. — Jeśli mu odmówię, to będzie spał w klatce schodowej.

— Niech spróbuje! — Arina uderzyła dłonią w stół. — Może w końcu nauczy się zarabiać!

Siergiej Nikołajewicz naprawdę próbował — przez trzy dni. Po wyjściu Gali rozwoził zakupy swoją starą „Ładą”, ale 80% zarobków szło na paliwo.

Kiedy kochanka zażądała „albo praca, albo walizka”, dumnie oświadczył:

— W moim wieku zmieniać życie? — parsknął, zaciągając się papierosem. — Lepiej byś barszczu ugotowała, niż filozofowała.

Wyrzucili go z torbą, w której były dwie pary skarpetek i zdjęcie syna z przedszkola.

Pod drzwiami babci stał dwie godziny, błagając, żeby go wpuściła. Georgina Timofiejewna, otwierając łańcuch, rzuciła mu w twarz:

— W czterdziestce na szyi matki siedzieć — wstyd! Idź do tych głupków, których okradałeś!

Noc w samochodzie stała się koszmarem: siedzenie wbijało się w żebra, a przez uchylone okno wył wiatr. Rano zadzwonił do syna, odgrywając spektakl:

— Synku, ja… ja nawet szczoteczki do zębów zgubiłem — szlochał w słuchawkę. — Niech chociaż Arina pozwoli mi się wykąpać…

Sławek, nie słuchając żony, już wybierał numer taksówki:
— Tato, jedź od razu. Znajdziemy miejsce.

Arina, chwyciwszy go za rękaw, krzyknęła:

— Jesteś przy zdrowych zmysłach? — jej paznokieć wbił się w materiał jego koszuli. — Misiek śpi za cienką ścianką, my sami jak śledzie w puszce!

On zje nasze ostatnie zapasy, będzie bezczelny, a ty… — urwała nagle, widząc jego zaczerwienione oczy.

— Trzy dni, mówisz? — Arina zacisnęła skronie, jakby próbując zatrzymać nadchodzący ból głowy. — Za tydzień będzie spał w naszym łóżku, a my z Misiem będziemy się gnieździć na balkonie!

Czy kiedykolwiek widziałeś, żeby on dotrzymał słowa?

Sławek nerwowo bawił się brzegiem swetra, unikając jej spojrzenia:

— Tata… on jest zupełnie sam. Wyobraź sobie, gdyby to był mój brat…

— Brat?! — prychnęła. — U twojego ojca nawet kaktus nie przeżyje — od razu ucieknie!

Siergiej Nikołajewicz wpadł do mieszkania z walizką pachnącą tabaczaną wonią. Jego „tymczasowe mieszkanie” przedłużyło się do 22 dni.

Zasiedlił salon, zamieniając kanapę w coś na wzór niedźwiedziej jamy — z okruchami na poduszkach i plamami po piwie na tapicerce.

Każdego ranka Arina znajdowała nowe „niespodzianki”: skarpetki pod telewizorem, pety w doniczkach, plamy kawy na półkach.

— Może pójdziesz do sklepu? — zapytała ostrożnie pewnego poranka.

— Oszalałaś? — teść rzucił pilotem w ścianę. — W twoim wieku nie bałem się dwóch prac!

Jego jedyny wkład w dom — żądanie „Bawarskiego” na obiad i nawyk włączania talk-show na pełny głos podczas drzemki dzieci.

Wybuch nastąpił w deszczowy czwartek. Pielęgniarka szkolna zadzwoniła w południe: Misiek majaczył z temperaturą 39. Arina, rwąc głos, przekonała szefową, by puściła ją wcześniej. Drzwi mieszkania były zablokowane od środka.

— Otwórzcie! — biła pięściami w drewno, czując, jak drży przylegający do niej syn. — Dziecko ma gorączkę!

Szpara się otworzyła, oświetlając spuchniętą twarz teścia:
— Przejdźcie się do parku! Mam tu… negocjacje.

Arina wpychając drzwi, wpadła do przedpokoju. Powietrze było przesiąknięte słodkawym zapachem tanich perfum, zmieszanych z alkoholem. Z łazienki dobiegł kobiecy śmiech.

— Lusia, nie bój się! — Siergiej Nikołajewicz próbował zablokować drogę, ale Arina już szarpnęła za drzwi z rysunkiem kaczek.

W rozbitej pianie leżała kobieta o sinych włosach, paląca przez okno.
— Sio, co to za cyrk? — leniwie przykryła piersi myjką.

— Wynoś się! — Arina wyciągnęła korek z odpływu, obserwując, jak woda zabiera pianę. — I swoją rybę zabierz! — kiwnęła na teścia.

— Ty… ty jesteś szalona! — zakrztusił się Siergiej Nikołajewicz, podczas gdy „Lusia” zakładała mokrą sukienkę. — Sławka ci gardło skruje!

Ale kiedy wrócił Sławek, wszystko rozwiązało się inaczej. Widząc niebieski trójkąt pod pachą syna i rozbitą ramkę ze zdjęciem ich ślubu, milcząco wyjął z szafy torbę ojca.

— Tato… — rzucił torbę na podłogę przy windzie. — Jeśli pojawisz się w promieniu kilometra — wezwę policję.

Visited 2 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł